Wpisz i kliknij enter

Arrington de Dionyso – Lovers and Dragons

Właśnie ukazała się kolejna płyta amerykańskiego wizjonera Arringtona de Dionysoa.

Ponoć Dionyso spędził większość swego dzieciństwa w różnych kościołach, gdzie miał okazję pograć na organach czy fortepianie. Jego rodzice podpatrzyli, że chłopak ma talent i wysłali go na lekcje gry na pianinie. Dionysoa nie bawiło wykonywanie klasycznych utworów, gdyż słuchał zupełnie innej muzyki, czyli afrykańskiej i indyjskiej. Kiedy przeniósł się wraz z rodziną do miasta Spokane, w stanie Waszyngton, dostał od rodziców swoją pierwszą gitarę i od tego momentu zaczął się interesować punk rockiem. Kluczowym momentem dla artysty okazało się założenie w 1997 roku formacji Old Time Relijun, w której Dionyso śpiewał i grał na gitarze oraz klarnecie basowym, zaś sama nazwa zespołu pochodzi od jednej z piosenek Captain Beefhearta.

arrington03

W następnych latach Amerykanin nie spoczął na laurach i cały czas odkrywał nowe przestrzenie, czego dobrym przykładem jest album z 2011 roku „Suara Naga” wydany pod szyldem Arrington de Dionyso’s Malaikat dan Singa. Artysta bardzo dużo występuje i niekoniecznie odwiedza państwa europejskie, a wręcz przeciwnie, bo najczęściej koncertuje w Indonezji, na Jawie, Nowej Zelandii i USA (np. tak). Z bardzo prostego powodu, gdyż wciągnęła go religia, jaką spotkał w tamtych rejonach, dzięki temu od wielu lat współpracuje z miejscowymi muzykami, których wciąga w swój świat dzikich improwizacji. Liczę na to, że może w końcu Dionyso pojawi się też w Polsce wraz ze swoją grupą Malaikat dan Singa.

Tegoroczny krążek „Lovers and Dragons” został zarejestrowany m.in. w towarzystwie Gal Lazera Shiloacha (perkusja, cymbały), to wybuchowa mieszanka najróżniejszych stylistyk, a całość zdecydowanie ociera się o dokonania Captain Beefhearta czy La Monte Younga. Ale to byłoby za proste i zbyt oczywiste, gdyby poprzestać na tak banalnych skojarzeniach.

To, co prezentuje Dionyso przypomina raczej zabieg szaleńca na żywym organizmie lub wpuszczenie zmutowanego genu do zainfekowanego ciała. Miejscami jego twórczość zamienia się w jakiś obrzęd muzyczny, gdzie słyszmy wirtuozerskie partie Dionysoa grane na klarnecie basowym, kontrabasowym, kontraltowym, indonezyjskim flecie Sulawesi i jawajskim flecie Tarompet, a do tego dochodzi gardłowy śpiew, jakim mogą pochwalić się mieszkańcy Tuwy (np. panowie z Alash Ensemble – 3 pytania). Mało tego, mamy też punkowy brud, garaż, noise, elektronikę, psychodelię, trans indyjskich Rag, gitarowe jęki i free jazz. Kto wie, może tak brzmiałaby dziś muzyka Captain Beefhearta, ale pod warunkiem, że Beefheart pojechałby na Jawę i grałby do upadłego niekończące się improwizacje.

04.01.2015 | wydawnictwo własne

 

Strona Bandcamp artysty »
Profil na Facebooku »







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy