Wpisz i kliknij enter

Monika Kruse – Traces

Niemcy kochają Monikę Kruse. Ta piękna blondynka o posągowej urodzie jest już obecna na tanecznej scenie ponad dwie dekady. Startowała w Monachium, gdzie współtworzyła wielce wpływową załogę klubu Ultraschall. Potem przeniosła się do Berlina i można się było bawić w rytm granej przez nią muzyki zarówno podczas ulicznej Love Parade, jak i w najpopularniejszych klubach miasta w rodzaju Tresora czy Berghain. Teraz po czterech latach od wydania debiutanckiego albumu „Changes Of Perception” wraca z nową płytą.

„Traces” przynosi czytelną odpowiedź na pytanie o sekret trwającej już ponad dwadzieścia lat popularności niemieckiej didżejki i producentki. Monika Kruse nigdy nie bawi się w awangardowe eksperymenty, tylko wychodzi naprzeciw podstawowym oczekiwaniom klubowej publiczności. Potrafi zarówno stworzyć stylową atmosferę, jak również uwieść oryginalną melodią czy uderzyć mocną energią. Tak dzieje się również na „Traces” – bo album ma formułę zmiksowanej całości.

Zaczyna się bardzo efektownie – od miękkiego deep techno rozpisanego na zdubowane efekty i rytmiczne loopy podszyte skorodowanym dronem („Cycel Of Trust”). Ten ambientowy wątek wypływa z czasem na plan pierwszy („Playa Dust”) i wiedzie nas do jamajskiego downtempo, skoncentrowanego na melodyjnych nakładkach kolejnych warstw matowych klawiszy („Exhale”). Początkowy segment albumu puentuje solidne uderzenie mocnego techno – to buchający prawdziwym żarem „One Love” z ekstatyczną wokalizą chicagowskiego weterana Roberta Owensa.

Od tego momentu zaczyna się najbardziej taneczna część płyty. Składają się na nią cztery klubowe killery utrzymane w ciągle modnej formule minimalowego tech-house`u. Nie ma tu więc jak poprzednio miejsca na melodie – bo aranżacje są oszczędne, ale za to skoncentrowane na wyciśnięciu jak największej energii z poszczególnych kompozycji. Kruse i tak stara się jednak subtelnie podrasować klasyczne chwyty brzmieniowe na własną modłę – choćby wprowadzając plemienne conga w „Robot Heart” albo niewyraźne melodeklamacje w „Traces” i „Tripi Tipi”.

Oddech przynosi dopiero „With Hindsight” – mimo, że to nadal ognisty tech-house, tym razem pojawia się w nim wyraźny element melodyczny wprowadzony przez wokal Nicka Maguiera. Jeszcze bardziej rozbudowaną aranżację ma „Namaste”. To hipnotyczna kompozycja w stylu najsłynniejszych dokonań Underworld – pełna zaskakujących zwrotów narracji, rytmicznych przestojów i powolnego budowania napięcia. Całość kończy bardziej eksperymentalne techno (a jednak!) – surowe nagranie o szorstkim brzmieniu, łączącym spowolniony puls ze zniekształconymi pasażami IDM-owych klawiszy („M.U.M.”).

„Traces” to zdecydowanie ciekawszy album niż „Changes Of Perfection”. Kruse odsłania bowiem na swej najnowszej płycie nie tylko jedno oblicze. Owszem, przede wszystkim dostarcza klubowych killerów, ale pokazuje, że stać ją również na bardziej wyrafinowane produkcje, w których nie rytm ale klimat i aranżacja są najważniejsze. Czy również Polacy pokochają złotowłosą didżejkę po tym wydawnictwie?

Terminal M 2012

www.terminalm.com

www.myspace.com/terminalm

www.monikakruse.com

www.myspace.com/monikakrusemusic  







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
paiczi
paiczi
8 lat temu

świetna płyta

m
m
8 lat temu

litości ! kiepścizna na maxa, taki sound to 10 lat temu……..

wolfsb
wolfsb
8 lat temu

Nie za bardzo wiedzialem gdzie to napisac i padlo tutaj.
Dzieki Pawel.

Polecamy