Wpisz i kliknij enter

Shackleton – Departing Like Rivers

Mój defekt.

Oj, dobrze się to zaczyna. A nawet bardzo dobrze. Te echa, bas należyty, trochę syków, jakaś woda w tle się przelewa, a zaraz potem przetworzone głosy rozchodzą się na wszystkie strony. I ten perkusyjny rytm. Tak się właśnie zaczyna trzeci solowy album Shackletona. Zaczyna się od dwunastominutowego „Something Tells Me / Pour Out like Water”, po którym wyraźnie da się zaobserwować, że jego współpraca z Wacławem Zimplem nie pozostała bez wpływu na jego twórczość.

Chodzi mi o mistyczną aurę utworów, słyszalną zresztą na utworze numer jeden. Z tego też powodu druga część utworu podoba mi się bardziej. W ogóle najcenniejsze fragmenty płyty występują wówczas, gdy artysta odchodzi daleko od zdefiniowanego gatunku muzycznego. Podziwu godna jest jego konsekwencja w dążeniu do odpychania od siebie gatunkowych łatek.

Muzyk podszedł do tego zadania bardzo skrupulatnie. Choćby w „The Light That Was Hidden”, który rozpościera psychodeliczne skrzydła i zaprasza do medytowania, ale liczba iskrzących drobiazgów skutecznie rozprasza każde skupienie, a wsłuchiwanie się nie staje się bardziej fascynująca niż trzymanie się linii melodyjnej. To jeden z najlepszych momentów płyty.

Zwolennicy medytacji znajdą coś dla siebie. „Shimmer, Then Fade” o ambientowej naturze sprawia wrażenie muzyki obrzędowej. Niestety moja ocena już tak pozytywna nie jest, gdyż akurat ten utwór wydaje się być niepotrzebny i nazbyt oczywisty. Jeśli już Shackleton decyduje się na ograniczanie środków wyrazu i minimalizm, to niech przybiera formę utworu „Few Are Chosen”, którego złożona struktura i wciągająca plastyczność robią wrażenie. No i przypomina dokonania grupy Coil.

A jeszcze lepiej jak wydelikaca wszystko lekko zadrapując melodię jak czyni to w „One of Us Escaped”. Mój gust jest nieubłagany. Ciągnie mnie w stronę dłuższych form i te kradną najwięcej mojej uwagi. O utworze numer jeden już pisałem, więc pora na czternastominutowe zakończenie, które jest bardzo nierówne. Niektóre fragmenty wydają się być wklejone na siłę. Zachwiana spójność nie zawsze jest wadą, ale tu rzuca się w uszy.

Co innego jedenastominutowy „The Turbulent Sea”, który ślicznie ewolucyjnie się rozrasta, a ja z miłą chęcią przystaję na warunki gry podyktowane przez Shackletona. Zasadniczym problemem „Departing Like Rivers” jest to, że nie jest to płyta wybitnie zła, ani wybitna. Nieznośna moc niektórych elementów sprawia, że moje zniechęcenie rośnie. To mój defekt. Sądzę, że słuchacze posługujący się inną strukturą w swoich umysłach powinni być ukontentowani.

Woe To The Septic Heart! | 2021
Bandcamp







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy