Mech – Pearlgraphs
Jarek Szczęsny:

Lepiszcze do związania ze sobą grubych okruchów.

Craven Faults – Erratics & Unconformities
Jarek Szczęsny:

Syntezator modularny poszedł na wędrówkę.

Rhythm Baboon – W-Life
Bartek Woynicz:

Z Chicago do Gdańska.

Algiers – There Is No Year
Bartek Woynicz:

Misophonia, czyli 700 wersów wołania do ściany.

Leandro Fresco & Rafael Anton Irisarri – Una Presencia En La Brisa
Jarek Szczęsny:

Niepewność własnego słuchu.

Flaner Klespoza – Przygody i tajemnice
Jarek Szczęsny:

Debiut podwójny.

Max Andrzejewski’s Hütte – Hütte & Guests Play the Music of Robert Wyatt
Łukasz Komła:

Robert Wyatt na ujazzowionym spacerze.

Fumiya Tanaka – Right Moment
Paweł Gzyl:

Spójna całość zbudowana z kontrastowych elementów.

Król – Nieumiarkowania
Jarek Szczęsny:

Nie chce nam mówić niczego wprost.

Burial – Tunes 2011-2019
Jarek Szczęsny:

Brama do innej rzeczywistości.

Zaumne – Contact
Jarek Szczęsny:

Niezwykła bliskość.

Various Artists – Consortium Vol. 1
Paweł Gzyl:

Z Albanii do Detroit.

ARRM – II
Jarek Szczęsny:

Dzieło spokoju.

Floating Points – Crush
Jarek Szczęsny:

Stare w służbie nowoczesności.



Rok 1999

Ten wspaniały rok 1999

Zanim zaczniemy podsumowywać rok 2019 – cofnijmy się w czasie dokładnie o 20 lat. Oto płyty, do których wciąż warto wracać. Dziś część pierwsza. W czasie świąt – część druga. A potem – autorskie podsumowania AD 2019.

Strach przed milenijną pluskwą. Strzelanina w Columbine High School w Kolorado. Wejście Polski do NATO. Ostatnie całkowite zaćmienie Słońca w XX wieku. Debiut aplikacji Napster. Narodziny sześciomiliardowego mieszkańca Ziemi. Śmierć Stanleya Kubricka, Marka Sandmana i Moondoga. Premiery filmów „Matrix”, „American Beauty”, „Gwiezdne wojny: Mroczne widmo”, „Świat to za mało”, „Kiler-ów 2-óch”, „Ogniem i mieczem” i „Dług”. Oraz premiery wielu znakomitych płyt, których wybór prezentujemy poniżej.

Zaczynamy tradycyjnie od playlisty na Spotify, abyście mogli umilić lekturę odpowiednią ścieżką dźwiękową. Do dzieła!

Aphex Twin – Windowlicker EP

There he goes. One of God’s own prototypes. A high-powered mutant of some kind never even considered for mass production. Too weird to live, and too rare to die. („Fear and Loathing in Las Vegas”, 1998) (Maciej Kaczmarski)


The Flaming Lips – The Soft Bulletin

Zawsze uważałem zespół The Flaming Lips za postrzelony. Oczywiście w sensie pozytywnym. Z ich dorobku najbardziej lubię album „Embryonic” i właśnie „The Soft Bulletin”. To wspaniała płyta, pełna orkiestrowych ornamentów, nieokiełznanej wyobraźni, muzycznych pejzaży, a także przepełniona świetnymi zniekształceniami. Ja tego nie słucham, ja się tym odurzam. Jest to wizyta w parku dla obłąkanych, gdzie strunowe aranżacje spotykają się z brudnymi gitarami lub dźwiękami przyszłości, a całość ma wymiar epicki. „A Spoonful Weights A Ton” czy „The Spark That Bled” trafiają do mych, beatlesowkich uszu. Nie ma możliwości, żeby oprzeć się takiej melodyjności, a przecież jest jeszcze niesamowity „Suddenly, Everything Has Changed”. Psychodeliczny klejnot. (Jarek Szczęsny)

Cassius – 1999

Debiutancki album francuskiego duetu tworzonego przez tragicznie zmarłego w tym roku Philippe Zdara i Boom Bassa, którzy obok wspomnianych Basement Jaxx i Groove Armada 20 lat temu również przeżywali czas swoich największych artystycznych sukcesów, zarówno w wtedy jak i dziś pozostaje taneczną petardą. To oczywiście przede wszystkim za sprawą nieśmiertelnego house’owego hitu „Feeling For You”, wyprodukowanego na styl electro, a opartego o sample z utworu „All This Love That I’m Givin'” amerykańskiej piosenkarki soul & r’n’b Gwen McCrae. Choć na płycie sporo było równie interesujących nagrań, w szczególności „Somebody” czy „Club Soixante Quinze”, tak to już wyszło, że „Feeling For You” zgarnęło całą stawkę. (Ania Pietrzak)

Groove Armada – Vertigo

Vertigo to drugi studyjny album duetu Groove Armanda tworzonego przez Andy’ego Cato i Toma Findlay’a. Pełen różnorodności, od energetycznych klubowych hitów jak („If Everybody Looked The Same”, „I See You Baby”), przez bardziej funkujące („Your Song”), jazzujące („Pre 63”) aż do downtempo i breakbeaty („Whatever, Whenever”, „Inside My Mind (Blue Skies)”, „Dusk You & Me”, „In My Bones”) czy ballady („At the River”). Po 20 latach „Vertigo” nadal brzmi świetnie będąc idealnym podsumowaniem muzycznych trendów panujących w czasie jej powstania. Jednocześnie budzi nostalgiczne tęsknoty za tamtym elektronicznym światem, który – jak słychać po „Vertigo” – był radośniejszy, bardziej melodyjny i naturalniejszy. Najlepszy utwór: „I See You Baby”. (Ania Pietrzak)

Dopplereffekt – Gesamtkunstwerk

Replicants are like any other machine, they’re either a benefit or a hazard. If they’re a benefit, it’s not my problem. („Blade Runner”, 1982) (Maciej Kaczmarski)

Porter Ricks & Techno Animal – Symbiotics

I dunno what the hell’s in there, but it’s weird and pissed off, whatever it is. („The Thing”, 1982) (Maciej Kaczmarski)

Gramm – Personal Rock

(Personal_Rock), jedyna płyta Jana Jelinka pod pseudonimem Gramm, to wciąż jeden z niekwestionowanych klasyków na styku minimal techno i glitch. Album fenomenalny od pierwszej swojej sekundy do ostatniej, idealnie wyważony, choć jednocześnie do granic przesiąknięty komputerowym brzmieniem. Przy tym melodyjny, intrygujący, ale też ciepły. W tym roku, z okazji swojej okrągłej 20. rocznicy, doczekał się winylowego wznowienia, które ukazało się nakładem wytwórni Faitiche, prowadzonej przez samego Jelinka.

I jeśli jest jakikolwiek sens kupowania płyt winylowych celem domowego odsłuchu, to „(Personal_Rock)” jest tego odzwierciedleniem. Elegancki, choć przy tym pełny fetyszu (od którego nazwę zaczerpnęła Faitiche) idealnie pasuje do stylowych analogowych warunków odsłuchu. Nawet jeśli to tylko „moda”, jak twierdzą malkontenci winylowej manii, to podobnie jak na każdej innej płaszczyźnie, elegancja i wykwintność małych przyjemności robi zasadniczą różnicę in plus w ich odbiorze. „(Personal_Rock)” ukazuje właśnie ten niuans. (Ania Pietrzak)

Pelican City ‎– „The Chilling Effect”

Pelican City jako jeden z pierwszych projektów Briana Burtona (znanego bardziej jako Danger Mouse) przyczynił się do powstania dwóch (niestety tylko dwóch) genialnych albumów, gdzie pierwszy z nich – „The Chilling Effect” pochodzi właśnie z 1999 r. To mieszanka klimatycznego, instrumentalnego hip-hopu i trip hopu z bardzo dużym zestawem sampli.

Napis na okładce „Original Motion Picture Score” mógłby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z muzyką filmową do filmu o tym właśnie tytule. Szkopuł w tym, że taki film nigdy nie powstał. To bardzo spójny album, pełen nostalgicznych, smutnych melodii. Na uwagę zasługuje kawałek „The Bedroom”, który w mistrzowski sposób łączy dźwięk trąbki, gitary elektrycznej i klawiszy niczym z organów Hammonda. Na „The Chilling Effect” panuje atmosfera noir, chwilami pełna mrocznego napięcia. (Mateusz Pizyński)

Kit Clayton – Nek Sanalet

Language is the foundation of civilization. It is the glue that holds people together. It is the first weapon drawn in a conflict. („The Arrival”, 2016) (Maciej Kaczmarski)

Bogdan Raczyński – Samurai Maths Beats

Idąc za ciosem, Raczyński zawitał u Aphexa ze swoją drugą płytą. Samurai Maths Beats, choć także z „okresu japońskiego”, jest zauważalnie lżejsze i bardziej melodyjne. Tym razem utwory zyskały swoje tytuły, a Bogdan nie wplata już zbytnio sampli z japońskich filmów, za to niemożliwie łamiąc rytmy na dziesiątki kolejnych sposobów. Do tego okładka stworzona na kartonie, bo jak wiemy z poprzedniego albumu Raczyński szanuje, gdy ktoś używa kartonu. (Franek Ploch)

David Sylvian – Dead Bees on a Cake

The book says, „We might be through with the past, but the past ain’t through with us.” („Magnolia”, 1999) (Maciej Kaczmarski)

Monolake – Interstate

Every leap of civilization was built off the back of a disposable work force. („Blade Runner 2049”, 2017) (Maciej Kaczmarski)

Leftfield – Rhythm and Health

Drugi po głośnym „Leftism” album duetu Paul Daley i Neil Barnes to bardzo mocna pozycja, która po dzisiaj elektryzuje słuchacza mnogością gatunkowych smaków (hip-hop, dub i chillout spotyka techno). Pionierzy IDM już pierwszymi dźwiękami wykopują tu drzwi z kopa, a pomaga im nie kto inny, jak sam Roots Manuva. Na gościnne występy wpadli też Afrika Bambaataa oraz MC Cheshire Cat.

Najbardziej niezapomnianym numerem jest jednak kapitalna electroballada „Swords” z amerykańską wokalistką Nicole Willis. Utwór promował równie kapitalny, fabularyzowany teledysk. Album dotarł do pierwszego miejsca na liście UK Album Charts, co dziś wydaje się nie do pomyślenia. Ciekawostką jest, że jeden z utworów został stworzony w całości na prostym programie na Playstation. (Bartek Woynicz)

Labradford – El Luxo So

The circle of life has no ending. („Dead Man”, 1995) (Maciej Kaczmarski)

Roots Manuva – Brand New Second Hand

Po ukazaniu się tego debiutu muzyka w UK nie była już taka sama. Wpływy tej nowatorskiej płyty są oczywiście trudne do zmierzenia, ale raczej mało kto jest w stanie im zaprzeczyć. Raper i producent dokonał tu innowacyjnej fuzji brzmień z Jamajki, z której pochodzi z rapem oraz szalejącymi po Londynie gatunkami elektronicznymi, ale przede wszystkim nawijał rymy w dotąd niesłyszany, nonszalancko luźny sposób. „Strange Behaviour” czy „Clockwork” to dziś klasyka angielskiego rapu. (Bartek Woynicz)

Holger Czukay – Good Morning Story

I love the smell of napalm in the morning! („Apocalypse Now”, 1979) (Maciej Kaczmarski)

Les Rythmes Digitales – Darkdancer

Pod szyldem Les Rythmes Digitales ukrywał się swego czasu Stuart Price, czyli m.in. późniejszy producent „Confessions on a Dance Floor” Madonny. Na drugim krążku wydanym przez Wall of Sound zaprezentował bardzo udany zestaw synth/disco/popowych numerów inspirowanych elektroniką z lat osiemdziesiątych. Album zawiera jego największy hit „(Hey You) What’s That Sound?”, który do dziś potrafi rozbujać najbardziej nawet niemrawą imprezę. (Bartek Woynicz)

Dopplereffekt ‎– Gesamtkunstwerk

Płyta – manifest. Z jednej strony manifest muzyczny w formie kompilacji pierwszych EPek projektu. Z drugiej strony – jasna deklaracja ideologiczna. Jak skomentował w jednym z wywiadów Gerald Donald, okładka Gesamtkunstwerk z sierpem, młotem i gwiazdą to hołd składany egalitarystycznym postulatom Marksa i Engelsa. Warto tu odnotować, że wydany kilka lat wcześniej hymn Superior Race przemianowano na tym wydawnictwie na Master Organism. (Franek Ploch)

Lamb ‎– „Fear Of Fours”

Fear Of Fours to drugi album brytyjskiego duetu, tym razem bez wielkiego hitu na miarę poprzedniego „Gorecki”, jak i przyszłego „Gabriel”. Ma się wrażenie, że akcenty były położone bardziej na rytm aniżeli melodie.

Na płycie są momenty wyróżniające się pewną nerwowością, niespokojną atmosferą budowaną właśnie połamanymi (przekombinowanymi?) loopami perkusyjnymi. Są oczywiście wyjątki, jak chociażby przy smyczkowych balladach „Lullaby” czy „Bonfire”. „Fear Of Fours” to propozycja raczej wymagająca, charakteryzująca się oryginalnym językiem produkcji, zdecydowanie nie najważniejsza w całej dyskografii zespołu. (Mateusz Pizyński)

Sneaker Pimps – Splinter

Don’t let yourself get attached to anything you are not willing to walk out on in 30 seconds flat if you feel the heat around the corner. („Heat”, 1995) (Maciej Kaczmarski)

Peace Orchestra – Peace Orchestra

Peter Kruder, czyli połówka popularnego, wiedeńskiego duetu Kruder & Dorfmeister poszedł na swoje ukrywając pod szyldem orkiestry swoje umiejętności producenckie. Całość materiału oscyluje w sennych mariażach down tempo, trip hopu i dubu tworząc bardzo spójną całość.

Pośród dziewięciu długich utworów palmę pierwszeństwa dzierży „Who Am I”, w którym wpływ Kraftwerk miesza się z rytmiką Massive Attack, a sporadyczny wokalny sampel jedynie potęguje zwiewną transowość. Płyta zdecydowanie dla fanów zielonych oparów… (Bartek Woynicz)

Jamiroquai – Synkronized

Czwarty album studyjny Jamiroquai to kolejny wyraz ich klasycznego brzmienia – tanecznego acid-jazzu z wyrazistym podbiciem house’owym. Z „Synkronized” pochodzą takie hity grupy jak „Canned Heat”, „Supersonic” czy bonusowy „Deeper Underground”, który jako jedyny singiel w historii zespołu trafił na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów, a dodatkowo także na ścieżkę dźwiękową do „Godzilli”. A że ma bardziej rockowy charakter niż większość nagrań Jamiroquai, to rzeczywiście zwraca szczególną uwagę. (Ania Pietrzak)

Basement Jaxx – Remedy

Na przełomie poprzedniego i obecnego stulecia duet Felixa Buxtona i Simona Ratcliffe’a był jednym z głównych rozgrywających, jeśli chodzi o taneczny house z dance’owym podbiciem. Znaki rozpoznawcze: latynoskie rytmy, hip-hopowe beaty i pełne, drapieżnie brzmiące wokale w utworach. Debiutancki album „Remedy”, zawierający takie hity jak kultowy „Red Alert”, „Yo Yo”, „Bingo Bango” czy „Rendez-Vu” (4. miejsce UK Singles Chart, najwyżej notowany singiel duetu na Wyspach) momentalnie wywindował Brytyjczyków do statusu gwiazdy, co tylko potwierdziły kolejne albumy – „Rooty” (nazwa zaczerpnięta od cyklu imprez jakie organizowali w Londynie przed studyjną karierą) czy „Kish-Kash”. Najlepszy numer: „Red Alert”. (Ania Pietrzak)

Herbaliser – „Very Mercenary”

Trzeci, wydany w legendarnej Ninja Tune album brytyjskiego duetu Herbaliser nie wykazał spektakularnego objawienia. Dwa poprzednie krążki („Blow Your Headphones” oraz „Remedies”) wydawały się być ciekawsze, bardziej nowatorskie i zawierające mniej słabszych momentów. Nie zmienia to faktu, że „Very Mercenary” był krążkiem godnym uwagi w omawianym roku 1999.

Skupiając się na jego instrumentalnej części, należy zdecydowanie wyróżnić „Shattered Soul”, „The Sensual Woman” czy chociażby singlowy, oparty na szybszym tempie „The Missing Suitcase”. Herbaliser nie porzucił swojego muzycznego stempla, tworzonego przez mariaż instrumentalnego hip hopu, jazzu, funku w formie wysmakowanego samplingu. (Mateusz Pizyński)

Tricky – Juxtapose

Piąty album studyjny Tricky’ego, nagrany z DJ Muggsem i Greasem (za to bez Martiny Topley-Bird), to artystyczny obraz Tricky’ego w bardziej drapieżnej („She Said”, „Call Me”, „Bombing Bastards”), lubieżnej („Bom Bom Diggy) jak i energetycznej odsłonie („Hot Like A Sauna”). Jest też jednak miejsce na klasyczne dla Tricky’ego trip-hopowe mruczando („Contradictive”, „Who”). Najlepszy utwór: kilka, ale pofolgujmy sobie – „Bom Bom Diggy”. (Ania Pietrzak)

Moby – Play

Był taki czas kiedy Moby był w porządku i słuchało go sporo ludzi. Było to zanim wydał swoją autobiografię, ale albumu „Play” nie można zignorować. Można go nie lubić, ale nie sposób było nie usłyszeć w swoim czasie, któregoś z utworów na nim zawartych. Na rozgłos krążka zapracowały chwytliwe melodie oraz sporo gospelowych sampli powklejanych między elektronicznymi dźwiękami.

Nie wszystko się brzydko zestarzało. „Find my baby” chodziło mi kilka dni po głowie, „Run On” poprawiał nastrój za każdym razem, a „Natural Blues” słuchałem dosyć głośno taplając się w nostalgii. Hity („Bodyrock” oraz „Why Does My Heart Feel So Bad?”) hitami pozostały. Moby nagiął muzykę elektroniczną do masowych gustów rozpychając się pomiędzy popem i rockiem. Dobre i to. (Jarek Szczęsny)

Godspeed! You Black Emperor – Slow Riot for New Zero Kanada

Jedyna EP`ka w moim wyborze, ale nie mogę jej pominąć, bo bez niej rok 1999 byłby niepełny. Umieszczony na okładce napis w języku hebrajskim oznacza „bezład i pustkowie” (patrz okres biblijny przed nastaniem człowieka). Wątpię, aby dziś taka okładka „przeszła”, ale dwadzieścia lat temu świat wyglądał inaczej. Zresztą na odwrocie znajdziemy instrukcję w języku włoskim jak wykonać „koktajl Mołotowa”.

Postrockowcy z G!YBE ufundowali nam mroczny, gęsty i ekspansywny klimat z domieszką skrzypiec i wiolonczeli zamknięty w dwóch utworach. W tekście można doszukiwać się profetyzmu odnośnie nadchodzącej apokalipsy, ale i bez tego muzyka zespoły się broni. No i ten artystyczny koniec. Trzeba tego doświadczyć na własnej skórze. (Jarek Szczęsny)

Bonnie “Prince” Billy – I See a Darkness

Zraniona, zepsuta muzyka wypełnia po brzegi szósty krążek Bonnie „Prince” Billy`ego, czyli Williama Oldhama, amerykańskiego wokalistę i songwrittera. Muzycznie poruszamy się po znanym terytorium, którego punkt centralny stanowi gitara akustyczna. Znakomitość tkwi w minimalizmie środków oraz w słowach. Jest obezwładniający smutek, depresja, ale i nieoczekiwane ciepło bije z tej płyty.

O tyle jest to dziwne, że można trafić tu na takie słowa: „Death to everyone / Is gonna come / And it makes hosing / Much more fun” („Death to Everyone”). Może to wyssać reszty wesołości z człowieka, ale taki już ten Oldham jest. (Jarek Szczęsny)

Jim O`Rourke – Eureka

Napisać, że okładka albumu „Eureka” Jima O`Rourke`a jest niewygodna, to nic nie napisać, ale już z takim oryginałem mamy do czynienia. Kiedy Jim otwiera usta, a robi to rzadko, to wiedz, że nie możesz tego przegapić. Ale czy ten album można brać do końca na poważnie, skoro początek zaczerpnięty jest z twórczości szkockiego humorysty Ivora Cutlera?

Jeszcze dochodzi do tego frywolna wersja „Something Big” Burta Bacharacha. Pewnie lepiej do końca tego nie robić, ale warto docenić rozmach stylistyczny, niemal wodewilowy. Szczególnie w „Through the Night Softly”, gdzie partie saksofonu wygrywa Ken Vandermark. To najbardziej przystępna płyta stworzona przez awangardowych twórców. „Eureka” powoduje zmącony i zmieszany zachwyt. (Jarek Szczęsny)

Q-Tip – Amplified

Nikt nie przepływa po tekście tak jak Q-Tip. Udowadnia to przez całą swoją karierę. Jego solowy debiut „Amplified” nie przyniósł szalonych zmian w porównaniu z dokonaniami A Tribe Called Quest. Nie jest też płytą złą. To co najbardziej mi w niej pasuje to „ujazzowione r`n`b”, które tak dobrze pasuje do gospodarza. Przypomnę, że współproducentem płyty był sam J Dilla.

Wystarczy posłuchać takiego „Higher”, żeby w mig docenić wartość tych dźwięków. Ostateczny efekt psuje współpraca z Kornem, która była niepotrzebna. Natomiast w „Breathe & Stop” pojawia się fragment „Be Myself” Urszuli Dudziak. No, ale w porównaniu z ATCQ to jednak nie do końca jest to, ale słucha się w porządku. (Jarek Szczęsny)

Koli – Szemrany

To dopiero odpał, żeby wrzucić w gęstą strukturę hip-hopową kawałki Stanisława Grzesiuka. Twórcy tej dziwnej mieszanki odstawili gitary w kąt na skutek styczności z drugą płytą Kalibra 44. Środowisko polskiego hip-hopu było skupione na bolączkach codzienności, a tu wjechał zestaw z retro wstawkami i abstrakcyjnym poczuciem humoru.

W trakcie słuchania do uszu dociera chociażby fragment piosenki Marka Grechuty czy teksty z filmu „Wniebowzięci”. Spięty wyrzucał z siebie wszystkie skojarzania, bawił się słowem, epatował oczytaniem, co dziś z powodzeniem kontynuuje w Lao Che. Tymczasem album się nie przyjął. Ani w środowisku, ani wśród publiczności. A dziś? A dziś to można przy tym swobodnie pohulać. (Jarek Szczęsny)

Autechre – EP 7.1 & EP 7.2

1. Mathematics is the language of nature. 2. Everything around us can be represented and understood through numbers. 3. If you graph these numbers, patterns emerge. Therefore: There are patterns everywhere in nature. („Pi”, 1998) (Maciej Kaczmarski)

Coil – Astral Disaster

I hope that when the world comes to an end, I can breathe a sigh of relief, because there will be so much to look forward to. („Donnie Darko”, 2001) (Maciej Kaczmarski)

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. kosek

    Chemical Brothers – Surrender
    Underworld – Beacoup Fish

  2. tg3179

    przy Porter Ricks cos wam się pokręciło- płyta z Techno Animal to Symbiotics.

    Tak na szybko dorzuciłbym jeszcze z 1999 roku>

    Aube- Ricochetentrance
    Fluxions- Vibrant Forms

    Mouse on Mars – Niun Niggung