Coil – The Gay Man’s Guide To Safer Sex +2 OST
Ania Pietrzak:

Absolutne kuriozum!

Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.



Sean Palm – Days On End


Istnieje w kulturze popularnej teoria, że najlepsze płyty to zawsze debiuty. Bo właśnie na nich artysta daje upust nagromadzonej w sobie energii i kreatywności. Potem zaczyna kombinować i… nie zawsze wychodzi mu to na dobre. Wiele przykładów potwierdza, że jest w tej teorii sporo racji. A jakie efekty może przynieść debiut, jeśli wykonawca na jego wydanie czekał aż piętnaście lat?

Możemy się o tym przekonać słuchając pierwszej płyty amerykańskiego producenta – Seana Palma. Wychowany na przedmieściach Nowego Jorku, najpierw słuchał hip-hopu, by poznawszy nagrania Underground Resistance, przerzucić się na techno i house. To oczywiście stało się impulsem do zajęcia się didżejowaniem, a z czasem – produkowaniem muzyki. W 2003 roku Palm założył wytwórnię Railyard – i to właśnie jej nakładem ukazuje się jego debiutancki album „Days On End”.

Zbieranie doświadczeń przez półtorej dekady okazało się w przypadku nowojorskiego artysty sensownym pomysłem – powstała bowiem płyta zawierająca muzykę dokładnie przemyślaną i odwołującą się do klasyki, ale wyprodukowaną zgodnie z aktualnie obowiązującymi trendami.

Zaczyna się rewelacyjnie: minimalowy bit staje się wstępem do hipnotycznego nagrania, w którym na miarowo pulsujący rytm nakładają się dozowane z aptekarską dokładnością delikatne partie ćwierkających klawiszy. Jeśli muzyka do tańca może być subtelna, jak tchnienie nadmorskiej bryzy – to przykładem tego jest właśnie „Silent Storm”. Rozwinięciem tego pomysłu są dwa kolejne utwory – „Polyphonic” i „Seemless Dreams”. W pierwszym z nich minimalowy podkład niesie krystaliczne akordy syntezatorów, zatopione w organicznie ciepłym strumieniu płynącym w tle utworu, a w drugim – sążniste smugi detroitowych klawiszy, przeszyte niegroźnie brzęczącym loopem.
„Sightings” to już nieco mocniejsze brzmienia: wsparty masywnym basem sprężysty bit w stylu techno oplatają dyskretnie zdubowane pasaże syntezatorów, poprzeplatane uspokajająco pikającym motywem. Wszystko to znajduje swój finał w ambientowym strumieniu, który powoli przez cały czas trwania kompozycji wydobywał się na wierzch z drugiego planu. Jeszcze twardszy puls techno znajdujemy w „Lost In The Bronx”. Palm przeciwstawia mu jednak kaskadę elektronicznie przetworzonych głosów, układających się eterycznie brzmiący chór.

Druga część albumu przynosi nagrania skoncentrowane na house`owej rytmice. Oto w „Green Matrix” pojawiają się nawiązania do nowojorskiego garage`u – przetworzone jednak na minimalową modłę. Z tym szarpanym groovem skontrastowany zostaje zimny pasaż syntezatorów, zatopiony w gęstym tle utkanym z chmurnych dźwięków. „Drumatrix” zaskakuje jeszcze bardziej – to wibrujący tribal, w którym plemienną pulsację bębnów zalewają kolejne fale onirycznych klawiszy.

Na finał dostajemy „10 Years Later” – zbasowane techno podszyte zdubowanymi congami, które w miarę swego trwania, coraz bardziej zanurza się w ilustracyjnym ambiencie, uplecionym z nostalgicznych akordów fortepianu wtopionych w elektroniczne tło.

Tak kończy się pierwszy krążek z zestawu tworzącego „Days On End”. Jako bonus dostajemy bowiem drugi dysk, na którym znalazł się ten sam materiał, co na pierwszym, ale poddany wyraźnej modyfikacji. Wszystkie nagrania zostały zmiksowane w jedną całość, a poszczególne z nich Palm podrasował raz na dubową („Silent Storm”), a kiedy indziej – ambientową („10 Years later”) modłę.

Słuchacz ma więc do wyboru dwie wersje płyty – warto jednak poznać obie, aby skonfrontować ich zawartość. Tym bardziej, że każda z nich, to prawie półtorej godziny świetnej muzyki.

www.railyardrecordings.com
Railyard 2009

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.