Wpisz i kliknij enter

10-20 – 10-20


Raz na jakiś czas pojawia się płyta tak nietypowa i wychodząca poza utarte schematy, a zarazem tak mocno zakorzeniona w nurcie poszukującej elektroniki, że w pierwszym odruchu ciężko uwierzyć, iż nikt nie wpadł na to wcześniej. Debiutancki self-titled brytyjskiego artysty ukrywającego się pod pseudonimem 10-20 to właśnie taki album – świeży, zaskakujący, wciągający i nie dający spokoju przez swój iście nawiedzony charakter.

Jeśli „10-20” nie stanowi kroku naprzód dla elektroniki, to z pewnością można mówić o niespodziewanym skoku w bok w nieznanym kierunku. Da się tu oczywiście wychwycić dalekie echa Autechre, Monolake, Wolfganga Voigta, Pan Sonic, a nawet Buriala i eksperymentów ze stajni Mille Plateux, jednak to tylko powierzchnia, pod którą skrywa się coś zupełnie wyjątkowego.

Całość można określić jako niesamowity amalgamat szorstkiego IDM-u, chłodnego dubu, onirycznego ambientu i szeleszczącego clicks’n’cuts. A wszystko to skąpane w oszczędnym minimalizmie, który jednak nie ma nic wspólnego ze zjadającym własny ogon minimalem. Paradoksalnie jest to muzyka bogata i skrząca się świeżymi pomysłami: podskórne basy i dezorientujące beaty, w połączeniu ze szklistymi, skorodowanymi dźwiękami, repetetywnymi motywami i miarowymi pulsacjami, są delikatne, choć naszkicowane wyraźnymi kreskami; niepokojące, choć nieinwazyjne; wreszcie zachwycające, choć nierzadko wzbudzające autentyczną grozę swoim odhumanizowanym komputerowym chłodem. Bo twórczość pochodzącego z Devon artysty brzmi niczym zapis mechanicznej pracy jakiegoś skomplikowanego urządzenia, które czasem próbuje naśladować człowieka (schowany głęboko pod natłokiem dźwięków ludzki głos w „jjuvxszla” i zniekształcony soulowy wokal w „wdtrhjvelgrad”, który powoduje lodowate ciarki na plecach). 10-20 konstruuje za pomocą muzyki pewien krajobraz, przede wszystkim industrialny, z jego symfonią niewzruszonych maszyn (spróbujcie wyjść na nocny spacer z tą płytą w słuchawkach, najlepiej w przemysłową okolicę miasta).

Ten materiał należy traktować nie jako płytę z punktu przecięcia rozmaitych gatunków, lecz jako płytę, kropka. Tę zasadę powinno się stosować do każdego rodzaju muzyki, ale „10-20” nie jest jak każda inna muzyka. To rzecz doprawdy jedyna w swoim rodzaju.
Highpoint Lowlife 2009







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] przed trzema laty rewelacyjnym albumem wydanym przez Highpoint Lowlife (nasza recenzja tutaj). Pochodzący z Devon artysta zaprezentował na nim oryginalną mieszankę, na którą złożyły […]

vivisect
vivisect
11 lat temu

Pytanie – gdzie można to kupić???

sandor vessanyi
sandor vessanyi
11 lat temu

„twórczość pochodzącego z Devon artysty brzmi niczym zapis mechanicznej pracy jakiegoś skomplikowanego urządzenia, które czasem próbuje naśladować człowieka”, odkryłeś amerykę stary, rozwikłałeś tajemnicę terminu IDMu co mi się nie udało do tej pory… takie cenzurki wystawiano całkiem sporo lat temu autechrowemu Tri Repetae i kilku (-nastu,-set) jeszcze innym wydawnictwom po Tri Repetae.
a tak na marginesie, co takiego nietypowego/oryginalnego/fajnego jest w płycie artysty z Devon czego nie ma w muzyce elektronicznej ostatnich 20 lat? bo jeśli twórczość tego człowieka jest jakimś krokiem milowym w dziedzinie nowych brzmień to ja wolę hiperultramegainnowacyjną Nintendo Teenage Robots Aleca Empire.

ladyship
ladyship
11 lat temu

wciągający subtelnie eklektyzm ponad granicami.

O
O
11 lat temu

a mi się już bardziej recenzja podoba niż ta muzyka…słabo.

ataxiaa
ataxiaa
11 lat temu

Płyta przygniata tym, że cięzko określić na jakim silniku była nagrywana, wieloteksturowa, skąpana w niewiadomo czym, mega wydarzenie tego roku póki co.

mallemma
mallemma
11 lat temu

bdb album, a autorowi recenzji zalecam zmianę epitet-packa i flowpacka.

iaikO
iaikO
11 lat temu

nic dodać nic ująć. zjawiskowy album.

Polecamy