Wpisz i kliknij enter

Jega – Variance


Dylan Nathan vel Jega para się elektroniką od połowy lat 90., zaś legenda głosi, że do tworzenia własnych dźwięków namówił go sam Mike Paradinas. Świeżo wydany, podwójny „Variance” to dopiero trzeci longplay Jega i pierwszy od dziewięciu lat (klasyczna płyta „Geometry”). W świecie elektroniki to cała epoka i z tej próby czasu Nathan wyszedł zwycięsko tylko w połowie.

Część pierwsza prezentuje łagodniejsze oblicze pochodzącego z Manchesteru muzyka: w nastrojową aurę wprowadza „SoulFlute” z partią fletu, schowanym w tle samplem z rapową nawijką i miękką rytmiką na skraju IDM-u i hip-hopu. Następujący po nim „Antiphon” rozsiewa nuty niepokoju w postaci nieco dubstepowego prowadzenia beatu, przetworzonego fortepianu, glitchowych naleciałości oraz kobiecej wokalizy, pociętej i zmanipulowanej metodą „na Buriala”. Kawałkiem o podobnych korzeniach jest melancholijny „The Girl Who Fell To Earth”, z kolei „Moment” i „Sakura” stanowią pierwszorzędne porcje instrumentalnego glitch-hopu, ten pierwszy w wydaniu relaksującym, ten drugi – w refleksyjnym. Oba wydania przenikają się wzajemnie do samego końca pierwszej odsłony „Variance”, oscylując wokół onirycznych synthów, ambientowych padów i rytmów w zdecydowanie umiarkowanym tempie. Nawet nieco bardziej dynamiczne kawałki, takie jak „Eva” czy oldschoolowy IDM „Zenith”, nie wychodzą poza chillout room.

Go to Beatport.com Get These Tracks Add This Player

Drugą część płyty całkowicie zdominował mrok. Otwiera ją ambientowa miniatura, brutalnie przerwana przez powoli nadchodzącego dubstepowego potwora; to „Shibuya”, w rytm którego mógłby kroczyć jeden z licznych przeciwników poczciwej Godzilli. „Chromadynamic” przynosi odhumanizowany, upstrzony samplowaną mozaiką IDM z naciskiem na „D”. Jega urządza też wycieczki w stronę najbardziej radykalnych form elektronicznych z pogranicza drill’n’bassu i breakcore’u. Szczególnie imponującymi przykładami soczystego połamanego mięcha są „Kyoto” i „Hydrodynamic”, roztrzaskane podług wzorców, których nie powstydziłby się jakiś tam, powiedzmy, Xanopticon.

Zgodnie z tytułem, „Variance” to album różnorodny, lecz działa to zarówno na jego korzyść, jak i szkodę – udowadnia wprawdzie płodność jego autora, ale też niebezpiecznie zbliża się do kategorii przerostu formy nad treścią. Oba woluminy wyczerpują swoją formułę mniej więcej w połowie trwania, z czego płynie dość logiczny wniosek, że byłby to doskonały pojedynczy album, złożony z elementów jedynki i dwójki – czyli dokładnie taki, jaki przed sześcioma laty trafił do Internetu. Jega po prostu przedobrzył, a przecież już Wolter pouczał, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Planet Mu, 2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy