Wprawdzie Koop nie jest amerykańskim bandem z lat 30. a i nam jakoś nie po drodze do naszych zachodnich przyjaciół, to szczerze brakowało tylko policji przeganiającej całe to towarzystwo, jak w okresie prohibicji i działalności nielegalnych jazzowych knajp. Wprawdzie Koop nie jest amerykańskim bandem z lat 30. a i nam jakoś nie po drodze do naszych zachodnich przyjaciół, to szczerze brakowało tylko policji przeganiającej całe to towarzystwo, jak w okresie prohibicji i działalności nielegalnych jazzowych knajp.
![]() | ||
A trzeba wiedzieć, że nic na taki obrót sprawy nie wskazywało. Wręcz przeciwnie; zarówno chłodno odtworzony „Koop islands blues” jak i pierwszy wokalny występ Yukimi Nagano nie powalił na kolana. Co gorsze, uśmiechnięta Yukimi parokrotnie opuszczała scenę pozostawiając na niej męską część zespołu, która nie grzeszyła spontanicznością. Grali, jak na doświadczonych muzyków przystało, czyli dobrze. Jednak nie było powodów do euforii (przynajmniej nie na tym etapie koncertu), przecież kilka dźwięków na żywo budujących znane utwory, od razu wielkiego muzycznego wydarzenia nie tworzy. Zapewne wiele osób wyszło z takiego założenia, bo przecież okazja do zobaczenia Koop na żywo była jednorazowa i niepowtarzalna. Niespełna półtora miesiąca temu do sklepów trafił trzeci krążek zatytułowany „Koop Islands”, a tu proszę dwa koncerty w Polsce. Mając na uwadze tempo pracy panów Oscara Simonsson’a i Magnusa Zingmark’a szybkiego powrotu do kraju nad Wisłą nie należy oczekiwać.
Jak mawiają, „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło” i rzeczywiście w tym wypadku ta sentencja pasuje, bowiem mieliśmy aż 4 lata by poznać znakomitą zresztą płytę (co jest opinią na ogół spotykaną) „Waltz For Koop”, z której to – ku uciesze publiczności – zespół zaprezentował materiał (w tym genialne „Summer sun”). Nie można powiedzieć, że „Koop Island” jest płytą nieznaną, fantastyczne reakcje na „I see a different you”, „Whenever there is you”, czy kończące bis „Come to me” rozmyły wszelkie wątpliwości. Głównie za sprawą utworów z drugiej płyty atmosfera stała się żywsza, czemu tu się dziwić skoro energiczne „Relaxin at club fusion” połączone z grą muzyków, ich instrumentalnymi popisami zapierały dech w piersiach. Parę minut wcześniej podobne odczucia wywołały dwie wydawać się mogło zgoła inne kompozycje; „Forces…Darling” oraz następna w kolejce „Summer sun” (obie zaśpiewane przez niezastąpioną Yukimi Nagano) i wtedy już było pysznie do końca.
![]() | ||
Mimo niedzieli, oraz nieprzyjaznej wizji poniedziałku, Jazz Club pomieścił sporą grupę ludzi, w pewnym sensie zafascynowanych twórczością szwedzkiego zespołu. Przyjechali promować nowy album, nie zapominając o starszym materiale, co okazało się wstępem do świetnej zabawy. Bo w takich kategoriach należy rozpatrywać koncert, jako zabawę przy ciepłych dźwiękach. W gazetce piszą o wszechobecnym plastiku, blichtrze, ja tego nie zauważam, nie słyszę, może dlatego, że miejsca takie jak Hipnoza nie wpuszczają do środka nieproszonych gości. Mimo początkowego rozczarowania, Koop w Katowicach dali jeden z lepszych koncertów jesieni.
Zdjęcia z koncertu w naszym serwisie – na tej stronie




Skomentuj