Wpisz i kliknij enter

Marcel Knopf – Dusty Dance


„Minimal is super, but maybe not sexy in the long run” – powiedział trzy lata temu niemiecki producent Marcel Knopf, podczas wywiadu promującego wydany wówczas debiutancki „Bits To Phono Mix”. I mimo upływu czasu, zdania nie zmienił, czego świadectwem jest jego pierwszy autorski album – „Dusty Dance” – który opublikowała berlińska wytwórnia Mo`s Ferry Productions. Jej właściciel, Niklas Worgt, znany głównie jako Dapayk, miał zresztą spory udział w powstaniu płyty – jest współautorem i współproducentem wszystkich znajdujących na nim nagrań. Nic więc dziwnego, że ślad jego charakterystycznego stylu jest wyraźnie odbity na większości utworów.

Rozpoczynające krążek organowe „Intro” rozwija się z czasem w rasowy minimal, oparty na klikającym rytmie i pobrzękującym basie. Monochromatyczne tło kompozycji uzupełniają jedynie dyskretnie cmokające efekty, zza których przebija się lekko przetworzony głos tajemniczej dziewczyny. Po tym jednoznacznym wprowadzeniu dostajemy jednak zupełnie odmienną kompozycję – „That Shit”, czyli osadzone na funkowym basie deep techno, zgrabnie ozdobione metalicznymi perkusjonaliami i radosnymi dęciakami. To wyraźny ślad mody na brzmienia latino, która rozprzestrzeniła się w ciągu ostatnich miesięcy wśród producentów minimalu z zadziwiającą szybkością. „All Right” stanowi z kolei przykład innej modyfikacji modnego gatunku – tym razem pulsujące i brzęczące klawisze niesione przez hipnotyczny groove zostają podrasowane samplem soulowej wokalizy.

Kontynuując ten wątek, Knopf wypuszcza się na terytorium klasycznego house`u. W efekcie powstaje „Crazy About” – taneczny killer w stylu lat 90., którego najważniejszym elementem jest ekstatyczna wokaliza Camary. Podobny w klimacie jest również następny utwór – „Holpergeist 2.0”. Rozbrzmiewa on jednak bardziej ekstrawaganckimi dźwiękami, choćby zapętlonym efektem elektronicznej czkawki, przypominając tym samym dowcipne produkcje TokTok.

Centralnym nagraniem płyty jest tytułowy „Dusty Dance”. To pomysłowo zaaranżowany minimal, którego nie powstydziłby się sam Ricardo Villalobos. Echa jego stylu są tutaj zresztą dosyć wyraźne: Knopf oplata motoryczną strukturę rytmiczną gęstą siatką instrumentalno-wokalnych sampli, z których niespodziewanie wyłania się sugestywna partia melodyjnego saksofonu. W pewnym momencie mechaniczny bit podszywają tu tribalowe perkusjonalia o transowej wibracji – i to one nadają nagraniu egzotyczny charakter.

Druga część płyty należy do mocniejszych dźwięków. Jako pierwszy pojawia się klubowy pewniak – „Skinny Bitches”. Knopf stawia tutaj na prosty bit techno uzupełniony szeleszczącymi hi-hatami, na który nakłada soniczny loop utkany z rwanych akordów klawiszy i… monolog zaćpanego klubowicza. W „Rec-Cord” niemiecki producent wraca do klasycznego minimalu – suche uderzenia automatu perkusyjnego podbarwiają tu jedynie zdubowane tony fortepianu wpisane w żrący potok syntetycznej surówki.

Na zakończenie, Knopf rozwija jamajski wątek. Najpierw pojawia się bowiem zrealizowany w konwencji minimalu rozwibrowany dub-house, którego brzmienie tworzą gęsto cięte sample wdzięcznie kumkających klawiszy („Take A No”), a potem spowolnione dub-techno, niosące niepokojącą melorecytację Evy Padberg na tle posklejanym z monochromatycznych akordów.

Jednolita produkcja zapewnia tej eklektycznej kompilacji różnorodnych dźwięków jednolity sznyt – ale to prawdopodobnie zasługa Dapayka, który już w swoich własnych nagraniach pokazał, że potrafi lawirować między odmiennymi gatunkami, zachowując monolityczne brzmienie.

www.mosferry.de

www.myspace.com/marcelknopf
Mo`s Ferry Productions 2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy