Wpisz i kliknij enter

Kreng – Grimoire

Niespełna rok temu miałem okazję być widzem przedstawienia „The Pretty One” Pepijna Caudrona. Ówczesna tematyka festiwalu Unsound idealnie współgrała ze scenerią Teatru Nowego i samym artystą, który stojąc w świetle ekranu laptopa wydawał się nie tylko reżyserem, ale i aktorem, którego półgodzinny, audio-wizualny monolog pozwalał przeżyć antyczne katharsis. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że był świadkiem przed-premierowej prezentacji materiału na przyszły krążek. Materiału, który okazał się doskonałym podkładem do wyświetlanego filmu, będącego zawoalowaną historią o morderstwie niechcianego dziecka. Jednak tamto przedstawienie było tylko częściowo oparte o dźwięki Grimoire. Album słuchany od początku do końca to zupełnie inna opowieść.

Kurtyna podnosi się za sprawą  „Karcist” który wydaje się dźwiękowym odbiciem sunącej po ziemi wieczornej mgły, która prowadzi prosto do zarośniętego zagajnika, gdzie powolnemu tańcowi oddają się białe figury w zwiewnych halkach. Przeciągłe chrapnięcia pogańskiego rogu zwiastują zmianę partnerów, a nerwowe uderzenia miotełką o talerze wydają się odzwierciedleniem drżących rąk przypadkowego obserwatora. „Le Bateleur” sunie dalej, gdyż niewyraźne postacie wydają się dopiero zaczynać swoją choreografię. Delikatne muśnięcia trąbki antagonizują z trzepotem skrzydeł wielkich ważek co jakiś czas przeszywających powietrze. Zamknięcie oczu przez przerażonego obserwatora nie kończy wątku. Muzyka płynie dalej.

Jedna z postaci niewytłumaczalnie unosi się ku górze i operowym śpiewem nawołuje do schwytania podglądającego, którego obecność zdradził szum suchych i przeżółkłych liści, na których leżał (Opkropper). Niewiadomo jak, ale teraz znajduje się mokrej piwnicy. Chęć znalezienia wyjścia utrudnia mu przemarznięte ciało, które nie pozwala się poruszać. Widzimy go od tyłu – jak kurz sypie się na niego z sufitu, za każdym razem kiedy w atmosferze unosi się piskliwy dźwięk pojedynczych uderzeń o klawiaturę fortepianu. Nie wie dlaczego, ale instynkt każe mu podążać w kierunku dźwięków, które z każdym jego nieporadnym krokiem wydają się intensyfikować szumy i zgrzyty w jego głowie. Ból jest tak intensywny, jak gdyby półkule mózgowe niczym płyty tektoniczne wbijały się jedna pod drugą. Trzęsienie ustaje, gdy mężczyzna upada na ziemię. Ulgę przynosi powolna utrata świadomości, z którą oddala się i cichnie również muzyka (Wrak)

Silny wiatr unosi warstwę kurzu pokrywającą wszystkie powierzchnie. Niezwykły kształt nadają powietrzu niewielkie molekuły, których piruety budują w powietrzu obraz spokoju i harmonii. Kiedy wydaje się, że to wybawienie, nagły przeciąg burzy porządek i drobinki pyłu bezładnie krążą po pomieszczeniu. Niskie i przeciągłe pomruki ponownie dają odczuć atmosferę niebezpieczeństwa, mimo że miarowym tąpnięciom basu sprzeciwia się niewytłumaczalnie łagodne brzmienie skrzypiec (La Poule Noir).

Puentę historii stanowi stopniowo rozwijająca się suita na trzy instrumenty. Jednak wspólnota tonacji nie jest tutaj tak silna jak w poprzednich rozdziałach historii. Obok siebie funkcjonują pogański pomruk drewnianego fleta, pojedyncze uderzenia o strunę gitary oraz bębny, które spinają kompozycję mocną klamrą (Balkop & Satyriasis)

Mi piękno się jeszcze nie znudziło, a Wam?

Miasmah / 2011







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Zbyszek
Zbyszek
10 lat temu

Genialna płyta, naprawdę

catsndogs93
catsndogs93
10 lat temu

Nam też nie. Nietuzinkowy materiał.

biuniosław
biuniosław
10 lat temu

po prostu genialne.. chłonąłem każde słowo jak czekoladę cadbery człowieku….. to już nie recenzja- to poezja. A czekoladę zjadam zawsze do końca:)

Polecamy