W marcu tego roku można było oglądać w jednej z berlińskich galerii wystawę „Power Manual / Weight Extra” stworzoną przez Emmę Baiadę, Daniela Jakoba i Łukasza Polowczyka. W rozmowie z Łukaszem wędrujemy nie tylko na wystawę, ale także zastanawiamy się nad sztuczną inteligencją, drapieżnością świata, o odczuwaniu wspólnoty w małych przestrzeniach, improwizowanych wierszach, o spoglądaniu przez oczy drugiego człowieka i wielu innych tematach.
Łukasz Komła: Niesłychane, że minęły już cztery lata od naszej ostatniej długiej rozmowy na łamach Nowej Muzyki…
Łukasz Polowczyk: No właśnie, z jednej strony to tylko cztery lata, ale z drugiej to wieczność. Przez to wręcz oszałamiające tempo, w jakim żyjemy i jak wszystko się dookoła nas zmienia, mam takie wrażenie, że tamta rozmowa została przeprowadzona w zupełnie innym świecie, świecie, który już w pewnym sensie nie istnieje.
Przecież my rozmawialiśmy zanim sztuczna inteligencja wgryzła się w prawie wszystkie aspekty naszego życia, często niezauważalnie.
Dlatego jak mi powiedziałeś, że sobie porozmawiamy, ucieszyłem się, bo te nasze rozmowy zawsze pomagają mi przetrawić skrawek rzeczywistości, w ogóle tak na trzeźwo spojrzeć na to, co się wokół nas dzieje.
Łukasz Komła: Ostatnio przypominam sobie twoje słowa zawarte w jednej z kompozycji na drugiej płycie Aint About Me, „Indigo Sine Wave”, a mianowicie:
now if an idea can kill you and it can then what is the purpose of art and what is a gun if not a figment of our collective imagination now wrought out of steel because we wanted to kill more efficiently
****(…) jeśli idea może cię zabić a może to jakim celem jest sztuka a czym broń, jak nie tworem naszej zbiorowej wyobraźni, już wykutej ze stali ponieważ pragnęliśmy zabijać więcej wydajniej.
To są bardzo boleśnie aktualne słowa w obliczu tego, co serwuje nam świat każdego dnia. Mam na myśli co chwilę wybuchające konflikty zbrojne, chociażby ten rozpętany przez USA oraz Izrael z Iranem i resztą państw usytuowanych na Bliskim Wschodzie. Jak myślisz, dokąd zmierzamy jako zwykli ludzie w zderzeniu z „nadludźmi”, wielkimi światowymi kastami, dyktatorami, biznesmenami-szaleńcami etc.?
Łukasz Polowczyk: Niestety te słowa, w pewnym sensie, zawsze są aktualne. Jak nagrywałem „Violent Flowers”, to akurat rozpoczęła się wojna na Ukrainie – wiadomo, to trafiło bliżej nas, ale przecież wrzało już w Jemenie, Sudanie, Etiopii, Mjanmie. Wcześniej była Syria, Afganistan, islamiści rozpychający się w krajach Afryki Zachodniej.
Ale masz rację, skala konfliktów rośnie i wydaje się, że cały świat jest w jakimś stopniu w nie uwikłany i że każda wojna de facto służy jako proxy dla przepychanek geopolitycznych mocarstw. No i tak jak powiedziałeś, panoszą się i to póki co bez większych konsekwencji tak zwani strongmeni, destabilizując przy tym wszelkie mechanizmy, które miały zapobiegać konfliktom tej skali. Trudno przewidzieć cokolwiek, bo to nie tylko geopolityczne zawirowania, ale również kolejne etapy globalnego ocieplenia i wyścig o dominację w zakresie sztucznej inteligencji, która, nota bene, też zmienia charakter starć zbrojnych — od generowania strategii przez autonomicznie sterowaną broń, po inwigilację i kreowanie opinii publicznej.
Nie wiem czy pamiętasz, ale w „Violent Flowers” pojawiają się moje dzieciaki i kwestia tego, co ja mam im powiedzieć o tym, co się dzieje na świecie — czy ważniejsze jest to, żeby zapoznały się dogłębnie z jego zepsutym obliczem, czy żeby były w stanie sobie wyobrazić coś lepszego? Bo to te same mechanizmy wyobraźni są odpowiedzialne za wykreowanie autonomicznej broni i za wiersze Rumiego.
Łukasz Komła: To jest odwieczny dylemat rodzica, każdego człowieka, który dostaje rolę w życiu do przekazania innym rzeczywistego obrazu. Jak opowiadać o złu otaczającego świata, by to zło nie przykryło całkowicie perspektywy? Wracając jeszcze do tego, co powiedziałeś wyżej, odnoszę podobne wrażenie, że właśnie rozmawiamy w innym świecie niż ten sprzed kilku lat. Jeszcze bardziej chaotycznym, niepewnym jutra, nieobliczalnym i w wielu momentach ucinającym nadzieję, że może będzie kiedyś stabilniej.
Dla zachowania równowagi myśli i emocji, przechylę szalę i zapytam cię o sztuczną inteligencję po wszczepieniu jej w szeroko pojętą kulturę, w tym popkulturę. Mieliśmy na początku sfingowane utwory, a chwilę potem już wykreowane przez AI całe albumy umieszczane chociażby na Spotify, niezliczone ilości obrazów – zdjęć, filmów wideo zakłamujących rzeczywistość. Co chwilę wracają stwierdzenia: AI wyprze dziennikarstwo, zastąpi sektor graficzny, wideo, zmiecie tłumaczy itd. Jak pamiętamy był taki moment, że już kopano grób na płyty winylowe i książki w formie papierowej. A jednak oba nośniki są i cieszą się powodzeniem. Nie każdy chce przewijać strony ulubionej książki w kindle’u. Niemniej jednak nie sposób ująć zasięgu tego zjawiska w kilku zdaniach. Zatem, co dalej z życiem artystów, artystek w dobie sztucznej inteligencji?
Łukasz Polowczyk: Co jest mega ciekawe i mnie bardzo zaskoczyło, to jest to, że sprzedaż ebooków osiągnęła szczyt podczas pandemii, potem spadła trochę i trzyma się równo, a książki odbiły i rosną w sprzedaży z roku na rok. Po części widzę to jak taki kontrapunkt – ludzie nie tylko nie nadążają za ilością wydawnictw, ale myślę, że rytualizują sobie taką powolną konsumpcję poprzez właśnie formaty off-line’owe, też żeby odciąć się od telefonu, laptopa.
Nie wiem jak jest w Warszawie, ale w Berlinie są tak zwane listening bary (taki format japoński), które pojawiły się jak grzyby po deszczu, nawet niektóre galerie organizują odsłuch płyt – ludzie schodzą się, żeby np. posłuchać jednego konkretnego albumu na dobrych głośnikach, w ciszy i skupieniu, no i w obecności innych ludzi. Jak rozmawiam z młodszymi muzykami, którzy grają po świecie i organizują imprezy, też mówią mi, że jest teraz moment na mniejsze lokale, bardziej intymne, mniej komercyjne konteksty.
Łukasz Komła: Nie słyszałem w Warszawie o wielu miejscach, wydarzeniach skoncentrowanych na takich zbiorowych odsłuchach płyt w fajnej, przyjaznej przestrzeni. Kojarzę tylko audiofilskie spotkania Piotra Metza organizowane dla odbiorców kanonicznych albumów typu „Dark Side of the Moon” Pink Floyd.
Łukasz Polowczyk: Ty wiesz, że ja jestem po części takim nieformalnym Taoistą, więc głęboko wierzę w to, że każda ekstrema ma swoją odpowiedź — ma się to też do zjawisk w polityce, ale może tego kanału uniknijmy… Więc, patrz, z jednej strony komercyjne koncerty, a myślę tu o gwiazdach współczesnego popu, zostały przeskalowane na stadiony, ceny tych koncertów są astronomiczne, a stadiony są pełne i wyprzedane w momencie, kiedy bilety trafiają na portale. A odpowiedzią na to są eventy o małej, intymnej skali.
Do czego zmierzam — myślę, że świat komercyjny i ten napędzany tym fastfoodowym podejściem do „tworzenia” muzyki, sztuki, filmu przy użyciu sztucznej inteligencji będzie istniał i będzie na to popyt — tak samo jak był popyt na Spice Girls czy Modern Talking. Ale też, w przeciwieństwie do tego, powstanie, a moim zdaniem już powstało, coś na obraz czegoś takiego jak underground — bo trudno było mówić o undergroundzie w czasach Spotify’a i mediów społecznościowych.
Ale w tym wypadku masz z jednej strony muzykę generowaną przez promptowanie, taki kolaż z muzyki, która już istnieje, a tu masz człowieka, który naprawdę gra na instrumencie, może wystąpić na scenie kiedy chce, ma coś do powiedzenia… Mogę sobie wyobrazić taki scenariusz, gdzie płacisz za koncert — powiedzmy takiego Shabaki Hutchingsa — który jest rejestrowany i za cenę biletu, za miesiąc, dostajesz pocztą winyl z tego występu. I tylko ci, którzy tam byli, go dostaną.
Łukasz Komła: Rozmawialiśmy w trakcie przygotowań do otwarcia berlińskiej wystawy „Power Manual / Weight Extra”, którą współtworzysz z amerykańską twórczynią filmów Emmą Baiadą i szwajcarskim producentem, kompozytorem Danielem Jakobem (znanym też jako Dubokaj, Dejot). Po drodze dołączyli do was perkusista Julian Sartorius oraz saksofonista Matthias Kohler. Finalnie stworzyliście w galerii Kurt-Kurt przestrzeń do zawieszenia myśli w kierunku rozważań: co się dzieje, gdy palące idee – inwigilacja, kryzys klimatyczny, władza i sprawczość, ciężar tego, co po sobie zostawiamy – przemieszczają się między różnymi formami sztuki? Wewnątrz „Power Manual / Weight Extra” mamy film Emmy, pejzaże dźwiękowe Daniela i twój poemat, wiersz. I tutaj chciałbym, żebyś opowiedział jak powstawały twoje improwizowane sesje w terenie i dlaczego właśnie z tymi artystami postanowiłeś podjąć to wyzwanie?
Łukasz Polowczyk: Z Danielem znamy się ponad 20 lat i rozmowy o muzyce, naturze dźwięku, odkryciach podczas nagrań plenerowych to nasz chleb powszedni. Podczas jednej z nich doszliśmy do wniosku, że nie nagrywaliśmy razem od dłuższego czasu, a nasze podejście do muzyki zmieniło się kompletnie. Postanowiliśmy to nadrobić.
Pomysł z początku był prosty: malowanie dźwiękiem, wymiana jak Andy Warhol z Jeanem-Michelem Basquiatem – jeden coś namaluje, drugi zareaguje, coś skreśli, dołoży kolejny element. Od razu dodam, że nie porównuję nas do nich, ale dla mnie inspiracje to przede wszystkim sztuki wizualne: malarstwo, fotografia i film, w mniejszym stopniu muzyka czy literatura. Uwielbiam to warstwowanie na płótnach Jeana-Michela, malowanie tekstu, skreślanie.
Zaczęło się od tego, że nagrywałem improwizowane wiersze swoim zoomem, jeżdżąc po Berlinie na rowerze. Wysyłałem pliki do Daniela, a on – nie słuchając specjalnie treści, jak mi ostatnio powiedział – zamieniał nagrania w ścieżkę dźwiękową: ciął, sonoryzował, filtrował, stosował mikrosyntezę. Potem odsyłał mi efekty, a ja dogrywałem kolejne warstwy. Podchodziliśmy do tego bez narzucania celu, bez definiowania co z tego ma powstać.
W pewnym momencie to co mi podsyłał Daniel stawało się coraz bardziej funkcjonalne: przewodni wokal w centrum, otoczony elementami harmonicznymi, całość spięta rytmem. Miałem poczucie, że przestaliśmy słuchać tego co było naprawdę ciekawe – że gdzieś po drodze oszukaliśmy i proces, i samą materię. Julian dograł wtedy swoje – poprosiłem go, bo ma niesamowite wyczucie dla nieoczywistych dźwięków. Projekt się zatrzymał. Wiedzieliśmy, że mamy coś fajnego, ale czuliśmy, że się zgubiliśmy.
Wtedy poznałem Emmę. Jak obejrzałem jej filmy, byłem rozwalony. Jej kadry są przejrzyste, czuje się obecność osoby za kamerą – otwartej na życie, na ludzi, nieoceniającej, z głęboką empatią do tych, których spotyka. Pierwsze skojarzenie: to co czuję oglądając jej filmy jest tym samym co czuję nagrywając w skupieniu w plenerze – a to dla mnie forma głębokiej medytacji.
Dzięki Emmie projekt ruszył dalej. Ona zmontowała film pod muzykę Daniela i poprosiła mnie żebym napisał coś w odpowiedzi – tak powstał finalny wiersz. Nagrałem go, najciekawsze momenty dodałem do muzyki i powstała finalna kompozycja. Całość pokazaliśmy w galerii Kurt-Kurt z zamysłem, że jest to jeden wiersz rozszczepiony i przefiltrowany przez każde z nas – a widz, składając go jak puzzle, tworzy własną wersję.

Łukasz Komła: Kolejnym krokiem jest zainteresowanie waszą pracą wytwórni Adventurous Music, gdzie pod koniec marca ukazał się w formie cyfrowej „Power Manual / Weight Extra” wraz z książeczką dokumentującą cały proces, a także w limitowanej kasetowej wersji. Tego materiału z taśmy jeszcze nie słyszałem, ale wyobrażam sobie, że chropowatość rowków nośnika dodatkowo wzmaga oniryczność przekazu, który jest otwartym szwem rzeczywistości – a jego ciałem i duchem są nagrania terenowe, to jednak dajecie zasadzić odbiorcy też własny mikroświat wewnątrz waszego. Frapujące są między innymi eksperymenty z głosem, który posłużył jako instrument, głos transformujący do estetyki clicks & cuts zaczepionej o ramy minimalizmu. Czy wybicie głosu z jego oczywistego środowiska (np. typowej ulicznej rozmowy) i wpuszczenie go w odwrócony porządek, czyli w tym przypadku warstwę eksperymentu dźwiękowego, może pomóc w lepszym zrozumieniu nieznanych nam dotąd warstw otaczającego nas świata?
Łukasz Polowczyk: Bardzo ucieszyłem się, że nagrania ukażą się na kasetach. Wychowałem się na tym formacie i bardzo lubię to brzmienie – nawet te brudy i zniekształcenia, które pojawiają się z czasem.
Ale nie jestem jeszcze w stanie w pełni odpowiedzieć na twoje pytanie – wciąż trawię ten materiał. Bardzo mnie fascynuje to, co działo się na pierwszych dwóch etapach: co zostało przeniesione z tekstu do muzyki, skoro Daniel traktował nagrany tekst jako czyste brzmienie? Coś tam zostało – emocje, energia, może coś zadziałało podświadomie. A potem Emma zmontowała film na podstawie tych dźwięków i pojawiły się w nim bardziej konkretne tematy: siła, hierarchia, inwigilacja, globalne ocieplenie. Montowała całość reagując na muzykę, to muzyka nadawała tonu i kolorytu. Wiersz, który napisałem w odpowiedzi na jej film, jest więc rekonstrukcją – nie tylko moich słów, ale i dźwięku środowiska, w którym nagrywałem, i emocji, która wplątała się w mój głos. Porozmawiajmy o tym za kilka tygodni.
Łukasz Komła: W wstępie do książeczki dołączonej do „Power Manual / Weight Extra” piszesz tak: „Jesteśmy splątani. Wzmacniamy się nawzajem. Załamujemy świat w unikalny sposób, a jednak to właśnie te różnice stanowią kamień filozoficzny. Bo to, co na pierwszy rzut oka wydaje się luką – rozłączeniem – jest dokładnie tym punktem, w którym łączymy się w polifoniczną harmonię”. Czy mógłbyś bardziej rozwinąć ten przekaz?
Łukasz Polowczyk: Każdy z nas jest unikalnym pryzmatem – ma swoją historię, bardzo specyficzne filtry, funkcjonuje na innej częstotliwości. Każdy inaczej składa sobie ten świat z informacji które do niego trafiają, ale rzeczywistość jest jedna i niepodzielna. Dialog, dzielenie się własną perspektywą i otwartość na innych – to nasza szansa, żeby ten świat trochę lepiej rozumieć, złożyć więcej puzzli.
Po to jest sztuka – żeby pozwalała ci spojrzeć przez oczy drugiego człowieka, mało tego, żeby poczuć jak to jest być kimś innym. Jak podobni jesteśmy do siebie, ale też jak różni. Myślę, że takie podejście jest zdrowe, bo uczysz się od innych, jesteś otwarty na inność. Świat jest piękny bo jest polifoniczny. I piękne jest też to, że każdy jest unikatem – buddyści nazywają to istnością albo takością, fundamentalną naturą każdego człowieka, każdej rzeczy.
Łukasz Komła: Jak sądzisz, czy „Power Manual” należy odbierać bardziej jako podręcznik czy może jednak jako instrukcję?
Łukasz Polowczyk: Jak składaliśmy tę książkę – katalog, nie wiem jak to adekwatnie nazwać – chodziło nam o dokumentację projektu i całego procesu. Żeby ktoś, kto nie będzie mógł przyjść do galerii, miał wgląd w to o co w tym chodzi. Można też powiedzieć, że ta książka jest kolejnym tłumaczeniem materiału – podobnie jak sama wystawa.
I powiem ci: jak skończyliśmy instalację i przeszedłem się po galerii, zdałem sobie sprawę, że ta wystawa jest finalnym produktem całego procesu, a nie tylko jego prezentacją czy dokumentacją. To jedyna forma będąca syntezą wszystkich naszych działań – i daje widzowi szansę partycypacji w tym procesie.
Pomyślałem sobie wtedy, że w przyszłości chcę komponować pod przestrzeń, z wiedzą, że chodzi o stworzenie multimedialnego wiersza, w który można dosłownie wejść.
Łukasz Komła: Pozwól, że jeszcze podrożę pewne kwestie. Jak wyczytałem w katalogu i twojej rozmowie z Emmą Baiadą, która w jednym z fragmentów pyta cię o twój proces przekładania filmu na wiersz. Pyta też: czy zwykle reagujesz bezpośrednio na dźwięk i obrazy podczas pisania, czy praca nad „Power Manual / Weight Extra” była dla ciebie czymś nowym? Odpowiadasz, że nowością w tym projekcie było dla ciebie to, iż twoje słowa są naprawdę powiązane z obrazami w jej filmie i pozostają z nimi w bezpośrednim związku. I jak stwierdzasz, że w twoich poprzednich pracach słuchacz nigdy nie miał dostępu do materiału źródłowego. Co daje chronienie materiału źródłowego przed odbiorcą? Bądź jak można go pokazywać innym, postronnym osobom by nie został nadmiernie obrany z warstw ochronnych?
Łukasz Polowczyk: To nie jest tak, że ja chronię materiał źródłowy — o tyle, że jest on zazwyczaj nieistotny. Bardzo często jest też tak, że źródła są w ogóle niedostępne, bo może obejrzałem film i jakiś kadr coś we mnie wywołał, ale została po nim tylko notatka, albo odkryłem jakieś mocne zdjęcie i zapisałem sobie coś zainspirowane tym, ale zdjęcia nie zachowałem. W wypadku „Power Manual / Weight Extra” było inaczej, bo cały projekt oparty był na tym efekcie lustrzanym. W ogóle był taki pomysł, żeby wiersz i film Emmy były wystawione w jednym pomieszczeniu vis-à-vis siebie, ale nie było to po prostu możliwe ze względów technicznych.
Ale wracając do twojego pytania, wydaje się, że obecnie ogólnie przyjęta tendencja to udostępnianie całego procesu twórczego — jak coś powstało, łącznie z inspiracją. Widać to przede wszystkim w mediach społecznościowych, ale i też w filmach dokumentalnych, i dotyczy to nie tylko artystów mainstreamowych, ale również niszowych. Z jednej strony jest to bardzo ciekawe, jeśli interesujesz się warsztatem, ale efektem jest brak misterium i powielanie schematów. Ostatnio czytałem bardzo ciekawy artykuł o tym, jak zmienia się format książki historycznej, bo niektórzy autorzy zamierzają publikować — oczywiście tylko w formie cyfrowej — nie tylko samą książkę, ale wszystkie dokumenty, z których czerpali informacje, łącznie z oprogramowaniem sztucznej inteligencji, które umożliwi czytelnikowi ich analizę i selekcję. Czyli w jakimś stopniu można powiedzieć, że te książki żyją i nie są skończone, a każdy czytelnik może je dopełniać w o wiele większym stopniu, niż to było kiedykolwiek wcześniej możliwe. Niektórzy muzycy publikują swoje utwory z dostępem do poszczególnych ścieżek dźwięku, skłaniając swoich słuchaczy do ingerencji, do tworzenia remiksów. A więc zmienia się pojęcie nie tylko skończonego dzieła, ale i autorstwa. Przypuszczam, że jak zawsze będzie na to jakaś odpowiedź i myślę, że będzie to w formie analogowej, rękodzieła i off-line.
Łukasz Komła: Być może nie każdej nawet zainteresowanej osobie „Power Manual / Weight Extra” uda się dotrzeć do twoich słów wiersza. Przytoczę jedną z jego części, która mnie poruszyła i wywołała w emocjach, myślach strumień bliżej nieokreślonych obrazów…
i’m laughing
so hard salt crystals
like clusters of pixels
start tumbling down my fractured
cheekbone
and i wonder
if these
tears right here, dipped in honey
were to land
on litmus paper
next to a blotch of
salt water produced under
a whole other set of circumstances
would the difference be legible
and if not in chemical
composition, then
could it be that we just don’t
have instruments sensitive enough
to catch the quantum entanglement of intention
with the same accuracy we use to hone in on
somebody’s soul cracking open
like a cherry struck by the heavy hand
of another sunbeam
all the while the needle
traverses a spiral inwardly
either way
once levies are breached
relief comes in floods
even if its only for a moment
W ostatnich linijkach wiersza piszesz m.in. tak, „(…) gdy tylko wały zostaną przerwane, ulga napływa potokami, nawet jeśli trwa to tylko chwilę”. O jakiej uldze myślałeś przelewając te słowa na papier, plik?
Łukasz Polowczyk: W filmie Emmy jest taka scena, którą ona nakręciła chyba w Hanoi, gdzie w parku pewien mężczyzna prowadzi warsztat śmiechu. Są tam głównie starsze kobiety — ale i też parę przyjaciółek Emmy — i on nakłania je do śmiechu. To jest taki wymuszany śmiech, powiedzmy, że są to takie mantry oparte na dźwiękach śmiechu. Forma terapii.
Ta część wiersza, do której nawiązałeś, odnosi się właśnie do tych kadrów, ale oczywiście dygresyjnie. Zaczyna się od tego, że mówię o śmiechu, który doprowadza cię do płaczu, co jak się nad tym trochę zastanowisz, jest samo w sobie fascynujące.
I zastanawiam się tam nad tym paradoksem, że z jednej strony mamy wgląd w rzeczywistość w wymiarach kwantowych, ale nie mamy aparatury, która jest w stanie odróżnić łzy, które powstały z głębokiego śmiechu, od takich, które są wypadkową, powiedzmy, smutku. A z drugiej strony, jako gatunek, jesteśmy tak dobrze nastrojeni, że czujemy ten smutek czy radość zakodowaną w falach dźwiękowych i jesteśmy w stanie odróżnić to, jak ktoś nie czuje tego, a udaje.
Strasznie mnie to fascynuje — co tak naprawdę jest zakodowane w nagraniu głosu ludzkiego i na czym to polega. Bo czasami masz dwie wersje tego samego nagrania, wyglądają one podobnie na ekranie, brzmią podobnie — słowa są te same, rytm ten sam — ale jedno nagranie ma ten rezonans, a drugie nie.
Łzy w jakiejkolwiek formie rządzą — taki już nasz design. Trzeba się śmiać do bólu i rozklejać w potok.
Łukasz Komła: Wrócę jeszcze do katalogu. Jest w nim bardzo wciągająca rozmowa z Danielem Jakobem, który opowiada obszernie o Casparze Davidzie Friedrichu, uznawanym za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli malarstwa romantycznego. Daniel mówi, że Friedrich wprowadził koncepcję wyobrażonych krajobrazów i radykalnie odmienną perspektywę, gdzie pojawia się akt patrzenia na krajobrazy jako doświadczenie w ramach samego obrazu. Zafascynował go też fakt, że Friedrich spędził większość swojego życia w pracowni i przekształcił ją w miejsce, w którym wyobrażał sobie świat, gdzie przekształcał wspomnienia rzeczywistych krajobrazów w wewnętrzne krajobrazy i emocje. I właściwie można odnaleźć przy „Power Manual / Weight Extra” malarskie wizje Friedricha, chociażby przez fakt zbierania przez ciebie nagrań terenowych i improwizowanych poematów, a następnie przerzucanie ich na płótno dźwiękowe i zamknięcie w konkretnym kadrze filmowym Emmy. Dla mnie takim kadrem jest widok kłębiącego się dymu w lesie. Jak ty postrzegasz te nawiązania do malarstwa?
Łukasz Polowczyk: Ten temat wyobrażonych, czy przeobrażonych, krajobrazów jest bardzo ciekawy. Daniel rozwinął go na „Daydreamflix”, jego płycie ze świętej pamięci Lee Scratch Perry’m, gdzie właśnie w tle była cała topografia przetworzonych i surowych nagrań plenerowych, które zbierał przed pandemią, a obrabiał podczas izolacji. Kiedyś rozmawialiśmy o tym i ja zapamiętałem to tak, że on był zainspirowany płótnami Caspara Davida Friedricha, ale Daniel mi to sprostował, że te płótna dały mu po prostu język i formalną konstrukcję, żeby zrozumieć to, co on robił z tymi nagraniami.
Masz absolutnie rację, że coś podobnego się wydarzyło na „Power Manual / Weight Extra”, wszyscy czerpaliśmy materiał z rzeczywistości: moje nagrania plenerowe i Daniela, archiwum wideo Emmy, ale traktowaliśmy ten materiał nie jak dokument wydarzeń, a surowiec, z którego tworzyliśmy coś hiper-subiektywnego. W sumie jest to jeden z kluczy do tego projektu, nie samo tworzywo, tylko osobista relacja z nim i wynikające z tego decyzje w studiu i podczas montażu.
A tak swoją drogą: projekt zaczął się od takiego prostego pomysłu, żeby malować razem jak Warhol i Basquiat, bez żadnych reguł, spontanicznie. Ważne było to, żeby każdy czuł się na tyle swobodnie, że nie ma żadnych hamulców co do ingerencji w materiał drugiej osoby. Jeśli czujesz, że trzeba coś pociąć, wymazać, albo przykryć kolejną warstwą, dawaj!
Łukasz Komła: Sięgając jeszcze raz do twoich słów, w jednym z akapitów pojawia się nieco tajemnicza postać Mike’a:
remember mike when the gold in his mouth was still fresh and he had the part out into the side his smile both beautiful and mischievous and confidence like nothing could stop him…
Rozwikłasz zagadkę, o jakiego chodzi Mike’a? (śmiech).
Łukasz Polowczyk: (Śmiech) Na świecie jest tylko jeden taki Mike, jak ktoś wyrastał w latach 90. i interesował się boksem, albo słuchał hip-hopu, trudno było nie zarejestrować, co to był za żywioł, charyzma, siła. No i właśnie ten uśmiech Tysona, z jednej strony dziecięcy, niewinny, a z drugiej strony uśmiech kogoś, kto lubi broić.
Dla mnie właśnie ta część wiersza i to, co jest powiedziane potem:
it’s that right now resting on my shoulders the weight extra, when my mood takes a swing and a voice whispers off from what kind of world are you leaving these kids?
Jak wstaję rano, to o to się modlę, żebym dał radę unieść ten ciężar. Żeby przekazać im to, co jest naprawdę istotne, żeby wyrosły na ludzi z sercem i mocnym kręgosłupem. No i żeby to, co robię, miało pozytywny efekt, nawet jeśli skala jest mała, żebym dorzucił się do wyrównania szali.
Łukasz Komła: Na pewno w tobie wciąż wybrzmiewa echo „Power Manual / Weight Extra”, to jednak na horyzoncie majaczy nowy rozdział projektu Aint About Me, który współtworzysz z Janem Wagnerem. W jaką stronę tym razem poszliście i kiedy można się spodziewać nowych nagrań?
Łukasz Polowczyk: Cieszę, że „Power Manual / Weight Extra” już żyje swoim własnym życiem, że już nie należy do nas, bo to znaczy, że w końcu mam trochę przestrzeni, żeby pokończyć inne projekty i trochę się pobawić w studiu.
Jeśli chodzi o nową płytę Aint About Me, to czekamy tylko na cynk od wytwórni, kiedy się ukaże i w jakiej formie: czy będzie znowu książeczka i kaseta, a może tym razem nawet winyl. I po raz pierwszy współpracujemy z bardzo fajną wytwórnią z Trójmiasta: Coastline Northern Cuts. Bardzo ładnie wydają płytki i ciekawych artystów: Resina, Tenemik, Tymek Papior. Rozmawiamy też o tym, żeby w końcu przekuć muzykę w coś w rodzaju eventu live.
Co do materiału: jest inny od wszystkiego, co wydaliśmy do tej pory. To jeden utwór, który ewoluuje przez 36 minut wokół mutującego arpeggio. Pojawia się Simon Houghton na kontrabasie i wiolonczeli, Gianpaolo Camplese na perkusji, a Jan Wagner gra na wszystkim (śmiech), na syntezatorach, pianinie, basie i nawet śpiewa. A wiersz, który napisałem, cały czas zmienia perspektywę i punkt widzenia, ale pojawia się ten sam temat, tylko przeskalowany i widziany inaczej. Nie mogę się doczekać, żeby się tym podzielić!













Skomentuj