Leandro Fresco & Rafael Anton Irisarri – Una Presencia En La Brisa
Jarek Szczęsny:

Niepewność własnego słuchu.

Flaner Klespoza – Przygody i tajemnice
Jarek Szczęsny:

Debiut podwójny.

Max Andrzejewski’s Hütte – Hütte & Guests Play the Music of Robert Wyatt
Łukasz Komła:

Robert Wyatt na ujazzowionym spacerze.

Fumiya Tanaka – Right Moment
Paweł Gzyl:

Spójna całość zbudowana z kontrastowych elementów.

Król – Nieumiarkowania
Jarek Szczęsny:

Nie chce nam mówić niczego wprost.

Burial – Tunes 2011-2019
Jarek Szczęsny:

Brama do innej rzeczywistości.

Zaumne – Contact
Jarek Szczęsny:

Niezwykła bliskość.

Various Artists – Consortium Vol. 1
Paweł Gzyl:

Z Albanii do Detroit.

ARRM – II
Jarek Szczęsny:

Dzieło spokoju.

Floating Points – Crush
Jarek Szczęsny:

Stare w służbie nowoczesności.

Stefan Goldmann – Veiki
Paweł Gzyl:

Najbardziej taneczny materiał niemieckiego producenta.

True – Made Of Glass
Łukasz Komła:

Pod rękę ze smutkiem i tańczmy!

Akwizgram – Nü romantik
Jarek Szczęsny:

Próg do przeskoczenia jest niewielki.

Claro Intelecto – In Vitro – Volume 1 & 2
Paweł Gzyl:

Piękna, ale niemodna muzyka.



Kölsch – 1989

Pożegnanie z dzieciństwem.

Dwa albumy Kölscha wydane wcześniej – i ten opublikowany teraz – składają się na pierwszą tego rodzaju w muzyce elektronicznej płytową trylogię. Rune Reilly postanowił na niej opowiedzieć o swoim dzieciństwie, przekładając wyblakłe wspomnienia na grające mu w sercu brzmienia. Ostatnim akordem tej historii jest rok 1989, o którym duński producent mówi, że kojarzy mu się z szarością. A to dlatego, że w tym czasie rozwiedli się jego rodzice, a on, próbując uciec od bolesnych sytuacji, znalazł pocieszenie w skateboardingu i muzyce, której praktycznie non-stop słuchał wtedy z walkmana. Tak skończyło się dzieciństwo Reilleya – jak kończy się też dla wielu z nas.

Płytę opowiadającą o tamtych uczuciach, przeżyciach i doświadczeniach otwierają dźwięki strojącej się orkiestry symfonicznej. I nie jest to żadna komputerowa sztuczka, tylko dźwięki wydawane przez instrumenty 24-osobowej Heritage Orchestry, działającej pod batutą Gregora Schwellenberga. Ten znany ze współpracy z Kompaktem dyrygent (nagrał całą płytę z klasycznymi przeróbkami nagrań z wytwórni) wsparł ze swoim zespołem duńskiego twórcę podczas nagrań „1989”. W ten sposób powstała płyta zrealizowana z wielkim rozmachem, ale tym samym niebezpiecznie balansująca na granicy melodramatyzmu.

Motorem muzyki z albumu jest oczywiście typowa dla Kölscha tech-house’owa rytmika, raz nabierająca większej mocy („Serij”), a kiedy indziej zredukowana do minimalowego pulsu („14”). Tak, jak na poprzednich albumach hipnotyczne bity uzupełnia przestrzenna elektronika, odwołująca się w oczywisty sposób do europejskiego trance’u („YKPI”). Nowością są tu partie orkiestry: przede wszystkim soundtrackowych smyczków („Gris”), ale też melodyjnych fletów („Grey”) czy nostalgicznego fortepianu („14”). W jednym nagraniu pojawia się rownież wokal – typowo skandynawski śpiew Aurory („In Bottles”).

Duński producent stawia na majestatyczne brzmienie i panoramiczną produkcję – dlatego album trwa prawie cztery kwadranse, wiodąc nas przez głęboko nasycone uczuciami dźwięki. Momentami wydaje się, że Kölsch wypadnie z wcześniej nakreślonej trajektorii – jak choćby przy okazji sola na skrzypcach w „Liath” czy nadmiernie patetycznego „Goodbye” – ale szczęśliwie udaje mu się doprowadzić swą opowieść do końca, unikając osunięcia się w kiczowaty sentymentalizm. Zaangażowanie orkiestry było dobrym pomysłem i choć przez to niektóre nagrania wypadają niczym znane nam dobrze orkiestrowe dokonania Carla Craiga czy Jeffa Millsa („Khairo”), „1989” odróżnia się od „1979” i „1983” rozbudowanym brzmieniem i filmową narracją.

Kompakt 2017

www.kompakt.fm

www.facebook.com/KompaktRecords

www.facebook.com/kolschofficial

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. ok28

    Niestety, słaba jest ta płyta. „1983” można zarzucić ocieranie się o wiksę, ale Kolsch robił to z hmm… wdziękiem. I to charakterystyczne, „skoncentrowane” brzmienie – momentami można było narzekać na banalność melodii, ale od „1983” uszu nie można było oderwać. A tu – po prostu nuda. Braku nowych pomysłów nie rekompensuje zaangażowanie orkiestry – to wszystko jakieś takie mdławe i nijakie, a nr 4 z Aurorą przekracza granice ckliwości, słabiutki popik, nic więcej. Mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys twórczy i że jeszcze kiedyś Kolsch wróci do mocy prezentowanej np. w live z Panorama Bar.