Wpisz i kliknij enter

Ghastly City Sleeps – Ghastly City Sleeps EP


Post-rock jest ciężko ranny i nie sądzę, aby cokolwiek mogło mu pomóc. W wykonaniu paru zespołów to była i nadal jest sensowna muzyka, ale dla większości biorących się za nią to była i jest muzyka łatwa do spreparowania. Słuchając kolejnych i kolejnych powrotów do tego brzmienia w wykonaniu kolejnych i kolejnych chłopaków z koledżu nie da się już powstrzymać niechęci. Zaczynamy cicho, powoli się wspinamy, głośno i schodzimy znów do absolutnej ciszy. Co za klimat. Szkoda, że udało się to niemal wyłącznie na „Young Team”. Można też dać odbiorcy parę sygnałów własnego osłuchania i nagrać płytę, na której post-rock będzie tylko myślą przewodnią, wokół której orbitują swobodnie elementy innych stylistyk. I zapewne uda się, jeśli świat zatoczył już koło i znowu Sigur Rós wysyła do Anglii taśmę z demem „Von”. Zbliżone do 10 minut kawałki nie ochrzczone nazwą GY!BE? Jaasne.
Ghastly City Sleeps to wrażliwa muzyka z Brooklynu, chociaż po pierwszych odsłuchach dałbym głowę, że z Islandii. Brzmienie wysepki samobójców jest już niemal tak samo rozpoznawalne jak polskie. Anielskie piękno, odrealnione i hipnotyzujące, wymusza na co wrażliwszych licealistach przedzierzgnięcie się w niedzielnych filozofów. Po otwierającym EPkę „Ice Cracks” chciało mi się doprawdy płakać – ponad 9 minut wystudiowanie smutnego grania, którego sekret posiedli już nawet polscy grajkowie. Ambientowe intro, potem ballada i smyki, w końcu wybuch z gęstą, równą perkusją i świdrującą gitarą na reverbie. Po tym chaosie damsko-męska harmonia wokalna, czyli oddech, tak potrzebny słuchaczowi zagubionemu w tej kniei wrażeń. Czasem ludzie się gubią – rodzą się w jakimś Brooklynie lub Bydgoszczy, kiedy powinni byli na Islandii.
Z eksperymentowania również niewiele wynika. Podobają mi się rytualne, tamtamowe bębny w „Hushing Weight”, i w tymże parę innych rozwiązań. To na pewno najlepszy kawałek na tej EPce i warto go odnotować wyizolowanego od reszty materiału, jako że następujące po nim „Suchness” jest niemiłosiernie smętne i po prostu rozdziera serce przez bite 9 minut, chyba dzięki sprzeczności miotającej się w obrębie tej piosenki. Mamy w tych paru minutach na przykład ciekawie przesterowany, shoegazowy wokal, i jednocześnie oczywistą symbolikę – chłodne brzmienie wyciągają metaliczne, echotyczne dzwoneczki, a rozpacz samotności na dnie studni oddaje powstrzymująca się, fragmentaryczna gitara, która przyspiesza, aby się skończyć.
Tego typu muzyka oszukuje – przy pierwszym zetknięciu wydaje się być piękna i zasypia się przy niej, a nawet poleca znajomym. Przy dziesiątym zetknięciu okazuje się, że to tylko dobrze wyprodukowana fasada. Kto słyszał o supermodelce nie ogarniającej zasad żadnej gry karcianej może mniej więcej zbliżyć się do owej smutnej prawdy o świecie. Tę samą sytuację zobrazowali na „Takk” Sigur Rós. Taka muzyka męczy i nastraja źle, bo obwieszcza uparcie, że raz zaistniałe rzeczy nigdy nie ulegną kompletnej destrukcji. Nigdy żadna stylistyka nie zdechnie. Chociaż jej ciało będzie martwe jak głaz, zawsze wyrosną z niego jakieś rachityczne roślinki w postaci przykładowo dodania do gitar amigowych bitów zrobionych na sprowadzonym z Polski mpc. Stare jest nowym nowym, makao i tysiąc jak podziemne gazetki. Co za czasy.
2007







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy