Wpisz i kliknij enter

Various Artists – Pop Ambient 2010


Już od kilku lat co roku na rozpoczęcie nowego sezonu muzycznego otrzymujemy od kolońskiej wytwórni kolejną część kompilacji z serii „Pop Ambient”. Kilka stałych nazwisk, kilka nowych, myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że każda składanka jest taka sama. Szefowie Kompaktu dokładnie wsłuchują się w dźwięki dochodzące z elektronicznego undergroundu, za każdym razem reagując na nie na swoich wydawnictwach. Czasem udaje im się wyprzedzić pewne zjawiska, a kiedy indziej – po prostu się do nich dostosować. Tak dzieje się i na najnowszym krążku z serii.

Tym razem z zaskoczeniem konstatujemy, że jego większość wypełniają utwory radykalnie skłaniające się ku repetytatywnemu minimalizmowi. W takim stylu rozpoczyna się zresztą cała płyta. „The Sound Of One Lip Kissing” Marsena Julesa i „Lest You Forget” Brock Van Weya to idealne inkarnacje stylu. Obie kompozycje składają się z rwanych sampli (w pierwszym przypadku molowego akordu piano, a w drugim – subtelnego dźwięku gitary), które zostają zapętlone w monotonnie powtarzane loopy, zostawiające po sobie dronowy lub zaszumiony pogłos. Podobne kompozycje znajdujemy również w dalszej części albumu. To pulsujący wystukiwanym jednostajnie samplem „Therefore” dawno nie słyszanego Dettingera oraz niesiony hipnotyczną zbitką piano i gitary „Will You Know Where To Find Me” wspomnianego wcześniej Brocka Van Weya.

I właśnie nazwisko tego amerykańskiego artysty wydaje się być w kontekście omawianego zestawu kluczowe – można podejrzewać, że szefowie Kompaktu, zafascynowani jego ubiegłorocznym albumem „White Clouds Drift On And On”, celowo wybrali na „Pop Ambient 2010” aż kilka nagrań w wypracowanej przezeń stylistyce.

Co ciekawe, to jednak nie kompozycje Van Weya są w tym segmencie płyty najciekawsze. O wiele większe wrażenie robi nagranie Mikkela Metala – „Blue Items”. Mistrz zdubowanego techno obywa się tym razem bez jamajskich efektów, sięgając do modnej neoklasyki. Zapętlony motyw fortepianowy wspiera dyskretnym chórem w tle, tworząc urokliwą miniaturę o wyraźnie zaznaczonej melodii – której niestety brakuje dokonaniom jego kolegów. Niemniej ciekawie wypada również „864M” Jürgena Paape. Choć stosuje on identyczna metodę, jak pozostali wspominani producenci, również i jemu udaje się wycisnąć ze zredukowanego zestawienia smyczków z dęciakami czytelną melodię. I dlatego właśnie te dwa utwory zapamiętuje się z tego fragmentu albumu najbardziej.

Charakterystyczną formułę określaną terminem „pop ambient” tworzyły do niedawna minimalistyczne nagrania wyrastające w prostej linii z kanonicznych dokonań Gasa. Tutaj dostajemy zaledwie dwie takie kompozycje. Zarówno „Schildergasse” Trioli, jak również „Clouds Cross Face” Andrew Thomasa rozbrzmiewają bowiem wolno płynącymi strumieniami onirycznego dźwięku, uplecionego z glitchowych defektów i noise`owych szumów.

W tym oceanie zredukowanych tonów, zaskakująco odświeżająco rozbrzmiewa najbardziej… oldskulowe nagranie. „Deutz Air” to bowiem klasyczny ambient w stylu lat 70. Monumentalne dźwięki falujących syntezatorów od razu przywodzą na myśl dokonania pionierów kraut-rocka – od Clustera po Harmonię. Nic dziwnego – wszak Popnoname już na ubiegłorocznym albumie wyraźnie zaznaczył swe uwielbienie dla tego nurtu.

Jest jednak na składance miejsce również i na nowatorstwo. A co najciekawsze, odpowiadają za nie… weterani. Prawdziwym diamentem tej kolekcji okazuje się nowa kompozycja Wolfganga Voigta – „Zithern Und Horn”. Koloński producent, opuszcza w niej wypracowaną przez siebie formułę germańskiego romantyzmu i sięga po obce mu kulturowo dźwięki cytry i rogu. Uzupełniając je onirycznym pochodem syntezatorów i dyskretną partią gitary, uplata z nich ambientowe etno o przedziwnym metrum spowolnionego walczyka.
Podobnie brzmi nowa produkcja DJ Koze – „Bodenweich”. Niemiecki producent znów zaskakuje swą muzyczną wyobraźnią, zestawiając ze sobą elementy trzech muzycznych światów: klasyki, folkloru i jazzu, wnoszone przez sample fortepianu, akordeonu i kontrabasu. Efekt jest fascynujący – zupełnie nowa jakość, oczywiście wpisana w ambientowy kanon.

Poczekajmy pół roku – a na pewno pojawi się więcej nagrań będących rozwinięciem (lub naśladownictwem) tych śmiałych pomysłów Voigta i Kozalli.

Świetnie prezentują się również panowie z The Orb. Ich „Glen Coe” rozpoczyna się jak schizofreniczna wersja tematu z „Emmanuelle” Francisa Lai. Nastrojowe klawisze uzupełnione dziewczęcym szeptem przechodzą jednak z czasem w zaszumiony potok kosmicznego dźwięku, któremu podskórny rytm nadaje miarowy puls basu i gitary.

Połowa tego międzynarodowego duetu, czyli Thomas Fehlmann, również nie zawodzi – jego „In The Wind” urzeka dalekowschodnią subtelnością, wykreowaną poprzez przeniesienie IDM-owych pasaży bajkowych klawiszy w nowy kontekst – medytacyjnego ambientu o minimalowej konstrukcji.

I znów udało się Kompaktowi zaprezentować na swej kolejnej składance różne i jakże odmienne spojrzenia na ambientową stylistykę. Tegoroczny raport o stanie tejże sceny wypada zadowalająco – nadal są artyści, którzy wracają do jej korzeni, ale również tacy, którzy dbają o jej nieustanny rozwój.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt
Kompakt 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
phamm
phamm
11 lat temu

przyznam, że w mojej ocenie jest to jedna z najmniej wartościowych serii w ogóle, nie tylko Kompaktu… a tegoroczna edycja znużyła mnie doszczętnie, ale widoczne nie dane mi przeżywać bambientów 🙂

Polecamy