Wpisz i kliknij enter

Jamie Lidell – Building a Beginning

Na przełomie wieków eksperymentował jako Super Collider wespół z Cristianem Vogelem, dziś woli śpiewać soulowe piosenki.

„Building a Beginning” to siódmy solowy krążek 43-letniego Brytyjczyka, pierwszy który wydaje we własnym labelu, a nie w Warp Records dla którego nagrywał od ponad 15 lat. Nie ma się temu specjalnie co dziwić, bo premierowy album Lidella (na co wskazuje już sam tytuł) to nowe otwarcie w jego twórczości, w którym po raz pierwszy tak dosadnie odstawił wsparcie elektroniczne na rzecz organicznie zagranej soulowej piosenki. Po raz pierwszy też tak ewidentnie słychać wpływ życia prywatnego (radość z narodzenia się syna) na twórczość („Julian”, „I Live To Make You Smile”), co widać zwłaszcza w tekstach (napisanych notabene przez jego żonę Lindsey Rome).


Jamie Lidell – „Building A Beginning”

W zestawie 14 piosenek znajdziemy rasowe „pościelowe” ballady („In Love And Alone”, „Find It Hard To Say”), inspiracje gospelem – zwłaszcza w przestrzeni chórków („Motionless”), funkiem („Nothing’s Gonna Change”), bluesem („Me & You”), leniwym retro easy listening („Building A Beginning”), a nawet delikatnym reggae („How Did I Live Before Your Love”). Większość utworów cechuje jednak przede wszystkim mocne przesiąknięcie twórczością Marvina Gaye’a, The Temptations, a nade wszystko Steviego Wondera z czasów obchodzącego obecnie swe 40-lecie kanonicznego albumu „Songs in the Key of Life”.


Jamie Lidell – „Walk Right Back”

Na „Building a Beginning” nie czuć instrumentalnego rozbuchania i nawet jeśli czasem pojawia się rozbudowana orkiestracja włącznie z dęciakami czy smykami („I Stay Inside”), to sprawia wrażenie skromnej i wyważonej. W minimalistycznym „Believe In Me” można próbować doszukiwać się inspiracji Jamesem Blake’em zarówno w wokalizach, dynamice, konstrukcji kompozycji jak i w samym brzmieniu. Przy pierwszych przesłuchaniach wszystkie numery niebezpiecznie zlewają się w mało wyraźną całość, najbardziej uwydatnia się jednak w tym zestawie singiel „Walk Right Back”, gdzie pierwszoplanowe bicie hi-hatu wraz z subtelnym syntezatorowym tłem nadaje kawałkowi nowoczesnego sznytu.

Jamie Lidell zyskał swego czasu przydomek „Prince’a elektronicznego funku”. Najnowszy krążek zdecydowanie niweluje zapędy w wypowiadaniu tak odważnych opinii. Anglik zwinął laboratorium, w którym zwykł szukać nowych formuł na otoczenie swojego wokalu. Tym razem sięgnął po klasyczną recepturę, która przy przefiltrowaniu przez jego talent nie trąci myszką, ale też nie wietrzy salonu.

Jajulin | 14.10.16

http://twitter.com/jamielidell
http://facebook.com/jamielidellmusic
http://jamielidellmusic.com







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
jędrek
jędrek
4 lat temu

dobry artysta może wszystko i robi to co chce on nie słuchacze … to trochę jak z fsol …po dead cities zaczęli latać z kwiatami we włosach po łące 🙂 …. co do płyty pana lidella – wolę jednak inspiracje.

B.W.
B.W.
4 lat temu

Zgadzam się z tym tombakiem, ale inspiracja jest bardzo wyraźna.

Rosa
Rosa
4 lat temu

Dla mnie duzy zawod. Bardzo podoba mi się wokal Lidella który w zestawieniu z elekronicznym eksperymentem naprawdę robił duże wrażenie. Właśnie słucham songs in the key of life i przepraszam ale nowy album Jamiego ma się do tego klasyka jak tombak do złota …

Polecamy