Dubit – Vitriol
Paweł Gzyl:

Studia nie poszły na marne.

Ghostpoet – Dark Days + Canapés
Jarek Szczęsny:

Dojrzałość artysty.

Siriusmo – Comic
Paweł Gzyl:

Koniec szczeniackich wygłupów.

Meridian Brothers – ¿Dónde Estás María?
Łukasz Komła:

Meridian Brothers po raz kolejny wysyłają nas na planetę szaleństw!  

STILL – I
Paweł Gzyl:

Gotowi na twerking?

Gebrueder Teichmann – Lost On Earth
Jarek Szczęsny:

Braterskie przedsięwzięcie.

Meeting By Chance – Lines EP
Ania Pietrzak:

Wydawałoby się, że muzyka nie słyszy tego kto słucha. To nieprawda, słyszy.

Khalil – The Water We Drink
Paweł Gzyl:

R&B tylko dla odważnych.

Zola Jesus – Okovi
Jarek Szczęsny:

Pop w industrialno-elektronicznej masce.

Beastie Respond – Information City
Krystian Zakrzewski:

Symulacje rzeczywistości.

Mount Kimbie – Love What Survives
Bartek Woynicz:

Bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt tego roku!

Nadine Shah – Holiday Destination
Jarek Szczęsny:

Nie ma ucieczki od polityki.

Various Artists – Superlongevity 6
Paweł Gzyl:

Największe gwiazdy minimalu na dwóch płytach.

Bicep – Bicep
Ania Pietrzak:

London calling!

Mike Cooper – Raft

Tropikalna melancholia smagana elektronicznym wiatrem.

Mike Cooper (ur. 1942) – gitarzysta, wokalista, improwizator, legenda brytyjskiego rocka, folku, jazzu i bluesa. Jego albumy z lat 70. są w doskonałej formie po dziś dzień, a kariera Coopera jest także jednym z najlepszych przykładów artystycznego rozwoju, ponieważ muzyk nie zatrzymał się na odcinaniu kuponów od tego, co zrobił kilka dekad temu, ale postawił co najmniej milowy krok do przodu w stosunku choćby do jego rówieśników.

Cooper od wielu lat zajmuje się tworzeniem szeroko pojętej muzyki eksperymentalnej, co nie zmienia faktu, że nie wyrzucił swojej gitary do oceanu (artysta kocha szczególnie obszary Bali, Malezji czy Australii) czyniąc z niej tratwę dla samotnie podróżującego ptactwa. Brytyjczyk niezmiennie gra na rezofonicznej gitarze hawajskiej (posiada np. egzemplarz z 1920 r.), którą podpina do przeróżnych efektów cyfrowych, analogowych, a nawet sprzęga ją z aplikacjami z iPhone’a. Po drugie, artysta uwielbia rejestrować nagrania terenowe, dodając je do swoich późniejszych kompozycji. Świetnie to wszystko obrazuje jego tegoroczne wydawnictwo „Reluctant Swimmer / Virtual Surfer” (materiał koncertowy nagrany w Rzymie w roku 2003 podczas festiwalu muzyki improwizowanej Controindicazioni). Z kolei w ubiegłym roku otrzymaliśmy dzięki Discrepant wznowienie longplaya Coopera – „New Kiribati”, na którym jest ten egzotyczny puls przepleciony elektroniką i dźwiękami gitary.

Chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać ten niesamowity artysta. Nie dość, że jest już po 70-tce, to wydaje co roku dwie-trzy płyty. Oprócz wspomnianej wyżej „Reluctant Swimmer / Virtual Surfer”, w tym roku opublikował też kasetę „London Taximi” z Tasosem Stamou (grecki eksperymentator).

Płycie „Raft” towarzyszy wzruszająca historia (można ją przeczytać w całości na stronie wydawcy Room40). W skrócie mówiąc opowiada o czasach nastoletnich autora, kiedy to podpatrywał u swego ojca w młynie jak jeden z pracowników Jim Sale (później on i jego żona będą się przyjaźnili z Cooperem) budował po tzw. godzinach łódź. Po jakimś czasie Jim wraz z swoją żoną oraz dwójką dzieci zamieszkali na wyspie – odcięci od świata prowadzili spokojne życie, aż do chwili, kiedy ich łódź stanęła w płomieniach. Co najgorsze, nie zdołali wyciągnąć z pożaru swoich dzieci. Cooper wspomina po latach, że był to jego pierwszy w życiu pogrzeb w jakim uczestniczył. „Raft” to również ukłon w stronę dwóch słynnych marynarzy podróżujących samotnie: Vital Alsar i William Wills.

Ambientowa gitara stopniowo nasycana cyfrowym zgiełkiem w „Raft 21 – Guayaquil to Tully” domalowuje odpowiednie tło do wydarzeń z życia artysty i jego przyjaciół. Choć to dopiero początek tego pięknego albumu. Poprzedni fragment przechodzi w „Raft 37 – Las Balsas” z odkształconym brzmieniem gitary rezofonicznej (na innym planie słychać też czyste brzmienie), a z drugiej strony – dryfująca elektronika i powoli „rosnący” dron. Brzmi to jak tropikalna serenada dedykowana samotnym ludziom wśród tłumu oblegającego wyspę (zamiennik – miasto). Króciutki „Raft 28 – Vital Alsar” jest zacnym przesmykiem na slide i elektronikę, do kolejnego „Raft 33 – Malama Honua (To care for our earth)” nawiązującego stylistyczne porozumienie z Kink Gongiem, Visions Congo czy Carlosem Casasem. Wyciszony „Raft 29 – Honey Hunters” z podskórnym szmerem cyfrowym przypominającym odgłosy cykad oraz „Raft 36 – Age Unlimited” (w tle oddycha tropikalny las) są najbardziej eksperymentalnymi kompozycjami z całego zestawu, ocierającymi się nawet o improwizację. Zamykający płytę „Raft 27 – Guayaquil to Ballina” to właściwie tropikalny ambient, który mógłby trwać w nieskończoność…

Myślę, że każdy kto sięgnie po „Raft” dopisze własną historię, własną puentę i dzięki tej muzyce zamąci własnymi przeżyciami z przeszłości nie tylko związanymi z samotnym podróżowaniem. Hm… a może z jego brakiem?

07.07.2017 | Room40

 

Oficjalna strona artysty »Strona Room40 »Profil na Facebooku »

 


 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze