Wpisz i kliknij enter

GusGus – Mobile Home

Rozśpiewana elektronika.

W zeszłym roku grupa GusGus obchodziła ćwierćwiecze swojego istnienia. W tym czasie stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wykonawców tanecznej elektroniki, nie będąc przy tym ani specjalnie nowatorską, ani oryginalną. Mimo to jej płyty sprzedają się świetnie, a koncerty przyciągają tłumy. Sekret tej popularności nie jest jakiś wyjątkowy: stojącym za tym projektem artystom udaje się po prostu łączyć w zgrabny sposób chwytliwe melodie z energetycznym brzmieniem o klubowym uderzeniu. Tak było przez całą karierę zespołu, choć GusGus nie raz w tym czasie zaskakiwali radykalnym zwrotem w wykonywanej muzyce.

Wczesne dokonania zespołu do dziś są przedmiotem kultu wielbicieli trip-hopu z lat 90. „Polydistortion” i „This Is Normal” to niezłe płyty, ale jednak wtórne wobec twórczości Portishead czy Massive Attack z tamtego czasu. Krach mody na trip-hop GusGus omal nie przypłacili życiem. Grupa przetrwała jednak – i pod wodzą Birgira Thorarinssona i Daniela Agusta skręciła w stronę tech-house’u, który akurat stawał się w 2000 roku „gorącą” nowością. Początkowo nie szło im najlepiej, ale za sprawą trylogii albumowej nagranej dla Kompaktu, duet wzniósł się na wyżyny swej kreatywności.

„24/7”, „Arabian Horse” i „Mexico” to bez wątpienia najlepsze dokonania Islandczyków. To właśnie na tych płytach udało im się tchnąć w swe popowe piosenki najwięcej klubowej energii, nie rezygnując przy tym nic ich chwytliwości. Na efekty nie trzeba było długo czekać: z pozycji drugoligowego zespołu GusGus awansowali w minionej dekadzie do jednej z największych atrakcji letnich festiwali. Taka dobra passa nie mogła trwać wiecznie: wydany już dla własnej firmy Oroom album „Lies Are More Flexible” był przyjemny, ale zdecydowanie słabszy od swych poprzedników. Jak na tym tle prezentuje się najnowsze dzieło GusGus?

Tym razem Thorarinsson i Agust postanowili nagrać wyjątkowo piosenkowy materiał. W tym celu zaprosili do współpracy wokalistkę islandzkiego tria Vök – Margret Ran Magnusdottir. To był dobry krok: dzięki niemu nowe nagrania projektu mienią się przebojowymi melodiami, rozpisanymi głównie na damsko-męskie duety („Our World”). To piosenkowe zacięcie sprawia, że na płycie mało jest tanecznej energii. Właściwie tylko dwa utwory dudnią tech-huse’owmi bitami – „Higher” i „Simple Tuesday”. To jedyny ślad po muzyce, którą w minionej dekadzie GusGus nagrywali dla Kompaktu.

Reszta płyty utrzymana jest w zdecydowanie wolniejszych tempach. I tutaj pojawia się problem. Finał albumu wypełniają nagrania, które w miarę swego trwania zaczynają się ciągnąć w nieskończoność. Dlatego „Silence” i „The Rink” to najsłabsze utwory w zestawie, choć pod względem melodii nie odstają od reszty. Zdecydowanie lepiej wypada początek płyty ze względu na mocniejszą rytmikę – w tym otwierające krążek ejtisowe electro w stylu Gary’ego Numana w „Stay The Ride”. Palmę pierwszeństwa wśród nowych piosenek dzierży jednak zmysłowy „Our World”, który będzie hitem przyszłych koncertów grupy.

Próbując generalizować, „Mobile Home” to w sumie synth-popowy album. Z jednej strony flirtujący z klasyką tego rodzaju brzmień z lat 80., a z drugiej – podrasowany brzmieniowo na współczesny EDM, poprzez podkręcenie bombastycznych partii syntezatorów. Słucha się tego przyjemnie, kilka nagrań jest bowiem naprawdę udanych. W miarę trwania płyty ten entuzjazm opada, ale całe szczęście jest ona dosyć krótka, nie ma więc czasu, aby zacząć ziewać na serio. Ci którzy pokochali GusGus za taneczne petardy, będą jednak tym razem niezaspokojeni. O wiele bardziej materiał ten przypadnie do gustu tym, którzy po prostu lubią dobre piosenki.

Oroom 2021

www.gusgus.com

www.facebook.com/GusGusOfficial







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Wall-B
Wall-B
3 miesięcy temu

„„24/7”, „Arabian Horse” i „Mexico” to bez wątpienia najlepsze dokonania Islandczyków” bez wątpienia jest to kwestia gustu ale uważam że „Polydistortion” i „This is Normal” nie mają sobie równych. Te późniejsze housy to już nie było to. Nowej płyty jeszcze nie słyszałem, przyznam.

Polecamy