Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.

BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.



Spellling – Mazy Fly

Wstrząśnięta i zmieszana.

Chrystia Cabral swój debiutancki album nagrała zgodnie z poszanowaniem reguł „zrób to sam”. Całość materiału napisała samodzielnie, wykonała i wyprodukowała w swoim mieszkaniu w Berkley w Kalifornii. Grunt, że od samego początku jej zainteresowania powędrowały w kierunku eksperymentów z produkcją oraz mieszania gatunków. Dziś wydaje się to koniecznością, aby przykuć rozproszoną uwagę słuchaczy. Czasami mam wrażenie, że wszyscy już tak robią. Tym bardziej warto dostrzec nietuzinkowe płyty, które wyróżniają się na tle strumienia dźwięku. Spellling ma jeszcze jedną przewagę – głos, którym wyczarowuje różnobarwne światy.

Pomimo swej różnorodności „Mazy Fly” jest albumem spójnym. Sama artystka wspomina, że często patrzy w niebo, aby nie umknął jej moment porwania przez kosmitów. Spokojnie, Spellling potrafi też twardo stąpać po ziemi i łączyć sferę duchową i syntetyczną. Na albumie miesza się soul, elektronika, hauntologia, melodie, psychodelia i syntezatory. Najlepszym ambasadorem tego miszmaszu jest „Under the Sun”. Zjawiskowa kompozycja z kosmicznym i psychodelicznym posmakiem. Artystka modli się o lepszą przyszłość i o to, aby przeszłość nie weszła jej w drogę. Wszystko to w błyszczącej polewie syntetycznych brzmień i zgrabnie poprowadzonych wokali.

Gwiezdna stylizacja nie opuszcza nas również w „After Life”, ale tu honoru Ziemi broni Divya Farias z partiami na saksofonie. Zamiłowanie do eksperymentów pozostała i objawia się w postaci „Golden Numbers”. Gdyby ktoś szukał dowodu, że przyjemną ścieżkę dźwiękową można rozpruć i zaszyć w niej przeróżne wokalne tony splecione z basowym groovem, to powinien posłuchać „Red”. Nie zabrakło nawiązania do przeszłości. „Haunted Water” przypomina o latach 80. i przywołuje nastrój horroru. Opowieść zaś tyczy się wspomnień o przemocy kolonialnej. Artystka przekonuje, że nie wystarczy przerzucić mostu nad nawiedzonymi wodami, aby wszystko było w porządku.

Spellling biegle posługuje się popem („Hard to Please”), dodając utworom lekkości. Właściwie wszystkiego się można po tym albumie spodziewać i wszystko na nim spotkać. Kłania się nawet r&b w „Hard to Please (Reprise)”, gdzie na perkusji gra Jacob Richardson. Lataninę syntezatorów mamy w „Dirty Desert Dreams”. W przypadku tych piosenek najsensowniejsza klasyfikacja, jaką można zastosować, to podział na ciemne i jasne. Do tych pierwszych z pewnością zaliczyć trzeba świetną balladę „Mazy Fly”. Osobiście ten album przekonuje mnie bardziej niż dokonania Sophie. Pomimo dość mglistej aury płyta jest zaczepna, a miejscami prowokacyjna. W dodatku jest przemyślany i artystycznie nasycony, aż mnie korci, aby sięgać po porównania z tymi, którzy już nie żyją, ale sądzę, że bez tego Spellling i tak sobie poradzi.

Sacred Bones | 2019
Bandcamp
FB
FB Sacred Bones

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze