Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.



Prins Thomas – Prins Thomas 2

Finezyjne wariacje na temat klasycznych osiągnięć disco i house`u.

Spośród trzech twórców norweskiego cosmic disco, to właśnie Prins Thomas wydaje się być najbardziej zapracowanym producentem. Bo chociaż może nie nagrywa tak często, jak Lindstrøm, ani też nie didżejuje tyle, co Todd Terje, to przecież oprócz własnej działalności producenckiej, prowadzi aż trzy wytwórnie płytowe – Full Pupp, Internasjonal i Feedelity. Dostarczają one regularnie nowego materiału, oscylującego wokół najbardziej klasycznych formuł tanecznego grania – disco i house`u.

W swoich własnych dokonaniach Prins Thomas też zaczynał od takich brzmień. Potem zwrócił się w stronę elektronicznej wersji kraut rocka – czego wyraźnym znakiem był jego debiutancki album sprzed dwóch lat. Realizacja tego mocno zakorzenionego w latach 70. materiału tak wyeksploatował norweskiego artystę, że od tamtego czasu zrealizował on tylko jedną dwunastocalówkę – „Lang Tung Ting”. Była również i inna przyczyna – od kilku miesięcy Prins Thomas pracował nad drugim albumem, który otrzymujemy właśnie nakładem jego firmy Full Pupp.

Pierwsze dźwięki dochodzące z krążka budzą zdziwienie – szeleszczące efekty układają się jednak z czasem w rytmiczną strukturę („Bobletekno – Perkmiks”), która podprowadza nas powoli do właściwej części płyty. W pewnym momencie grzechoczące perkusjonalia powoli zaczynają oplatać plumkające akordy onirycznych klawiszy podszyte miarowo kumkającym basem. Sprężysty bit rodem z klasycznego disco uderza dopiero w piątej minucie – wnosząc do kompozycji subtelnie ćwierkające dźwięki o acidowym tonie („Symfonisk Utviklingshemking”).

Kolejne nagrania rozwijają się równie niespiesznie. „Bom Bom” i „Tjukkas Pa Karussel” są do siebie tak podobne, że nawet nie zauważamy, że jeden utwór przechodzi w drugi. Prins Thomas stawia bowiem tym razem na hipnotyczne granie rodem z dawnych dokonań Arthura Russella. Transowe uderzenia dyskotekowego bitu wsparte rytmicznym klaskaniem niosą tutaj zaloopowane partie „czarnych” dęciaków – tworząc ekstatyczny klimat muzycznego jamu w środku nowojorskiego Bronksu. Właściwa wersja „Bobletekno” ma zupełnie inny charakter. Z wcześniejszych kompozycji pozostaje tylko clapping – potem podszywa go pomrukujący bas zanurzony w rozwibrowanym strumieniu strzelistych syntezatorów. Konkretny rytm pojawia się dopiero w szóstej minucie – to masywny breakbeat torujący drogę kaskadom metalicznej gitary.

„Flau Pappadans 1” ma najbardziej oszczędną konstrukcję w zestawie – właściwie to tylko proste uderzenia dyskotekowego bitu wsparte funkowym pochodem basu, wypisz-wymaluj podkład rytmiczny pamiętnego „Last Night DJ Saved My Life” zespołu InDeep. I tu również mamy gładkie przejście – a dzięki niemu Prins Thomas zabiera nas z Nowego Jorku lat 70. do Chicago lat 80. „Søt Kløt” to bowiem siarczysty hard house przewiercony na wylot kilkoma acidowymi loopami wyciśniętymi z syntezatora Roland TB303. Tutaj żartów nie ma – nagranie bucha surową energią przez równe dziesięć minut!

Na finał norweski producent znów pozwala sobie na przypomnienie wiekopomnych dokonań krautowych mistrzów. Już otwierające „Sur Svie” afrykańskie bębny przenoszą nas do Kolonii schyłku lat 60. – gdzie grupa Can eksperymentowała z łączeniem etno z rockiem. Potem Prins Thomas dorzuca nieco odmienne elementy – przede wszystkim przestrzenne pasaże kosmicznych klawiszy rodem z dokonań Clustera i psychodeliczną partię gitary, podsłuchaną zapewne u Manuela Göttschinga. Wszystko to układa się w urzekającą symfonię – hołd dla muzyki, która mimo upływu czterech dekad od jej powstania, nadal brzmi zaskakująco aktualnie.

Drugi album norweskiego producenta ma zdecydowanie bardziej taneczny charakter – poza dwoma nagraniami spinającymi zestaw, jego centrum stanowią finezyjne wariacje na temat klasycznych osiągnięć disco i house`u. W tym kontekście obie płyty układają się jedną spójną całość – wyraz niezmiennych fascynacji muzycznych Prinsa Thomasa.

Full Pupp 2012

www.facebook.com/pages/Prins-Thomas

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.