Wpisz i kliknij enter

Fennesz – Black Sea


Kolejne minuty odsyłają jednak do filigranowych eksperymentów RF lub mniej zagęszczonych fragmentów dorobku Eluvium.
Nigdy chyba Fennesz nie był tak delikatny i rozwodniony. „Black Sea” zachowuje właściwą mu szorstkość tekstur, ale ogólne wrażenie to jednak swobodny dryf, który od biedy można porównać do tego, co działo się na „Venice”, choć na pierwszy plan wybijają się raczej analogie z Basinskim i Heliosem. W co bardziej urokliwych utworach („Perfume For Winter”, „Grey Scale), głośniejsze, obdarzone dramatycznym potencjałem momenty, rozpraszane są niemal kołysankowymi partiami gitar i delikatnymi droneami chłodnych klawiszy, które generują relaks skutecznie walcząc z konkurencyjnymi niepokojącymi dark ambientowymi suitami („Glide”, „The Colour of Three”). Tym ostatnim udaje się odzwierciadlać nastrój okładki, te pierwsze wpasowują się zgrabnie w beztroskie utwory Hisato Higuchiego lub Shugo Tokumaru. Trudno dzięki temu postrzegać „Black Sea” jako kontynuację któregokolwiek z wcześniejszych solówek Fennesza.


Po raz kolejny jednak nagrywa album dla każdego. Jedynym uwarunkowaniem jest bycie w posiadaniu czasu, który zresztą „Black Sea” z pozycji swoich 50 minut rozciąga do paru godzin wyłączenia z rzeczywistości. Ten Fennesz nie ma nic wspólnego ze swoją wczesną, bardziej eksperymentalną inkarnacją, której wydaje się folgować podczas występów live. Na „Black Sea” pojawiają się zabiegi kompozycyjne, którym początkujący Fennesz nie miałby szans podołać. Zbudowanie całego utworu na repetowanym poszumie i dzwoneczkach („Glass Ceiling”) bez zaliczenia wpadki to już coś; rzadko też ma się do czynienia z closerem będącym kompetentną kompilacją wcześniej używanych na płycie metod twórczych („Saffron Revolution”).
Trochę żal mikropopowego charakteru „Endless Summer”, nie wydaje się, aby powrócił jeszcze kiedykolwiek w twórczości Fennesza. Z drugiej jednak strony obcowanie z (prawie dark) ambientem jednocześnie wyrafinowanym i przystępnym na takim poziomie jest równie rzadkim przeżyciem, co najpopularniejsze wydawnictwo Fennesza. Sprawiający somatyczną wręcz przyjemność dryf wymagający akurat tyle roboczogodzin, żeby porzucić wypatrywanie punktów orientacyjnych i po bożemu posłuchać sobie muzyki.
2008







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
dadaista
dadaista
12 lat temu

@ 3um

Warto sięgnąć po ten album. Taki Fennesz nie wszystkim może przypaść do gustu, mnie jednak „Black Sea” pozytywnie zaskoczyła. Dźwięki z tej płyty już 3 dzień pieszczą moje bębenki słuchowe 😉

F.
F.
12 lat temu

Też go słyszałem na żywo w tym roku i nadal mi się wydaje, więc zapewne najbliżej prawdy byłoby powiedzieć, że pochopnie uogólniać w tym wypadku. Z drugiej strony można by ściągnąć wszystkie bootlegi i wyliczyć średnią, zamiast miernego poznawczo karpia.

3um
3um
12 lat temu

płyty nie słuchałem i nie wiem, czy posłucham, ale chciałem złapać wątek poboczny – album dla Mosz („Till the old…”): pierwsza płytka faktycznie, ale druga jest raczej przyjemna, łatwa, płynąca.

„której wydaje się folgować podczas występów live” przypomniałem sobie, jak go słyszałem na żywo w tym roku i akcent myślowy usadził mi się bardzo zdecydowanie na „wydaje się” 🙂

F.
F.
12 lat temu

Dzieci kochają American Analog Set. Powodzenia w przewijaniu!

bojanix
bojanix
12 lat temu

Z innej beczki. Płyta mi się bardzo podoba. Ale co ważniejsze, podoba się mojej 6-miesięcznej córce, która przy niej wspaniale zasypia (zresztą przy najnowszym L.Englishu również…). Dzięki, że takie płyty powstają…

F.
F.
12 lat temu

Skojarzenie Fennesz – Basinski – Helios na podstawie miękkości i ogólnego *wrażenia* przyjemności płynącej z odsłuchu, biegunowej dla np. odbioru Heckera czy Autechre itp. wymagającego o wiele większego moim zdaniem wysiłku, a już na pewno nie zezwalającego tak szybko i komfortowo na swobodne dryfowanie sobie. Co do drugiej kwestii: zawężam do solówek, głównie na podstawie porównania wczesnych Instrument EP czy Hotel Paral.lel z późnymi na chwilę obecną Venice i Black Sea. Przykładem Glass Ceiling, gdzie swobodnie mógł pojechać jak Merzbow :), wystarczyło podgłośnić wszystko, ale jednak poszedł już prawie w glitch.

paide
paide
12 lat temu

oj Filipie, z Basinskim i Heliosem to pojechałeś. nie wiem czy twoje skojarzenia idą w stronę przystępności Black Sea adekwatnej do przystępności muzyki wspomnianej dwójki, hm?. i kiedy piszesz Ten Fennesz nie ma nic wspólnego… to czy zawężasz to tylko do tejże płyty, czy też masz również na uwadze tegoroczny materiał-kolaborację Fennesza wydany dla Mosza, który pokazuje, że chropowatości i niełatwego w odbiorze experymentu temu Panu nie brak.

Polecamy