Wpisz i kliknij enter

Techno po czterdziestce

Rozmowa z Heiko Lauxem, niemieckim producentem i szefem wytwórni Kanzleramt.

Lata płyną, a Heiko Laux ciągle ten sam. Zawsze w rogowych okularach, z uśmiechem na twarzy, choć tym razem z… małym wąsikiem. Być może ta dobra kondycja wynika z tego, że ciągle gra w klubach i tworzy muzykę. W tym roku jego wytwórnia Kanzleramt obchodzi dwudziestą rocznicę działalności. Nic więc dziwnego, że jubileusz ten postanowił uczcić premierą długo oczekiwanego albumu – „Fernweh”.

– Wracasz z nowym album po ośmiu latach przerwy…

– … no, nie tak do końca. Bo w międzyczasie ukazywały się przecież kolejne single. A z okazji dwudziestolecia mojej wytwórni Kanzleramt, pojawiły się aż trzy płyty składankowe, które musiałem starannie przygotować.

– Ale dlaczego tak długo nie zrealizowałeś kolejnego albumu?

– Właściwie cały czas zbierałem nowe nagrania. Tylko jeden utwór chowałem w szufladzie, bo wydawało mi się, że akurat pasuje do formatu albumu, a drugi – od razu wydawałem na singlu, ponieważ widziałem w nim klubowy potencjał. W ten sposób powoli rodziła się wizja płyty, którą chciałbym wydać. To nie było takie proste – bo chciałem, aby ten album oddawał w pełni to, co we mnie aktualnie siedzi. W zeszłym roku zorientowałem się, że mam już sporo tych nagrań, musiałem więc dokonać selekcji – i te słabsze zastąpić lepszymi. Dlatego tak wszystko to długo trwało.

– Nie wydaje Ci się, że w czasach cyfrowej dystrybucji idea albumu już się przeżyła?

– Nie sądzę. Gdybym wydał nowego singla, przecież nie rozmawialibyśmy z tej okazji. A tak – robimy szerszą promocję, bo wydanie długogrającej płyty to większe wydarzenie.

– W ciągu ostatnich lat techno przeżyło ponowny rozkwit popularności. Czy nowa fala tego gatunku inspirowała Cię w czasie tworzenia nowego krążka?

– Cały czas didżejuję, dlatego musze być na bieżąco z nowościami. I to właśnie one dają mi napęd do pracy. Każde nowe zjawisko na elektronicznej scenie jest cenne – bo popycha jej rozwój do przodu. Dlatego przygotowując materiał na „Fernweh” w naturalny sposób czerpałem energię z tego młodego techno.

– Kogo szczególnie cenisz spośród młodych producentów?

– Jest wiele takich postaci. Ostatnio podobają mi się szczególnie nagrania Yana Cooka. Gram wiele jego utworów w swoich setach.

– A co sądzisz o łączeniu industrialnych brzmień z techno?

– Najcenniejszą zdobyczą tego nurtu jest przełamanie hegemonii klasycznej rytmiki na 4/4. Dzięki temu w didżejskich setach można uniknąć dotychczasowej monotonii. Chętnie więc sięgam po tego typu nagrania. Umieściłem również kilka takich utworów na swoim nowych albumie.

– Mnie najbardziej zaskoczyło, że sięgnąłeś na „Fernweh” po elementy trance’u – tego z początku lat 90., który był szczególnie lubiany we Frankfurcie.

– W końcu wyrastam z tej sceny! Nie jest to jednak jakiś świadomy powrót do moich korzeni. Zawsze tworzę muzykę, która po prostu aktualnie gra w mojej głowie. Staram się przy tym unikać konwencjonalnych rozwiązań, takich, które sam kiedyś używałem, albo słyszałem w nagraniach innych artystów. To wszystko jednak ciągle się zmienia – dlatego być może teraz wróciły do mnie echa tego, czego słuchałem za młodu.

– Na początku lat 90. scena we Frankfurcie była bardzo mocna – z klubem Omen i wytwórnią Harthouse na czele. W jakim stopniu ukształtowała ona Twoją artystyczną osobowość?

– Przyjechałem do Frankfurtu z małego miasta – i dopiero tam zobaczyłem, jak naprawdę działa muzyka techno. Podglądałem didżejów grających w Omenie i uczyłem się od nich wszystkich sztuczek. To właśnie we Frankfurcie poczułem po raz pierwszy na własnej skórze, że techno może mieć ogromną moc.

– Ten sam nastrój odczuwasz dzisiaj w Berlinie?

– Nie do końca. Wtedy wszystko było nowe – dlatego każde doznania miały wielką siłę. Berlin jest dzisiaj „stolicą techno” – co oznacza, że ściągają tu tłumy ludzi związanych z tą scenę. To przede wszystkim sami artyści, ale też wielu turystów, pragnących na własne oczy zobaczyć, co dzieje się choćby w Berghain czy w Tresorze. Być może dla nich to jest coś świeżego – ja podchodzę już do tego z większym dystansem.

– Trudno jest tworzyć i wybić się w mieście, w którym jest najwięcej producentów techno na całym świecie?

– Wczoraj byłem na kolacji z kilkoma kolegami – i byli to Dustin Zahn, Aril Brikha, Joey Mull i DVS-1. Każdy przyszedł ze swoją dziewczyną i swoimi przyjaciółmi. Okazją było to, że Joey przyjechał do Berlina, aby zagrać w Berghain. W jakim innym mieście możliwe byłyby takie spotkania? A przecież kontakty z innymi artystami i wymiana doświadczeń jest podstawą procesu twórczego. Dlatego myślę, że mieszkanie w Berlinie raczej pomaga w działalności muzycznej niż przeszkadza.

– Wspomniałeś o Berghain: czy energia tego klubu też miała na Ciebie wpływ w ostatnich latach?

– Oczywiście. Każdym, kto po raz pierwszy wejdzie do Berghain jest zafascynowany tym, co się tam dzieje. Najlepsze jest to, że imprezy trwają bardzo długo, co jest wyzwaniem dla didżejów – i pozwala im tworzyć coś wyjątkowego. Korzystają z tego też bywalcy – bo mogą posłuchać niezwykłych setów.

– Na „Fernweh” pojawia się sporo odwołań do muzyki dub – podobnie jak na Twojej słynnej płycie „The Oldschool Street” z 1998 roku. Dlaczego te brzmienia są ciągle modne na elektronicznej scenie?

– Dubowe techniki są bardzo przydatne w produkcji techno. Polegają bowiem na odarciu muzyki z niepotrzebnych elementów i stworzeniu swego rodzaju ekstraktu nagrania. To redukowanie utworów do ich bazowych wersji znalazło idealne zastosowanie, kiedy pojawił się minimal. I sprawdza się idealnie do dzisiaj.

– Kiedy się słucha „Fernweh”, czuć też wpływy klasyków z Detroit – Jeffa Millsa czy Roberta Hooda. Co czyni ich dokonania tak ponadczasowymi?

– To, że są prawdziwe. Ci artyści wkładają w swoją muzykę całe swe serce. I słuchacz to wyczuwa. Staram się też w ten sposób podchodzić do tworzenia. Takie nastawienie sprawdza się w każdym gatunku – od jazzu do techno.

– Płyta ukazuje się w Twojej wytwórni Kanzleramt, która działa już dwadzieścia lat. Jaki jest sekret tej długowieczności?

– Trudno powiedzieć. Chyba nie ma takiej recepty. Po prostu zawsze staram się unikać wydawania byle czego. (śmiech)

– W ostatnich pięciu latach Kanzleramt był nieco mniej aktywny. Miałeś jakieś problemy?

– Tak. Zbankrutowali moi dystrybutorzy, dlatego pojawiły się kłopoty finansowe. Musiałem więc trochę wyhamować działalność wytwórni i podjąć kilka dodatkowych zajęć, żeby znów stać się wypłacalnym.

– Trudniej dzisiaj prowadzić firmę niż dwadzieścia lat temu?

– Dwadzieścia lat temu przemysł muzyczny miał jeszcze tradycyjną strukturę. Dlatego wszystko odbywało się według wcześniej ustalonego porządku. Z czasem wszystko zaczęło się zmieniać. Dzisiaj trzeba się bardzo pilnować – jeśli wytłoczy się zbyt dużo płyt, można szybko popłynąć. Prowadzenie wytwórni to w tej sytuacji proces nieustannego uczenia się.

– „Fernweh” nie ukazuje się na kompakcie. To już przeżytek?

– Nie powiedziałbym. W Niemczech kompakty nadal dobrze się sprzedają. Po prostu uznałem, że ten materiał najlepiej sprawdzi się w wersji winylowej i cyfrowej. Na więcej sobie nie mogłem pozwolić też z tego powodu, że dzisiaj sam zajmuję się wszystkim w Kanzleramt. Kiedy odnosiliśmy największe sukcesy na przełomie minionych dekad, miałem kilku pracowników. Wtedy można było wydawać płyty we wszystkich formatach. Całe szczęście dla mnie liczy się tylko muzyka – a nie nośnik, na jakim się ją wydaje.

– Widzisz jakieś paralele między współczesną sceną techno a tą obecną?

– Kiedyś techno było modą. Pamiętasz słynne Love Parade? To był prawdziwy karnawał – poprzebierani ludzie,piszczące gwiazdki, tłumy na ulicach. Muzyka była tylko dodatkiem. Dzisiaj ludzie chodzą do klubów, aby posłuchać konkretnych didżejów czy producentów. Oczywiście, pewien margines mody nadal istnieje – szczególnie w takich miejscach jak Berlin. Myślę jednak, że świadomość odbiorców techno jest większa niż dwadzieścia lat temu.

– Kiedy zaczynaliśmy słuchać techno byliśmy dwudziestolatkami i wydawało nam się, że to muzyka tylko dla młodych ludzi. Dzisiaj obaj jesteśmy po czterdziestce – i nadal jesteśmy wierni tym brzmieniom. Myślisz, że tak samo będzie, kiedy skończymy sześćdziesiątkę?

– (śmiech) A dlaczego nie? Kto nam zabroni? Przecież już teraz są starsi od nas didżeje i producenci. Muzyka to nie praca na etat, w której po sześćdziesiątce musisz iść na emeryturę. W techno jeszcze nie ma ustalonych reguł – to ciągle my je ustalamy. Dlatego wszystko jest możliwe.

www.kanzleramt.com

www.facebook.com/kanzleramtmusic

www.heiko-laux.com

www.facebook.com/heikolauxofficial







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
jędrek
jędrek
6 lat temu

Dzięki ! sUper SPRawA !!!

Polecamy