Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.



Tomasz Sroczyński – Symphony No. 1 Resurrection

Człowiek orkiestra.

Układanie sobie w głowie recenzji tej płyty było zadaniem niełatwym. Jak tylko rodził się pomysł na ujęcie w słowa to kolejne przesłuchanie burzyło szyk zdań i mąciło myśli. Nie pozostaje mi nic innego jak się poddać uznając, że jakakolwiek próba opisania tej płyty pozostać musi w wersji nieporównywalnie gorszej z zawartością muzyczną. Poświęcę resztę wstępu na opisanie autora. Tomasz Sroczyński to wielce utalentowany skrzypek, którego mieliśmy okazję słyszeć w duecie z Jerzym Mazzollem. Mnie do gustu przypadł bardziej w innym duecie. Chodzi o współpracę z Markiem Pospieszalskim, a konkretnie o ich wspólny album „Bareness”. To jedna z tych płyt, do których wracam regularnie. Zachodzi obawa, że będzie trzeba ją zastąpić solowym albumem Tomasza Sroczyńskiego.

Ta muzyka zapuszcza we mnie korzenie, łamie codzienność. Idealnie wpisuje się zarówno w obecną aurę pogodową, jak i stan ducha. Łączy w sobie przystępność ze stawianiem wymogów słuchaczowi. Sam początek nieco przypomina wzmiankowany wyżej album. „Moderato” owinięte w podobny klimat, podobna jest też gra na skrzypcach w pierwszej części. Powolny rozwój pozwala na zapoznawanie się z przeróżnymi technikami jakimi posługuje się Sroczyński. Wielowarstwowe ułożenie partii skrzypiec pokazują jak długi i żmudny był proces twórczy symfonii. Artysta przygotował się perfekcyjnie. Na dnie przebija się rozciągnięty, ludzki głos.

Główna oś osadzona jest na dźwiękach niskich, które łatwo pomylić z kontrabasem, ale nim nie są o czym zapewnił mnie sam twórca. To skrzypce zmodulowane w dół, w niektórych momentach nawet o osiem oktaw. Umiejętnie stawiane kontrapunkty wspaniale rozstrajają tą część. Różnice w tempie, tonacji, ekspresji – jest tego cała masa. W momentach kiedy łatwo było przedobrzyć skrzypek dostawia interesujące sample, które wybijają rytm inny niż główny wątek. Imponuje podwójny finał z chwilą na minimalizm. Wyobrażam sobie tylko ile tu musiało zostać włożonej pracy. Nie ma się czemu dziwić, wszak płyta powstała przez cztery lata.

Potęgowanie nastroju w „Largo” określa w głównej mierze tę kompozycję. Wznosząca się część utworu prowadzi nas do partii, która przypomina zderzenie organów z dronami. Artysta stosuje wymienność tonacji. Skacze od wysokich do niskich i z powrotem. Szalenie pomysłowo niektóre rzeczy zostały tu na siebie ponakładane. Nieprzeciętności dodaje ten zjawiskowy moment w okolicach piątej minuty. Nie mogę wyjść z podziwu nad talentem Sroczyńskiego do stawiania akcentów.

Część ostatnia, najszybsza – zgodnie z tytułem „Allegro”. Artysta dopuszcza się wygrywania partii, które mają nas wprowadzić w trans. Mocne, pewne posunięcia smyczkiem, napędzające całość. Wielowarstwowość muzyki nabiera tu rozmachu. Ta zmienność tonacji okręca się wokół głowy. Każdy detal jest na wagę złota. Każda drobnostka przesądza o jakości utworu. Nie umiem zachować stoicyzmu w obliczu takiego perfekcjonizmu. Jednocześnie żaden uważam, że gdyby zabrakło choć jednego dźwięku tu zarejestrowanego to cała konstrukcja mogłaby się posypać. Bycie sprowadzonym na ziemię przez koniec „Allegro” to jedna z najgorszych chwil.

Przy okazji opisu do płyty Sroczyński powołuje się na „Tybetańską księgę umarłych”. Szczególnie na fragment, w którym mowa o wielokrotnym przeżywaniu śmierci w trakcie życia. Z resztą tytuł symfonii – „Wskrzeszenie” – ułatwić może interpretację muzyki. Odbiór dzieła Sroczyńskiego to jeden z najlepszych momentów tego roku. W głowie powstaje scenariusz kompletnego odcięcia się od rzeczywistości, porzucenia ról społecznych na rzecz słuchania „Resurrection”.

Sygnał Records | 2017

FB

Bandcamp

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.