Berlin jest przede wszystkim elektronicznym, zorientowanym na clubbing miastem, a ja nie wiem, czy jestem aż w takim stopniu elektronicznym muzykiem. Może tego nie słychać zawsze, ale w głębi duszy nigdy nim nie byłem. Zacznijmy może od albumu, który bez wątpienia przyniósł ci sporą popularność. Jak doszło do waszego spotkania w studiu i nagrania wespół z Ellen Allien płyty „Orchestra of Bubbles”?
Ellen i ja znamy się już całkiem długo i od jakiegoś czasu planowaliśmy coś razem wykombinować. Dotychczas niewiele z tego wychodziło, może jakieś dwa, trzy numery, a to z tego powodu, że na dłuższą metę nie czułem się gotowy do współpracy z kimkolwiek. Wynika to z faktu, że mam fioła na punkcie kontroli wszystkiego, kiedy jestem w studio, i najchętniej robiłbym wszystko sam. Ale nastał i ten moment wewnętrznego olśnienia, w którym poczułem się gotowy na pełną, równoprawną współpracę. Zadzwoniłem do Ellen ze słowami: Hej, Ellen, zróbmy coś razem. No i album powstał.
Czy jesteś z efektu tej współpracy zadowolony?
Nawet bardzo. Po wydaniu tej płyty sporo się zmieniło, ale podstawowym problemem powstałym po sesji nagraniowej jest to, że ciężko mi teraz samemu siedzieć w studiu. Podczas nagrywania „Orchestra Of Bubbles” przez nasze studio przewinęło się wiele różnych osób, teraz gdy pracuję sam nad nową płytą, czuję przestrzenną pustkę.
Ile czasu poświęciliście na nagrywanie płyty?
![]() | ||
Przez prawie cały zeszły rok powoli dłubaliśmy przy tym albumie, powstawały luźne pomysły, natomiast na dobre osiedliśmy w studiu w listopadzie i grudniu, i to po 12-14 godzin dziennie. A siedzieliśmy tak długo, ponieważ jesień i zima w Berlinie jest dosyć dołująca i poza pracą nie ma praktycznie nic do roboty. No więc siedzieliśmy i nagrywaliśmy, i czuliśmy się w tym studiu jak zaszyci w bąblu, z którego praktycznie przez prawie kwartał nie wychodziliśmy.
W pewnym momencie swojego życia postanowiłeś przeprowadzić się do Berlina. Dlaczego akurat tam? Przecież jest wiele innych niemieckich miast jak Kolonia, Frankfurt, Monachium, które posiadają bardzo ciekawe, specyficzne, lokalne sceny muzyczne.
Nie uważam, że wymienione przez ciebie miasta są bardziej lub mniej interesujące od stolicy. Moja przeprowadzka do Berlina nie miała zresztą nic wspólnego ze sceną muzyczną taką czy inną. Pojechałem tam po to, by się wykształcić jako grafik. Trochę nawet pracowałem w tym zawodzie. Oczywiście, już wcześniej zajmowałem się muzyką, ale nie ona była powodem zmiany miejsca zamieszkania. Aczkolwiek po jakimś czasie stwierdziłem, że to rzeczywiście bardzo muzycznie zorientowane miasto, w którym poznałem mnóstwo kreatywnych ludzi.
Kiedy miały swój początek twoje próby z dźwiękiem, z muzyką?
Mając pięć lub sześć lat, zacząłem grać na perkusji i ćwiczyłem intensywnie osiem kolejnych lat. Potem zacząłem słuchać tanecznej muzyki elektronicznej i grę na perkusji przerwałem. Pomyślałem: przecież to bez sensu grać na bębnach, skoro można je zaprogramować. Ale przed kilkoma miesiącami znowu kupiłem sobie pierwszy od kilkunastu lat własny zestaw perkusyjny. Z muzyką miałem więc do czynienia przez całe życie, ponieważ mój ojciec miał swój band, a ja chodziłem często na jego i inne koncerty, uczestniczyłem w próbach i miało to swój naturalny oddźwięk w przyszłości. Obecnie nie wyobrażam sobie siebie w innej roli niż producenta.
Dość często korzystasz z brzmień skrzypiec, zarówno naturalnych, jak i przetworzonych. W twoim wydaniu połączenie to wypada zawsze ciekawie. Jesteś skrzypkiem?
Nie, absolutnie nie. Dość dużo czasu zabrało mi odnalezienie muzyków sesyjnych, którzy zajmując się klasyką, potrafiliby jednocześnie improwizować do elektronicznych podkładów tak, aby miało to jakikolwiek sens. Ich klasyczne wykształcenie wiąże się z czytaniem nut, a ja pod tym względem im nie dorównuję, mój sposób komponowania jest całkiem inny. Oczywiście, kiedyś uczyłem się tego, ale kompletnie zapomniałem, bo używanie nut wydawało mi się bezsensowne, szczególnie ponad 10 lat temu, kiedy pojawiła się techniczna muzyka, która bardzo zawróciła mi w głowie, sprawiając, że zacząłem parać się didżejowaniem i zarzuciłem intensywne ćwiczenia na perkusji.
A więc twierdzisz, że wspomniane gruntowne wykształcenie do komponowania dobrej muzyki nie jest konieczne.
Nie jest, jednak przez cały okres współpracy z muzykami klasycznymi uczyłem się różnych sposobów komunikacji z nimi. Jednym z nich jest oczywiście zapis nutowy. To, co nawinie ci się na myśl, zapisujesz od razu przy pomocy znaczków. W moim przypadku jednak najłatwiejsze i najbardziej owocne okazało się odgrywanie skrzypaczce bezpośrednio tego, co przychodziło mi do głowy, a potem słuchanie jej odpowiedzi na moje propozycje, czyli dźwięków, które wydobywała ze swojego instrumentu. Ten dialog prawie bez słów okazał się całkiem ciekawym muzycznym zbliżeniem dwóch światów.
Kilka lat temu wespół z Marco Haasem (aka T.Raumschmiere) założyliście label o osobliwej nazwie (Shitkatapult – przyp. red.). Kto na nią wpadł?
Marco. On właściwie sam założył wytwórnię, mieszkając jeszcze w Heidelbergu. A nazwa pochodzi od tytułu jednego z numerów jego punkowego bandu. Tytuł zawsze mu się podobał i postanowił ochrzcić nim label. A przy okazji chciałbym powiedzieć tym wszystkim ludziom, którzy non stop przysyłają lub przynoszą mi dema, że niestety nie jestem już za to wszystko współodpowiedzialny, zarzuciłem to kompletnie. Chcę skoncentrować się wyłącznie na robieniu muzyki.
![]() | ||
W takim razie wygląda na to, że pytanie jak czujesz się jako współszef, biznesmen, sprzedawca, jest już nie na czasie. Ale jak wiadomo, w ciągu lat katalog Shitkatapult rozrósł się znacznie i pewnie masz tam jakichś swoich muzycznych faworytów, byłych podopiecznych?…
Kiedy prowadzi się label, w którym wydaje się tak wiele pozycji, można oczywiście lubić kogoś mniej lub bardziej, ale ja podchodziłem do tego z totalnie fristajlowym nastawieniem, a to chociażby z tego powodu, że Marco i ja mamy całkiem inne podejście do muzyki i dość różne gusta. Na przykład ostatnia, spokojna i śpiewana płyta Judith Juillerat stylistycznie podąża w moim kierunku, ale i techno numery Petera Grummicha pociągają mnie również.
Dlaczego nie miałeś cierpliwości do bycia biznesmenem, opiekunem wytwórni?
Właśnie z powodu tego przymusu sprzedawania. Naprawdę działało mi to już na nerwy, zwłaszcza że dobrze wiedziałem, iż wydaję właśnie po raz kolejny coś, co się w ogóle nie sprzeda. Rynek niestety dość słabo otwiera się na takie rzeczy, ma bardzo wąskie granice kryteriów dobrej sprzedawalności, stąd zmartwień było sporo.
No i co, zostawiłeś Marca samego z tym wszystkim
W przyszłym roku będę grał w jego grupie. Nazwijmy to więc przesunięciem współpracy na inne pole działań. Zawarliśmy ugodę, sporo rozmawialiśmy i Marco zrozumiał, że nie mam żadnej motywacji do prowadzenia wytwórni. Po sześciu latach powiedziałem ‘dość’.
W takim razie co myślisz o darmowej wymianie plików w sieci? Nie irytuje cię, że ludzie miast kupować twoje płyty, słuchają ich sobie za friko?
Właściwie nie. Sam tak robię w momencie, gdy chcę coś przesłuchać, ściągam szybko z sieci i już wiem, czy jest warte kupna, czy nie. A na naszej scenie jest to coś nawet bardzo pozytywnego, ponieważ większość jej artystów w ogóle nie zarabia na sprzedaży płyt. Jeśli ktoś kupuje wydaną płytę, a potem publikuje ją w sieci – spoko, ludzie ściągają i człowiek staje się bardziej znany. Ale gdy pokłada się swoje zaufanie w dziennikarzu, śle mu się egzemplarz promocyjny do zrecenzowania trzy miesiące przed publikacją…i gdy ten dziennikarz, który zdaje sobie w końcu sprawę z reguł muzycznego biznesu, bez skrupułów zamieszcza płytę w sieci, to ja natychmiast odrąbałbym mu głowę. Pracujesz dniami i nocami, spełniasz swoje marzenia i nagle jakiś frajer zabiera ci twoje własne dziecko i decyduje o nim – czy upublicznić je, czy nie. Ty miesiącami planujesz całą strategię promocyjną, a on przychodzi i w okamgnieniu burzy to wszystko. Moralnie jest to niewybaczalne dla mnie. A i bardzo przykry jest moment, kiedy wszelkie twoje plany biorą w łeb z tak w sumie trywialnego powodu. Ja widzę w tym sens taki jak w podsuwaniu prezentu dziecku na cztery tygodnie przed świętami.
Rozumiem, że w Niemczech zarabianie pieniędzy na byciu niszowym artystą nie jest niemożliwe.
Tak, w moim przypadku jedna połowa finansowego sukcesu wiąże się z tym, że Berlin jest stosunkowo tani, a druga – ważniejsza – wiąże się z poświęceniem dla wykonywanej profesji. Ja swego czasu wszystko postawiłem na jedną kartę i dziś nie narzekam.
Zdarza ci się jeszcze pracować jako grafik?
Nie, całkowicie zrezygnowałem ze studiów i aktywności na tym polu.
Berlin określało się przed kilku laty jako europejską stolicę kultury w ogóle, a w szczególności nowej muzyki elektronicznej. Jak pod tym względem postrzegasz Berlin dzisiaj?
![]() | ||
Podstawowym problemem tutejszej sceny jest mała jej różnorodność. Berlin jest przede wszystkim elektronicznym, zorientowanym na clubbing miastem, a ja nie wiem, czy jestem aż w takim stopniu elektronicznym muzykiem. Może tego nie słychać zawsze, ale w głębi duszy nigdy nim nie byłem. Czasem przydałby się jakiś ciekawy import, ponieważ duża część produkcji ze stolicy to chłam. Ja generalnie stawiam na jakość, nie ilość, a w Berlinie niestety codziennie spotykam setki podobnie brzmiących nazw. Stąd, jak już wcześniej wspomniałem, mieszkanie tutaj nie wiąże się z uwielbieniem tutejszej sceny. Ale z drugiej strony, fajnie tu mieszkać, bo masz blisko do znajomych, którym możesz zrobić remix.:)
Grasz jeszcze jako dj? Widziałem cię dwa razy na żywo i za każdym razem prezentowałeś live act.
Dziesięć lat temu zaczynałem właśnie jako dj. Ale po jakimś czasie stwierdziłem, że jest coraz mniej płyt, które uważam za dobre i które warto byłoby odpalić w ramach setu. Nagle okazało się, że grałem same stare kawałki. Teraz gram wyłącznie swoją muzykę, a w przyszłym roku pewnie grać będę koncerty z grupą Marco. Sprawia mi to dużą radość, zwłaszcza że w ten sposób realizuję się na różnych muzycznych polach. A jeśli chodzi o moje sety, to nigdy się nie powtarzam. Oczywiście, znajdzie się parę ‘evergreenów’ szczególnie cenionych przeze mnie, ale większość to rzeczy nowe, których nikt nie zna. Stałym punktem programu są różne wersje mojego starego numeru ‘Granular Bastard’ z płyty ‘Duplex’. Z albumu nagranego z Ellen gram numery, które przerabiam tak, by w ogóle nie były rozpoznawalne, czasami gramy je razem i dobrze się bawimy, poprawiając je na bieżąco. Jak już mówiłem, nie korzystam z żadnego Live’a, tylko z własnego programu, który zresztą można sobie ściągnąć z mojej stronki.
Jakiego sprzętu używasz w studiu i na scenie?
Na pewno nie mam super Studera, którego właśnie nie udało mi się nabyć na e-bayu. Poza niezbędnym mikserem oczywiście syntezator…no cóż, nie przepadam ostatnio za typowym software’m jak większość producentów. Wolę sprzęt, który mogę manualnie kontrolować, zamiast klikać myszką…te wszystkie pokrętła, suwaki i przyciski…w dobie komputerów zostało to chyba trochę zarzucone. Dużo kręcę się po studiu, tu nagram gitarę, tam perkusję, pośpiewam w kabinie wokalnej i wydaje mi się to zdecydowanie bardziej kręcące od klikania i statycznego siedzenia przy komputerze. A jeśli chodzi o live’y, to oczywiście mój komputer, kontroler midi i software, który sam napisałem, a z którego korzystam intuicyjnie i spontanicznie.
Twoje najwcześniejsze rzeczy, te sprzed pięciu, sześciu lat, wydają mi się bardzo mocno spowinowacone z brzmieniem Warpu, zresztą nie tylko one. Mówi się często, że tworzysz nowy idm. Zgadzasz się z tym?
Oczywiście, że inspirowałem się Warpem, i nie jest to żadna tajemnica. Wynikało to z tego, że po odkryciu undergroundowej sceny techno mój horyzont muzyczny nagle znacznie się poszerzył. Zacząłem intensywnie drążyć temat elektroniki. Potem przyszedł czas na rzeczy stricte gitarowe, Sonic Youth czy wiele bardzo oldskulowych kapel. Do tego doszedł Satie, Bach…i się to wszystko ostatecznie bardzo pomieszało.
Satie skomponował jakieś sto lat temu ‘Muzykę do mebli’
Do mebli? Aż trudno uwierzyć, kliknę sobie w wyszukiwarce hasło i może coś ściągnę.:)
Zawsze flirtowałeś dość mocno z estetyką pop. Czy łatwiej jest stworzyć niezapomnianą klubową bombę czy piękną, zbliżoną do ideału piosenkę?
Nie chcę być postrzegany jako twórca muzyki klubowej.
Chodzi mi o to, co prezentujesz w swoich live actach – coś, co zazwyczaj wywołuje na parkiecie niemały ruch.
![]() | ||
Jak już mówiłem, nie umiem robić w studiu muzyki tanecznej. Sety wypadają rzeczywiście skocznie, jednak gdy próbowałem stworzyć jakiś taneczny track w studiu, zawsze wychodziły z tego rzeczy dokładnie przeciwne. Płyta z Ellen jest tu, co prawda wyjątkiem, ale wiadomo, że Ellen reprezentuje inną niż moja wrażliwość. Taneczność tego albumu jest wynikiem kompromisu jaki zawarliśmy w studiu, zresztą również bez słów.
Należymy do pokolenia, które swoje weekendy najczęściej spędza w klubach. Muzyka pełna energii, jednostajny rytm to coś dla nas normalnego. Jak będziemy tę naszą muzykę młodości odbierać w jesieni życia? Nawet nasze sentymenty i wspomnienia związane będą nierzadko z długimi nocami w klubach przy bardzo energetycznej muzyce.
Dla mnie to pytanie ma prostą odpowiedź. Na moim I-podzie nie znajdziesz obecnie ani jednej stricte klubowej płyty. Bardzo daleko odsunąłem się od takiej elektroniki jako słuchacz. I jako dziadek nie będę wylewał łez z powodu sentymentów do niej, tak mi się wydaje. Ale na obronę muzyki klubowej powiem, że kiedy jestem w klubie, rozumiem doskonale tę muzykę, to jest inny jej odbiór niż na słuchawkach czy w domu. W klubie cała ta estetyka nabiera właściwych barw. Musi być mocno osadzona w rytmie, stąd nie uważam spokojnych live actów w sobotnią noc za właściwe.:)
Jak zatem widzisz przyszłość muzyki?
Przede wszystkim ciągłe mieszanie obecnych form. Nie sądzę, by w najbliższym czasie miała nadejść prawdziwa rewolucja, z tym będzie ciężko. Być może, ktoś nas czymś mocno zaskoczy, jednak zasadniczo formy będą się przenikać i to będzie ogólna tendencja. Tak już jest od kilkunastu dobrych lat, zarówno w rozrywce, jak i muzyce współczesnej.
Masz jakieś plany związane z twoją następną solową produkcją?
Od dłuższego czasu właśnie nad nią pracuję i jest ciężka sprawa z tym, ponieważ dochodzę do wniosku, że kawałki nie bardzo do siebie pasują. Trochę zajmie mi zapewne logiczne uporządkowanie tego materiału. Natomiast ostatnio chcę wpuścić do moich live actów trochę ducha tej mojej najnowszej muzyki, tak żeby ludzie się nie dziwili, że na płytach jestem całkiem inny.
Wywiad został przeprowadzony 24 listopada 2006 r. we wrocławskim klubie Droga do Mekki przed występem artysty w ramach kolejnej edycji cyklu „Stay Dirty Import”.






narazie ściągnęłam jeden jego kawałek, ale bardzo mi się podoba chociarz nie gustuję w takiego typu muzyce, fajny wywiad
Na taki wywiad czekałem! Dzięki! Sam z nim chciałem kiedyś pogadać ale się bałem…