Wpisz i kliknij enter

Bloodgroup we Wrocławskich Puzzlach – relacja

Jest taka wyspa na świecie, gdzie żyje dwa razy więcej owiec niż ludzi. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na tej samej wyspie działa najwięcej zespołów muzycznych na świecie w stosunku do gęstości zaludnienia. Chodzi oczywiście (albo i nieoczywiście) o Islandię. Dla mnie to całkowity fenomen, który nie do końca jestem w stanie pojąć. Wiem, że przyroda, magia, specyficzna duchowa aura otaczająca tę wyspę, są na Islandii jedyne w swoim rodzaju i na pewno sprzyja to rozwojowi artystycznemu. Ale musi być jeszcze „coś” poza tym. Nie wiem, co to jest, i nie próbuję nawet zgadywać. Ale to „coś” sprawia, że tamtejsza scena muzyczna jest jedyna w swoim rodzaju.

Weźmy taki choćby Bloodgroup. Niby zwyczajny electropop, a jednak już sama łatka, że pochodzą z Islandii, sprawia, że przysłuchujemy się im z większa uwagą. Mnie osobiście ich płyty nie zachwyciły, ale niektóre kawałki naprawdę dawały radę. Dlatego też postanowiłem wybrać się na ich koncert w Puzzlach. Wystartowali równo o 21. Na scenie pojawiła się czwórka młodych, ładnych, modnie ubranych postaci, owacyjnie witana przez licznie zgromadzoną publiczność. Zaczęły pulsować światła reflektorów i pierwsze dźwięki klawiszy rozlały się po klubie. Ludzie zaczęli nieśmiało podrygiwać i wczuwać się w klimat koncertu. Początek nie był jednak zbytnio udany w wykonaniu Bloodgroup. Wokalistka grupy – Sunna Þórisdóttir, niemrawo poruszała się po scenie, i wyczuwało się od niej chłodny dystans w stosunku do publiki. Na szczęście okazało się, że jej kolega z zespołu – Janus Rasmusen, (który oprócz gry na klawiszach, także śpiewa) to istny wulkan energii. Co prawda potrzebował chwili żeby się rozkręcić, ale gdy to już w końcu nastąpiło, impreza zaczęła się na całego. Może Janus był nazbyt teatralny, przesadzał z mimiką, i ze zmanierowanymi gestami, ale we mnie to bardziej budziło sympatię niż poirytowanie. Inni chyba czuli się podobnie, bo pod sceną zaczęło panować istne szaleństwo. Zwłaszcza podczas takich kawałków jak: „This Heart”, „Wars” czy „How Do We Know”.

Ja najbardziej czekałem na uroczą balladkę „In My Arms”, która poleciała na samym końcu, przed bisami. Jeśli już mowa o bisach, to były one podwójne. Natchniony „Dry Land” przywołał ducha Bjork z okresu „Post”, a totalną dyskotekową miazgą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu!) okazał się „Chuck”. Głęboki bas, rozpędzone syntezatory i Sunna dziko skacząca po scenie. Kto by się tego spodziewał po tej drobnej, niepozornej blondynce?

Jak stwierdziła moja dziewczyna, która była ze mną na koncercie, „brzmieli dużo lepiej niż na płycie, w sumie spoko koncert”. Podpisuje się pod tymi słowami i nie zdziwię się zbytnio, kiedy przeczytam niedługo newsa, że Bloodgroup zagra ponownie u nas na jakimś letnim festiwalu. Tym razem będzie to już pewnie nieco większa scena i inne warunki do grania. Ciekawe czy Islandczycy dadzą sobie wtedy radę tak dobrze, jak we wtorkową noc we Wrocławiu.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy