Wpisz i kliknij enter

Ruede Hagelstein – Apophenia

Nowy album niemieckiego producenta pokazuje jego ambicję do łączenia tanecznej motoryki z melodyjnymi wokalizami.

Ruede Hagelstein jest wyjątkowo mocno związany z klubem Watergate. Nie dość, że należy do grona jego najstarszych rezydentów, to odpowiada również za jedną z mocniejszych części serii didżejskich miksów publikowanych przez działającą przy nim wytwórnię. Nic więc dziwnego, że to właśnie ona firmuje jego nowy album – „Apophenia”.

Do tej pory Hagelstein dał się poznać jako twórca typowo tanecznych sztosów, łączacych miękkość house’u z energią techno w lekko minimalowej formule. Mając na swym koncie niezliczoną wręcz ilość winylowych dwunastocalówek, do tej pory dorobił się tylko jednego albumu. Wydany cztery lata temu przez Souvenir krążek „Soft Pack” odsłonił nieco inne oblicze muzyki artysty – bliższą wręcz ejtisowemu synth-popowi. „Apophenia” jest w tym kontekście zdecydowanie bardziej klubowym albumem, choć jednak nie pozbawionym wręcz… piosenkowych wątków.

Oto już otwierający zestaw utwór „Footprints” pokazuje ambicję producenta do łączenia tanecznej motoryki z melodyjnymi wokalizami. Podobnie dzieje się w „Already Undone”, w którym z pomocą Pillow Talk niemiecki twórca zgrabnie zestawia wokalny soul z ze zdubowanym house’m. Z kolei „Let It Happen” zaskakuje wpisaniem w masywny tech-house afrykańskiej melodyki w wykonaniu Hollisa P. Monnroe i Vernite’a. Synth-popowe fascynacje słychać tu najbardziej w utworze tytułowym – podszytym jednak motoryką bliższą downtempo („Pareidolia”).

Instrumentalne utwory też nie są pozbawione niemal popowego wdzięku. Jeśli nawet Hagelstein sięga po minimalową wersję techno i house’u – uzupełnia je przystępną partią klawiszy („Life Is A Beach”), nastrojowym pasażem jazzowego saksofonu („Daylight”) czy sekwencją dziewczęcych okrzyków („Plaything” z udziałem Mentrix). Nie zawsze ta sztuczka mu się udaje – i pod koniec zestawu nagrania stają się niestety nazbyt toporne („Moon Habit” czy „Love Me Tender” z wokoderowym głosem Justina Evensa).

„Apophenia” ma swoje dobre i złe momenty. Te pierwsze to przede wszystkim dbałość o melodyjność muzyki i pozytywna energia z niej emanująca. Te drugie – to przewidywalność aranżacji i niewielka oryginalność. Jeśli jednak kiedyś będziemy się wybierać na tańce do Watergate – album Ruede Hagelsteina na pewno przygotuje nas odpowiednio na dobrą zabawę.

Watergate 2015

www.water-gate.de

www.facebook.com/WatergateRecords

www.facebook.com/RuedeHagelstein







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
SuperSonic
5 lat temu

bardzo dobrze podsumowane – cały zawartość płyty osadzona jest w przewidywalności wysuwająca się ponad bogatą melodyjność. Nie wpada w ucho..

Polecamy