z niecierpliwością oczekiwana, wydana w roku 1994 druga płyta autechre nie zawiodła fanów duetu. album przejmuje już okładką: wydaje się, że przedstawia ona miejsce, z którego biorą się wszystkie dźwięki wypełniające ten „bursztynową” płytę. inna planeta, zupełnie inna przestrzeń. „muzyką wymyślamy przyszłość” – mówią panowie booth i brown. zdanie to jak ulał pasuje do klimatu „amber” – ten album bowiem należy do przyszłości, do swojego własnego czasu. swoją świeżością ujmuje z każdą kolejną minutą i nic dziwnego, że przez wielu uznawany jest za największe osiągnięcie autechre. duet odważnie rozwinął estetykę swojego debiutanckiego krążka, „incunabuli”, zmierzając powoli w stronę brzmieniowych eksperymentów. jednocześnie „amber” pozostaje wciąż płytą bardzo piękną, z prostymi, ujmującymi harmoniami i urzekającym brzmieniem. takie kawałki jak „silverside”, „nine” czy „yulquen” to prawdziwe perełki w tym bursztynowym świecie. są tu również bardziej niepokojące miejsca: album rozpoczyna mroczny, głęboki „foil”, kończy zaś „teartear” – zimny i przejmujący, najdłuższy kawałek na albumie. „dlatego właśnie ludzie tak bardzo utożsamiają muzykę elektroniczną z klimatem s-f: zawiera ona bowiem elementy, których nikt nigdy wcześniej nie słyszał” – mówią muzycy i przyznać trzeba, że klimat „amber” jest naprawdę kosmiczny. dziś ta płyta jest źródłem inspiracji dla wielu młodych twórców, dla fanów natomiast jest już prawdziwą „klasyką”, pozycją niemal obowiązkową.
1994
1 KomentarzDodaj komentarz
Dodaj komentarz









MTNY
13 września 2004
Zgadzam się z recenzentem. Dla mnie „Tri Repetae” również jest najlepszym krążkiem Autechre. Wszystko co w Ae najlepsze zawarte jest na tej właśnie płycie. Bezbłędna produkcja od pierwszej do ostatniej sekundy. Polecam.