Wpisz i kliknij enter

Demdike Stare – Elemental


W 1612 roku w angielskim hrabstwie Lancashire odbył się jeden z najsłynniejszych w historii procesów o czary. O konszachty z siłami nieczystymi i rytualne morderstwa oskarżono w sumie jedenaście osób z okręgu Pendle, z czego uniewinniono jedną. Resztę stracono przez powieszenie. Z drobnym wyjątkiem – domniemana przywódczyni czarownic i inicjatorka ich wtajemniczenia w okultyzm, Elizabeth Southerns vel Demdike, nie doczekała rozprawy. Niewidoma, blisko 80-letnia kobieta zmarła na skutek tortur i głodzenia w butwiejącej więziennej celi, przykuta łańcuchem do podłogi. Można się jednak domyślić, że i ją czekałby stryczek. Przed śmiercią Demdike z własnej woli wyznała, że magią parała się przez prawie całe życie, zaś swą duszę rzekomo oddała tajemniczej istocie spotkanej nocą w okolicach kamieniołomu. Postać tę utożsamiono oczywiście z diabłem, choć staruszka twierdziła, że to jedynie „przyjazny duch”. Nikt nie dał wiary jej słowom.

Prawie 400 lat później historia polowania na czarownice stała się inspiracją dla Seana Canty’ego i Milesa Whitakera, brytyjskich producentów i kolekcjonerów rzadkich, zapomnianych winyli. Pod szyldem Demdike Stare zadebiutowali znakomicie przyjetą płytą Symbiosis (2009), na której w niezwykły sposób połączyli ambient, dub i muzykę etniczną z ornamentyką legendarnej grupy Coil. W ten sposób powstał wymykający się szufladkom soundtrack do wyimaginowanego filmu grozy. Kolejne wydawnictwa – Voices Of Dust, Liberaton Through Hearing i Forest Of Evil (wszystkie z 2010, opublikowane rok później jako kompilacja pt. Tryptych) – poszerzyły paletę brzmień DS choćby o drony. W tym roku z kolei ukazał się album Elemental, zbierający w jedno trzy małe płyty i kilka bonusów. To kontynuacja kierunku obranego na poprzednich albumach i zarazem kolejny krok ku nowemu.

[embeded:
src=”http://player.soundcloud.com/player.swf?url=http://api.soundcloud.com/tracks/1659123″
height=”81″ width=”100%” type=”application/x-shockwave-flash”
allowscriptaccess=”always”]

Pomimo kompilacyjnego charakteru, Elemental jawi się jako spójna, przemyślana całość. Tym razem duet, pozostając wierny swoim fascynacjom, sięga po wczesny industrial (Unction, Violetta), harmonijny „pastoralny” ambient zniekształcony linią staroświeckiego syntezatora (All This Is Ours (Sunrise)) i odrealniony dub (In The Wake Of Chronos), daleki od przepełnionych słońcem i gandzią pieśni poświęconych Jah. Pojawiają się też sample z twórczości Egisto Macchi (Erosion Of Mediocrity), a nawet coś w rodzaju demonicznego dub-techno (Metamorphosis, Nuance, We Have Already Died, Dauerlinie) i… dubstepowej rytmiki podkreślającej arabskie tematy (Mnemosyne). Niektóre utwory zbudowano na zaledwie kilku dźwiękach, a mimo to siła ich rażenia jest potężna (Shade, Dasein, 10th Floor Stairwell).

Dominują jednak monumentalne kompozycje, skrzące się niuansami i porażające swoją bezkompromisowością. Memphisto’s Lament brzmi niemal jak przygotowanie do jakiegoś tajemniczego rytuału, z tańczącym wokół ogniska kapłanem i grupą walących w perkusjonalia postaci, których twarze przesłaniają przerażające, podłużne maski. Pełen rozmachu Kommunion najpierw kusi wszechogarniającą melodią, tyle wzniosłą, co złowieszczą, a potem przeobraża się w przerażający marsz stukających odsłoniętymi kośćmi nieumarłych. Mój faworyt, Falling Off The Edge, to z kolei psychodeliczny taniec bojowy z szatańską melodią i wybijanyn na plemiennych bębnach rytmem, lub może pozbawiony słów hymn ku czci jakiegoś okrutnego bóstwa.

Choć Canty i Whitaker zapewniają, że okultystycznych inklinacji nie należy traktować zbyt dosłownie ani poważnie, nad twórczością Demdike Stare unosi się wybitnie nadnaturalna atmosfera. Niemal dwugodzinna zawartość Elemental odpędzi swym mrokiem wszelkie duchy, zarówno złe, jak i dobre. Zwłaszcza dobre.

Modern Love | 2012







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Troublemaker
Troublemaker
9 lat temu

Recka (całkiem spoko) dopiero teraz, skandal! No ale lepiej późno niż wcale. Tym bardziej, że kawałki nie tracą na wartości, W OGÓLE. Mephisto’s Lament, to z kolei mój zdecydowany faworyt, co za brzmienie i nastrój. Uwielbiam.

Polecamy