The Exaltics & Heinrich Mueller – Dimensional Shifting
Paweł Gzyl:

Mistrzowska wersja detroitowego electro.

Julius Aglinskas – Daydreamer
Łukasz Komła:

W ambientowym zastygnięciu.

Soft Boi – So Nice
Paweł Gzyl:

O miłości w rytmie downtempo.

Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.



Hecq – Avenger

Sick Boy: Osiągasz coś, by to stracić. Na zawsze. Wszyscy tak mają. Georgie Best to miał i stracił. I David Bowie, i Lou Reed.
Renton: Miał niezłe kawałki.
Sick Boy: Ale nie genialne, racja? Brzmią nieźle, ale to tylko szajs.

„Trainspotting”, reż. Danny Boyle (1996)

Mijająca pierwsza dekada 21. stulecia, zwłaszcza jej druga połowa, stała pod znakiem kilku wyrazistych zjawisk, spośród których jednym z najbardziej ekspansywnych stał się dubstep. Gatunek narodzony z wpływów UK garage, grime, drum’n’bass i dub mniej więcej na przełomie wieków, aktywnie promowany choćby przez Mary Anne Hobbs, zatoczył szerokie kręgi we współczesnej muzyce, zahaczając nawet o pop (Christina Augilera) i… nu metal (Korn).

Dubstep stał się nie tyle złotodajną kurą, co globalną fabryką brzemiennych niosek. Trudno jednak powiedzieć, aby każdy wykwit z globalnego dubstepowego przemysłu był ze złota. Ten cenny kruszec w elektronice to dziś rzecz rzadka. Ben Lukas Boysen vel Hecq postanowił dołączyć do legionów alchemików, jednak miast złota wykrzesał tylko piryt, nie bez powodu zwany „złotem głupców”.

Poprzednie albumy Hecq – właściwie wszystkie znakomite – były wypełnione owadzią elektroniką na styku idmu, breakcore’u i ambientu. Niemiecki producent osiągnął mistrzostwo w kreowaniu niepokojącej zdigitalizowanej muzyki, która nie powstałaby bez odpowiedniej technologii, lecz jednocześnie nie dała się jej zdominować. Najnowszy krążek Boysena to niestety w dużej mierze efekt zachłyśnięcia się możliwościami sprzętowymi, obliczony na wpasowanie się w klubowe ramy. Dyskotekowe błyskotki są największą bolączką „Avengera”, słychać bowiem, że jest to płyta pod publiczkę.

Dubstep w ujęciu Boysena został przepuszczony przez szorstki filtr industrialu (co zresztą nie jest niczym nowym). Potężne bity prowokujące trzęsienie ziemi, basy wyciskające z subwoofera ostatnie płyny, jazgotliwe syntezatory jak u Clarka i metaliczny, odhumanizowany charakter całości, któremu ciepła nie nadają nawet gdzieniegdzie wsamplowane kobiece wokalizy i synthy imitujące fragmenty pamiętnego „Tako rzecze Zaratustra” Straussa, wykorzystanego w „Odysei kosmicznej” Kubricka. To kolejna różnica między „Avengerem”, a wcześniejszymi płytami Hecq, na których istniała idealna równowaga pomiędzy futurystycznym chłodem a organicznym, bardzo ludzkim czynnikiem.

Pod względem produkcji „Avenger” stanowi oczywiście pierwszą ligę sound designu, jednak ten popis niewątpliwego talentu brzmi jak jarmarczna sztuczka. Ekwilibrystyka niepoparta merytoryką rzadko kiedy się broni. Ta muzyka jest momentami tak brutalna, że mogłaby stanowić muzyczne tło wrestlingu. I zanim ktoś oburzy się na takie porównanie, warto wiedzieć, że do specjalnej wersji płyty dołączono autentyczną maskę meksykańskiego zapaśnika.

Frederick: Wyobrażasz sobie poziom umysłowy ludzi, którzy oglądają wrestling?

„Hannah i jej siostry”, reż. Woody Allen (1986)

Hymen | 2011

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 17

  1. cox

    Jestem rozczarowany tym albumem, nie rozumiem tez dlaczego wciskaja dubstep gdziekolwiek sie da. Gatunek jest juz dosc przebrzmialy i skomercjalizowany. Dziwie sie ze artysta taki jak Hecq zdecydowal sie uderzyc tym wlasnie tropem. Moze gdy zalozy sie maske maxykanskiego luchadora to mniej bedzie docierac do nas dzwiekow?

  2. equinoxe

    Słuchając albumu danego artysty nie da się go nie porównywać do jego innych wydawnictw. Tak czy siak odchodząc od kwestii porównywania, ten rodzaj muzyki jaki Hecq zawarł na najnowszej produkcji po prostu w żaden sposób do mnie nie trafia, a wręcz odstrasza. Uwielbiam dubstep, ale na „Avenger” zawarł najbardziej chyba komercyjną jego odmianę. Może inaczej – nie komercyjną a efekciarską. Słuchając tej płyty od razu przed oczami mam młodych ludzi, którzy podgłaśniają słuchawki aby zaszpanować – jakiego czadu to oni nie słuchają, ale tak poza tymi wszystkim efektami nie ma tam tak naprawdę żadnej głębi, esencji (jaką ociekał album „0000” ehh, nie da się nie porównywać! :)). I może o to chodziło, aby to była czysta kakofonia dźwiękowa, bez większego sensu, byle głośno i ostro. Jeśli tak, to nie ma problemu ale ja podziękuję. Oczywiście to tylko moje zdanie. Jak dla mnie klimatyczne przykłady dubstepu to 2562 z albumem Unbalance czy Deadbeat – New World Observer (wybitna pozycja – to się nazywa właśnie klimat). Jednak nadal mam nadzieję, że kolejny album Hecq’a będzie czymś bardziej w moim guście ale to się okaże… 🙂

  3. Arsenewho

    Jeśli słucha się tej płyty nie myśląc o wcześniejszych płytach Hecqa, a także o popularności dubstepu, o której wspomina autor sugerując poniekąd, że twórca nagrał płytę pod publiczkę, to jest to bardzo fajna płyta. Oczywiście zależy jak dla kogo i w jakich okolicznościach (o czym przekonałem się ostatnio stojąc w kolejce na poczcie w zimowej kurtce gdzie ostro podkręcili ogrzewanie; być może dobrze, że nie miałem pod ręką tej maski i szybko zmieniłem muzykę :D), ale Avenger skojarzył mi się z Broken Note, a to dla mnie dobre skojarzenie 😀 Po za tym oczywiście jaram się produkcją!

    Sama recenzja czy też raczej postawa Autora od razu przywiodła mi na myśl pewną reklamę kabaretu Mumio-> http://www.youtube.com/watch?v=dtXiMU3H_cw i piszę to bez złośliwości, bo lubię poczytać jego recenzje. Być może zatem najlepszym mottem byłoby coś w rodzaju „Wracaj Lukas!” i pewnie nic w tym złego, bo estetyka jaką wybrał na Avenger nie wydaje się interesująca w dłuższej perspektywie.

  4. equinoxe

    Tego albumu niestety nie uratuje nawet maska zapaśnika… Najgorszy album Hecq’a… Zbyt młodzieżowy i prosty styl, bez otoczki ambientowej tajemniczości, maksymalna dosadność. Niestety nie dla mnie. Mam tylko nadzieję, że to jednorazowy ‚wybryk’ tego artysty, bo „0000” to jak dla mnie nie tylko jego najlepszy album ale jeden z najlepszych w historii muzyki IDM.

  5. K-not

    ta to zrób taki dubstep. u nas w polszy wszyscy pierdolą głupoty, do tego często zdarzają się typy samozwańczych debeściaków tj. np. daremne concrete cut

    • Zgodnie z Twoją logiką nie powinienem oceniać muzyki, bo nie jestem twórcą, a zatem nie powinienem też wypowiadać się na temat filmów, bo żadnego nie nakręciłem? Ciekawy punkt widzenia. 🙂

      • K-not

        Nie o to mi chodziło. „Avenger” niema za wiele wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami Hecq, a na tle innych mocnych dubstepów wypada niewątpliwie świetnie. Zgadzam się że może i jest trochę pod publiczkę, ale przecież dubstep gości na imprezach tanecznych. Zapomniałeś o pierwiastku innowacji jaką niewątpliwie słychać na tej płycie.

    • Knocie swoim komentarzem sam zasiliłeś to zacne grono polskich popierdoleńców. Zupełnie nie rozumiem Twojego naskoku na Concrete Cut w odniesieniu do recenzji nt. płyty dubstepowej. CC nie wydają dubstepu i zupełnie nie nazwałbym ich samozwańczymi debeściakami. Powiem więcej oni faktycznie są de best, ale ze względu na profesjonalizm i sposób promocji. Życzyłbym takich działań każdemu polskiemu labelowi próbującemu promować rodzimych producentów.

      • k-not

        Jak to CC nie wydają dubstepu? na początku to w ogóle mieli tylko dubstep wydawać. I jakoś to oni napisali że będą wydawać „najlepszych rodzimych artystów”. To czy są najlepsi to się okaże po weryfikacji wydawnictw a jak na razie to nie maja ich nawet 10. The best to jest ale wlasnie Ad Noiseam, i oni na pewno na starcie nie napisali se ze beda wydawac najlepszych. Puknijcie się wszyscy w czoło, pomyślcie trochę.

    • W kontekście dokonań Hecq „Avenger” jest rzeczywiście innowacją – w sensie sięgnięcia po nową dla artysty stylistykę – natomiast na tle ogółu nie ma tej płycie kompletnie nic odkrywczego. Jest za to wiksa. Nie mam nic więcej do dodania, wszystko jest powyżej. Pozdrawiam.

      • K-not

        Więc prosiłbym Cię abyś mi wymienił tych artystów którzy wydali lepszy dubstep od „Avengera” bo jakoś nie chce mi się wierzyć.

      • K-Not – no to w końcu „lepszy”, czy „innowacyjny”? Ale proszę bardzo: Somatic Responses – „Reformation” (2009), miks industrialu, idmu i dubstepu. Cokolwiek autorstwa Broken Note i kilka wypustów z wytwórni Ad Noiseam. Również ostatni album Amona Tobina wykazuje pewne elementy wspólne z „Avengerem” (a raczej na odwrót, bo „ISAM” miało premierę jako pierwsze). Zapewniam, że nowy Hecq to nic nowego.

  6. Rogal

    Przecież już epka „Sura” pokazała, w którą stronę popłynął Boysen. Kto wie, może następnie zajmie się jungle, lub freejazz’em. Cokolwiek jednak Boysen zrobi, warto posłuchać.

  7. dadaista

    To bezsprzecznie najgorszy album w dorobku Hecqa, mój nominat do niechlubnego miana rozczarowania roku. Pierwszy utwór — „ Bête Noire — dawał jeszcze cień nadziei na to, że ten krążek będzie przynajmniej znośny, jeśli nie dobry. Niestety, im dalej w las tym więcej spróchniałych pni. Wielka szkoda, że Hecq marnuje swój potencjał na wydawanie rzeczy takich jak „Avenger”.

    A na marginesie: w młodości uwielbiałem zapasy w stylu amerykańskim (choć właściwie powinny być określane stylem meksykańskim). W piątki późnym wieczorem na kanale TNT nadawano obszerne relacje z objazdowych gal wrestlingu WCW Monday Nitro. Co tam się działo! Przez długi czas byłem święcie przekonany, że wszystkie te wydarzenia są autentyczne i niewyreżyserowane. Coż, jedne dzieci wierzą w Świętego Mikołaja, a inne w to, że Sting (zapaśnik, nie muzyk ;-)) to realna postać mszcząca się po latach na Hulku Hoganie.

    Dziś za to doceniam filmy (i humor) Allena.

    PS. Autentyczna maska zapaśnika dołączona do płyty…? Czego to ludzie nie wymyślą…