Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



Garry Todd – Nora Lilian

Ta babcia z okładki pożyje co najmniej sto lat.

Brytyjski producent Garry Todd krąży między trzema kontynentami, pomieszkując w angielskim Sunderland, pod Sydney w Australii i na Ibizie. W międzyczasie tworzy od czterech lat własne nagrania, w których odbijają się jego całkiem zupełnie odmienne fascynacje muzyczne. Do tej pory jego materiał trafiał na krążki mniej znanych wytwórni – Illusion i Contemporary Scarecrow. Los chciał, że wpadły one w ucho Ellen Alien, dzięki czemu BPitch Control prezentuje obecnie debiutancki album swego nowego podopiecznego.

„Nora Lilian” bierze swój tytuł od imienia i nazwiska ukochanej babci Todda. Jeśli ma ona w sobie tyle ognia i energii, co nagrania składające się na płytę jej wnuka, to możemy być pewni, iż pożyje co najmniej sto lat. Brytyjski producent nie bierze bowiem zakładników – i stawia na surowe oraz szorstkie brzmienia, które wpisują jego debiut w samo centrum nowej fali detroitowego i chicagowskiego house’u. Mało tego – artysta dodaje od siebie zaskakujące dźwięki, sprawiając że klasyczne gatunki nabierają całkiem nowego tonu.

Pierwsza część zestawu to hołd dla house’u rodem z Chicago. „Times Goes On” uderza twardym bitem wspartym rozedrganym klaskaniem, a zwalistemu pochodowi basu towarzyszy seksowny szept Nat Page (prywatnie – dziewczyna Todda z Australii). „What’s The Difference” ma bardziej funkowy charakter, uzupełniony na industrialną modłę przetworzonymi głosami. Echem najlepszych dokonań Detroit Grand Pubahs jest „Motives & Thoughts”, splatający zdeformowany monolog z warczącymi syntezatorami. W stronę nowojorskiego garage’u skręca „What’s Ya Name”, choć i tu mamy do czynienia z pulsującym basem i kumkającymi klawiszami.

„Terri-Lee” przenosi nas na terytorium korzennego deep house’u z Detroit. Głównym motywem nagrania jest wyzywająca nawijka jakiejś Latynoski – wpisana w oniryczny pasaż syntezatorowy. Ten drugi element prowadzi nas wprost do trzech kompozycji umieszczonych na zakończenie płyty. Todd dokonuje tu zaskakująco nośnego zabiegu: wpisuje w twarde i ciężkie bity o house’owym rodowodzie przestrzenne kaskady chmurnych klawiszy wywiedzionych z europejskiego trance’u. Efekty są imponujące: „4-2-Nite”, „Pula” i „Anniversary Track” godzą wodę z ogniem – gorący rytm i zimną elektronikę – uwodząc taneczną energią i ambientowy rozmarzeniem.

Bardziej „po bożemu” potraktowany deep house z Motor City dostajemy w dwóch umieszczonych wcześniej kompozycjach. „Transending” dudni funkowym basem – a oplatają go poszatkowane sample ludzkich głosów. Tak kiedyś tworzył Terence Parker – tak teraz robi to Garry Todd. W hipnotycznym „Powerplant” znajdujemy z kolei echa dokonań Theo Parrisha czy Marcellusa Pittmana – ze względu na atrakcyjne wykorzystanie afrykańskiej energii w kontekście świetlistej elektroniki.

Okładka tej płyty raczej nie zachęca – ale sięgnijcie koniecznie po ten zestaw. Debiutancki album brytyjskiego producenta stawia go bowiem w jednym rzędzie z najlepszymi twórcami chicagowskiego i detroitowego house’u. Dźwiękowy brud, rytmiczna surowość i nonszalanckie cięcie sampli równoważą tu przestrzenne tła, wywiedzione z ilustracyjnej elektroniki. Słucha się tego świetnie – a my odzyskujemy wiarę, że BPitch Control może nas jeszcze zaskoczyć nie raz równie ciekawą realizacją.

BPitch Control 2015

www.bpitchcontrol.com

www.facebook.com/BPitchControl

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.