Wpisz i kliknij enter

Leo Zero – Acid Life

Mimo, iż jest obecny na klubowej scenie prawie ćwierć wieku, poza rodzimą Anglią pozostaje właściwie twórcą anonimowym. Największą sławę przyniosły mu remiksy dla znanych artystów – choćby Bryana Ferry czy Florence Welch. Zanim dwa lata temu zaczął publikować autorskie nagrania, tworzył w niezliczonych projektach, z których żadnemu jednak nie udało się wyjść poza lokalną popularność. Teraz stawia wszystko na jedną kartę. Czy mu się powiedzie?

Muzykę house odkrył wyjątkowo wcześnie – bo już w 1986 roku. Słuchał wtedy z kumplami nałogowo audycji „Jacking Zone” pirackiej rozgłośni radiowej LWR odbieranej w mniej zamożnych dzielnicach Londynu. Usłyszane w niej nagrania znalazł potem na winylowych krążkach sprowadzanych prosto z Chicago do pierwszych sklepów muzycznych w Anglii z takimi brzmieniami – Groove, Bluebird czy Vinyl Zone. Kiedy dwa lata później acid house wywołał na Wyspach Brytyjskich „drugie lato miłości”, on był już na Ibizie, gdzie w takich klubach jak Amnesia czy Cafe Del Mar szalał w rytm utworów zza oceanu.

Niemal ćwierć wieku później postanowił wrócić do tamtej muzyki i przypomnieć ją na swym debiutanckim albumie „Acid Life”. Zaczyna jednak nietypowo – bo od disco, ale takiego podrasowanego już na nowocześniejszą modłę, jakie mogło być grane w chicagowskim klubie Warehouse w połowie lat 80. („Let`s Go”). Dopiero w następnych utworach sięga po brzmienia typowe dla weteranów z Wietrznego Miasta w rodzaju Marshala Jeffresona czy Larry`ego Hearda – mechaniczne uderzenia automatu perkusyjnego, sprężyście pulsujące basy, melodyjne wstawki brzęczącego piano i poszatkowane fragmenty przebojowych refrenów („Body Music” czy „Energy”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1904007-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1904007-02″ allowscriptaccess=”always”]

Jeszcze lepiej Leo Elstob radzi sobie z acidowymi brzmieniami. Kiedy wplata do swych nagrań świdrujące dźwięki Rolanda 303 powstają autentyczne killery – choćby szorstki „This Is God” czy ekstatyczny „The Room”. Toksycznym loopom o kwaśnym tonie towarzyszą oczywiście cięższe podkłady rytmiczne – splecione z twardych uderzeń masywnego bitu i przesterowanych linii nisko zawieszonego basu („Komputa Gamez” czy „Take Off”). W kilku utworach brytyjski producent sięga nawet po hipnotyczny tribal. Choć w „Make The Mov” świadczą o tym tylko plemienne ozdobniki, w rozwibrowanym „Electricity” i transowym „Warehouse Style” warstwa rytmiczna ma już niemal intensywność szalonego afro-beatu.

W swych podróżach w czasie, Elstob najdalej zapędza się do… początku lat 90. Świadectwem tego przypominający wczesne utwory Underground Resistance w rodzaju „Livin For The Nite” detroitowy „Born To Bounce” czy lokujący się bliżej nowojorskiego garage`u rodem z Nu Groove rozśpiewany „Jackin`”. Mało tego – brytyjski producent sięga nawet po kompletnie zapomniany dziś hip-house w stylu pokrytych kurzem produkcji Todda Terry`ego, łącząc klubową rytmikę z rymami londyńskiego rapera Marcela, znanego z legendarnego kolektywu Junior Boy`s Own („House Train”).

Elstobowi udało się tchnąć w oldskulowe brzmienia świeżą energię. Mimo, że na jego płycie nie ma niczego, czego wcześniej byśmy nie słyszeli w nagraniach z Chicago czy Detroit, tak udało mu się poukładać wszystkie te klasyczne elementy, że całość daje solidnego kopa. Zanim dzieciaki z 100% Silk nauczą się obsługiwać syntezatory, posłuchajcie Leo Zero – nie będziecie rozczarowani.

Leo Trax 2012

www.myspace.com/leotrax

www.leozero.com







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy