Wpisz i kliknij enter

The Ting Tings – Sounds From Nowheresville

The Ting Tings narywając w 2008 roku debiutancki album „We started nothing” udało się zrobić jedną, dość niezwykłą – jak na dzisiejsze czasy – rzecz. Pokazali, że możliwe jest jeszcze tworzenie dobrej, bezobciachowej popowej muzyki, do której słuchania możemy się przyznać przed znajomymi, bez rumieńców na twarzy. Czołowe muzyczne magazyny nazwały ich wtedy „popowym wcieleniem The White Stripes”- z czym trudno było się nie zgodzić – i bacznie śledziły dalszy rozwój dwuosobowej kapeli. Cztery lata to dużo. Międzyczasie Anglicy zdążyli, de facto, nagrać w Berlinie całą płytę, którą, jednak, postanowili wyrzucić do kosza, ponieważ nie byli zadowolenia z efektów swojej pracy. Pojawiła się też plotka jakoby gościnnie wesprzeć ich miała sama Rihanna (The Ting Tings i Rihanna pracują dla tej samej wytwórni – Columbia, należącej do Jaya-Z), na szczęście był to blef. Ciężko mi sobie jakoś wyobrazić ich współpracę.

Odrzucenie nagranego materiału i rozpoczęcie pracy od nowa, można uznać za rzecz niezwykle pozytywną. Zespół ma spore ambicje i nie odstawia, przysłowiowej, ściemy. Z drugiej strony wszyscy mamy w głowie obrazy albumów, których premiery odwlekana były w nieskończoność, a kiedy w końcu ich okładki ujrzały światło dzienne, okazywało się, że rezultat długoletnich prac, jest delikatnie rzecz biorąc, mierny. W przypadku The Ting Tings niestety prawdziwa okazała się ta druga wersja wydarzeń. Redaktorzy Pitchfork ocenili „Sounds From Nowheresville” na 1,8. Czemu tak drastycznie? Spróbuję odpowiedzieć na te pytanie na swój własny sposób.

Płytę otwiera „Silence” z marszowym, lodowatym tempem, podbijanym gitarowym riffem, elektronicznymi ozdóbkami i klawiszami, przywołującymi na myśl New Order w swojej najlepszej formie. W sumie nie jest źle. Melodia wpada w ucho, piosenka rozkręca się miarowo, fajnie budowane jest napięcie i poszczególne elementy znajdują się na swoich idealnych miejscach. No i tyle pozytywów. Po przesłuchaniu „Sounds from Nowerseville” w całości, poczułem się, jakby The Ting Tings zasponsorowali mi pysznego loda z czekoladową polewą, którą dopiero zacząłem kosztować, po czym brutalnie wytrącili mi wafelka z całą zawartością na chodnik i na luzaku poszli w swoją stronę. Niezbyt sympatyczne uczucie. Podobno świadomie nagrali album, na którym każdy utwór będzie zupełnie inny. Wzorowali się na playliście z odtwarzacza mp3, gdzie wszystko jest ze sobą wymieszane w przypadkowy sposób. Pomysł może nienajgorszy, ale żeby całość, jako, tako brzmiała, trzeba mieć, co ze sobą mieszać. A z tym jest największy problem.

The Ting Tings nie mieli żadnego pomysłu na nagranie najnowszego krążka. Aż strach pomyśleć jak musiały brzmieć berlińskie odrzuty. Katie White i Jules De Martino męczą siebie i nas. Grają bez przekonania, bez zaangażowania i bez polotu. Singlowe „Hang It Up” to żenująca i nieudana zrzynka z Red Hot Chili Peppers, do tego usłyszeć możemy riff, który do złudzenia przypomina początek motywu ze…”Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Banalna melodia „Give It Back” wywołała u mnie salwy śmiechu. Poczułem się znowu jak dziecko słuchające przebojów małej Natalii Kukulskiej w bardziej hardcorowej wersji. „Guggenheim” to utwór, w ktorym Katie mierzy się z tzw. spoken words i niestety ponosi na tym polu całkowitą klęskę. Jej nawijka brzmi nieautentycznie i pretensjonalnie. Krótkie, wymuszone szarpnięcia gitary jedynie pogarszają sprawę. „Soul Kitten” to kolejny nieudany romans z gatunkiem muzycznym i stylistyką, której duet po prostu nie rozumie i nie potrafi grać – z reggae. Po tym kawałku zaczęła mnie autentycznie boleć głowa i resztę albumu przesłuchałem męcząc się niemiłosiernie. „One By One” przywołuje ducha electro, tyle, że duch ten do złudzenia przypomina Rosin Murphy. Jego wygląd nikogo nie zaskoczy. Ale prawdziwa kompromitacja czeka nas na sam koniec. „In You Life” to beznamiętna, zblazowana ballada, której nawet partia skrzypiec nie pomogła w ukazaniu jakichkolwiek emocji.

Przy porażce, jaką poniósł Brytyjski duet, nagrywając, „Sounds from Nowheresville”, blednie nawet przegrana naszych piłkarzy z Hiszpanią 0:6. Jakby powiedział reporter stacji tvn24, komentujący jakąś aferę korupcyjną „szok, zniesmaczenie, niedowierzanie”. Te uczucia pozostaną ze mną na długo. Pewnie do wydania trzeciej płyty The Ting Tings. Kolejnej szansy na pewno już im nie dam.







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Polecamy