KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.

Black Sea Dahu – No Fire in the Sand
Łukasz Komła:

Tonąc w lekkości.

DJ Shadow – Our Pathetic Age
Jarek Szczęsny:

Ilość nie przekłada się na jakość.

Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.



susumu yokota – Sakura


W świecie muzyki elektronicznej możemy śmiało powiedzieć, że są kraje będące prawdziwą ojczyzną elektronicznych brzmień. Niemcy, Wielka Brytania czy Islandia – z tych miejsc pochodzi wielu znakomitych artystów, to również miejsca, gdzie muzyka elektroniczna jest o wiele bardziej powszechna niż w innych krajach. Mało kto zapewne wie jak wielką rolę w świecie muzyki elektronicznej odgrywa Japonia – wielu muzyków z tego kraju tak upodabnia się do muzyki artystów z Europy Zachodniej, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, iż słuchamy dźwięków mających swój rodowód na tej odległej wyspie.
Z Susumu Yokotą po części jest inaczej, ponieważ nie ukrywa się za pseudonimem, sygnując swoje płyty imieniem i nazwiskiem jasno kojarzącym się z Japonią. Sama muzyka w niczym nie przypomina tego, co większości z nas kojarzy się z Japonią – czyli muzyką pełną odniesień do japońskiej tradycji. Susumu Yokota w ogromnej większości tekstów korzysta z angielskich słów, dźwięki zainspirowane są raczej wykonawcami w stylu Biosphere, aniżeli tradycyjną muzyką japońską. Mimo to jednoznaczny rodowód zdaje się być rozpoznawalny – chyba żadna płyta w tak cudowny sposób nie przeniesie Was w środek Tokio – miejsca gdzie historia łączy się z nowoczesnością, muzyka elektroniczna z tradycyjną, ekspresowe tempo życia z japońską umiejętnością refleksji i wyciszenia. Dosyć jednak o rodowodzie płyty „Sakura”, bo traktowanie jej tylko i wyłącznie jako produktu japońskiego jest wyraźnie krzywdzące; od razu powiem, że mamy do czynienia z płytą naprawdę ciekawą. Susumu Yokocie udało się stworzyć materiał, na którym za pomocą delikatnej elektroniki stworzył niesamowicie melancholijny, wręcz epicki klimat. Co więcej, warto jeszcze raz podkreślić to, o czym piszę zawsze z uporem maniaka – koncept płyty, czyli poczucie jakiejś jasno określonej całości. W przypadku „Sakury” właśnie ta jej strona wydaje się najważniejsza. To zdecydowanie nie jest płyta, której można słuchać „przeskakując” z utworu na utwór – to album, który wymaga skupienia, odpowiedniego samopoczucia i pewnej wrażliwości. W niektórych momentach można uznać „Sakurę” za album wręcz odrobinę…usypiający.
Niektóre kawałki są właściwie powtarzaniem paru sampli – słuchanie ich porównać można do picia dobrego, czerwonego wina. Co ciekawe – mówienie tutaj o słuchaniu jest właściwie pewnym nietaktem – mamy tutaj do czynienia raczej ze „smakowaniem” płyty, delektowaniem się nią. Jeżeli więc lubicie takie klimaty, jeśli w muzyce pociąga Was nastrój przesycającej tajemnicy – myślę, że powinniście poważnie rozpatrzyć kwestię zakupu tego albumu.
2000

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. von Pudlitz

    Kupiłem płytę wczoraj. Co do japońskich odniesień to jest ich na tej płycie sporo. Zgodzę się także z tym że Sakura jest skomponowana jako całość, słuchanie wytwanych z kontekstu fragmentów czy poszczególnych numerów mija się tu z celem. Poza tym świetny klima. W sam raz na taki czas.