W ostatnich latach Saula Williamsa chyba częściej obserwujemy w roli pisarza i reżysera niż twórcy muzyki. To mimo wszystko w ubiegłym bardzo się ucieszyłem na jego powrót ze wspólnym wydawnictwem z Carlos Niño & Friends, a chodzi o płytę „Saul Williams meets Carlos Niño & Friends at TreePeople”. W tym roku z kolei jest gęsto literacko u Williamsa i warto odnotować ukazanie się książki, a w zasadzie graficznej noweli pt. „Martyr Loser King”. W tej cyberpunkowej baśni nie brakuje wnikliwych pytań dotyczących kapitalizmu, kolonializmu i przyszłości technologii. Williams kreśli historię spotkania górnika z nieziemskim nieznajomym o imieniu Neptune prowadzące do narodzin hakera o pseudonimie MartyrLoserKing oraz do rozpoczęcia globalnego cyberataku. Ich plan wstrząśnie światem w posadach, obali wielowiekowe nadużycia instytucjonalne i być może zapoczątkuje nową erę wzajemnego zrozumienia.
W drugiej kolejności, wciąż jeszcze w tzw. preorderze mamy książkę Williamsa „Songs My Mother Taught Me. Why the Artist Must Take Sides”, gdzie autor zastanawia się, w jaki sposób współcześni artyści powinni reagować na systemową przemoc i niesprawiedliwość – zgodnie ze słowami Paula Robesona – opowiadając się po jednej ze stron. „Songs My Mother Taught Me” stanowi trzeźwą analizę roli artysty w dzisiejszych czasach, na którą Williams odpowiada pytaniem: Co cię zradykalizowało? Odpowiada, analizując, w jaki sposób jego wzorce – pisarze i artyści, od Amiriego Baraki po lokalnych muzyków w brazylijskich barach i palestyńskich miłośników hip-hopu – reagowali na imperialistyczną przemoc, ucisk i ludobójstwo. Nawiązując do słynnej deklaracji Robesona, Williams przedstawia prowokacyjną argumentację wyjaśniającą, dlaczego współcześni artyści nie mogą pozostawać neutralni w obliczu niesprawiedliwości. – „Potrzebujemy piosenek, które burzą imperia” – pisze – „filmów, które uczą, przypominają i inspirują, wierszy, które sprawiłyby, że despota odebrałby ci obywatelstwo”.
Właśnie ukazuje się nowa płyta Williamsa „Leap Life” na którą czekaliśmy siedem lat, gdzie podąża za filozofią, że „głos jest instrumentem”. Nie jest to album zamknięty w typowe ramy aranżacyjne, to raczej owoc poddania się chwili, zaufania do czegoś otwartego, płynnego i niekoniecznie dającego się wcisnąć w proste formy. Jest tu znacznie więcej jazzowej swobody, spontaniczności i ducha tego gatunku, niż hip-hopowego oblicza Williamsa znanego sprzed lat.
Medytacyjny charakter dobrze nakreśla już pierwsze nagranie „Baobab Constellations”. Pulsują tu odgłosy natury, spiritual ambient, flety Aarona Shawa, saksofon Kamasiego Washingtona, syntezatory Surya Botofasina, głosy Dwighta Trible’ego i Robay El-essawy. No i oczywiście głęboka, przejmująca barwa głosu Williamsa. Retro syntezatorowa transgresja meandruje w „Mazahua” i ociera się zarówno o wzgórza Appalachów, jak i tętno abstrakcyjnej muzyki elektronicznej. Hipnotyczny lo-fi płynie w tempie niespiesznie migoczącej taśmy („I Think I Get It Now”). Znakomity, plemienny, minimalistyczny rytuał mamy w „Great, Great-Grandmother” z drumlą, harmonijką ustną oraz improwizacją instrumentów perkusyjnych z rysem filozofii Milforda Gravesa. Taneczny, fantastyczny utwór „The Dagger” porywa w głąb wirującego leja mozaik.
Spoken word Williamsa nabiera tempa w „Controlled Is Not Controllable” zasilany d’n’basową florą i syntezatorowymi przestrzeniami. Czuć w wielu momentach aurę muzyki Carlosa Niño, który też jest producentem „Leap Life”. Dużo się dzieje na wielu poziomach brzmieniowych tego albumu, „13 Moons” pokazuje jak można kreować niskie, wręcz gęste częstotliwości i łączyć je z jazzową improwizacją. Znakomicie Williams przechodzi z intonacji, spoken word do chwilowego obniżania głosu. Transowe „Une Photographie” z głosem Jimetty Rose, pulsującą narracją niczym wydestylowaną z oparów Serge’a Gainsbourga z czasów „Histoire de Melody Nelson”, słychać też przetworzoną gitarę Nate’a Mercereau, powracający motyw odgłosów natury i nieoczekiwany beatowy uskok w szorstką taneczną strukturę.
Głos lidera wraca w kompozycji „Not Everything For Sale” z librettem o filmowej poetyce, syntezatorowymi dreszczami i gościnnym udziałem Roberta Del Naja (3D z Massive Attack). Brytyjczyk pojawił się jeszcze w „I Think I Get It Now” i „Controlled Is Not Controllable”. W „Robot Slave” z kolei Williams przypomina o tym, że potrafi świetnie podśpiewywać, co też czyni, jednocześnie dryfując na tanecznej plewie elektronicznych konstrukcji. Wyśmienite „Conspiracy” pomieściło też inne głosy – mamy Moor Mother i Gonjasufiego, którzy żeglują wokół prądów Williamsa. Na swój sposób gospelowa miniatura „Vengeful Spirit” z echem TV on the Radio kołysze jednak po swojemu. Przepleciony aranżacyjnie „Friends I Ain’t Met Yet” z zaimplementowaną nie wprost muzyką klasyczną wiedzie nas do finałowego i najdłuższego na płycie utworu „Coming Forth”. To poruszający eksperyment dźwiękowy poskładany z field recordingu zarejestrowanego w Kairze, rozmaitych głosów (w tym Georgii Anne Muldrow), spoken wordu, spiritual jazzu o ambientowych korzeniach i duchowego przesłania.
Williams jawi się tu jako improwizator poszukujący objawienia w czasie rzeczywistym, stąd też taki charakter tego materiału. „Leap Life” to album złożony, do wielokrotnego odkrywania, wsłuchiwania się w poszczególne warstwy, albo we wszystkie naraz. Williams powrócił z bardzo świeżymi nagraniami, dalekimi od oczywisty fuzji, dających poczucie obcowania z czymś, co się tliło w nim od kilku lat. Postanowił złożyć to w jedną całość i ostatecznie zadać sobie pytanie: „Co to znaczy zaufać chwili?”. Odpowiedzi szukajmy na „Leap Life”!
Big Dada | sierpień 2026
Strona Saul Williams: https://saulwilliams.com/
FB: https://www.facebook.com/saulwilliams
Strona Big Dada: http://bigdada.com/



Skomentuj