Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.



Lukid – Spitting Bile EP

Na wstępie obiecałem sobie, że ani razu w tej recenzji nie padnie słowo Actress. Bo mimo, że muzyka Lukida nie wymyka się jednoznacznym skojarzeniom, to poprzez drogę, którą wybrał należy mu się indywidualne i bezprzykładne potraktowanie jego muzyki.

Odnoszenie się do przeszłości jest pozbawione sensu, co związane jest nie tyle z niesłychanym tempem rozwoju młodego Brytyjczyka, co ze stylistyką, która zmienia się szybciej niż pogoda w górach. Zaczęło się od IDM-owego „Onandon”, poprzez hip-hopowe „Foma” i wonky sałatkę „Chords”. Oczywiście wspominam tylko o albumach, bo to co się działo na dwunastocalówkach to już kompletne pomieszanie z poplątaniem. Choć na przekór, wydaje mi się, że brzmienie Lukida ukształtowały właśnie single, a szczególnie pierwszy w katalogu labetu Thriller „BBQ/Genie”, którego tech/house’owe echa słychać po dzień dzisiejszy.

Dyskusje na temat wyższości poszczególnych albumów bywają równie zaciekłe, jak te dotyczące wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. I na dodatek już teraz wiem, że „Spitting Bile” to tylko kolejny kamyczek wrzucony do tego ogródka. Bo dopiero ten materiał ostatecznie przekonał mnie, że po mało docenionym, ostatnim długogrającym materiale Luke Blair wcale już nie chce nikomu nic udowadniać. Z jednej strony perspektywiczny i rozwijający się, a z drugiej nieczuły na modne inspiracje artysta, który doskonale bawi się swoim brzmieniem, nieustannie poszukując i znajdując dlań adekwatne ramy. I o to właśnie chodziło!

Drugie wydawnictwo dla enigmatycznej oficyny Glum to najbardziej wciągające i przykuwające do głośnika minuty od czasu debiutu duetu Sepalcure. Co mi się najbardziej podoba? Konkretność. Muzyka Lukida to sam słodki miąższ. Nie trzeba nic odkrajać, wypluwać czy wyrzucać do kosza. Żadnych resztek, wszystko zjedzone w kilka sekund. Doskonałym przykładem jest otwierające „My Teeth in Your Neck” kiedy to już w pierwszej sekundzie numer zaczyna grać na pełnych obrotach, bez żadnych początkowych techno zwolnień (czyniąc na pewno większą trudność dj’owi we wkomponowani numeru w swoje sety, bo chyba musiałby zagrać go od tyłu). I dobrze zrobił. Dopiero teraz widać jak zdolnym jest kompozytorem.

Jednak na tym nie koniec. Dalej jest równie ciekawie, a uwagę przykuwa ostatni na krążku utwór „Dragon Stout” będący dojrzałym spojrzeniem na meskalinowy dorobek Zomby’ego. Trzeźwe tempo, identyfikowalne zagmatwanie i ponury klimat, które razem stanowią już znak rozpoznawczy Lukida. I wierzcie mi, wcale nie trzeba słuchać kilka razy by to zauważyć.

5/5

Glum / 2011

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.