Wpisz i kliknij enter

Boards of Canada – Inferno

Krzysiek Stęplowski: Jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy jedynie gasnącą powoli nadzieję, że BOC kiedykolwiek wróci. Dziś mamy ponad 70 minut nowej muzyki duetu. Najpierw pojawiły się tajemnicze kasety VHS i plakaty. Potem – pierwsze fragmenty. Fragmenty, które w pewnym sensie wprowadziły wszystkich w błąd.

Ujawniony jako pierwszy singiel „Deep Time”, choć wspaniały, okazał się kompletnie niereprezentatywny dla całości. Być może stąd tak wiele podzielonych opinii na temat „Inferno”. No właśnie, jaka jest ta całość?

Michał Wiśniewski: Pierwsza myśl, jaka zrodziła się w mojej głowie podczas przedpremierowego odsłuchu w bemowskiej Winylowej: „Music Has the Right to Children” na sterydach. Sala wypełniona po brzegi ultrasami w ortodoksyjnych koszulkach F.C. BOC, mistyczna atmosfera zbiorowej inicjacji i mocarny soundsystem – to wszystko wybiło intensywność doznań daleko poza skalę.

​Meteorologiczny balon kanadyjskich Szkotów po 13 latach wreszcie wylądował na Błękitnej Planecie. Pytanie tylko: czy to wciąż ta sama Ziemia, która pamięta dziecięce gaworzenia z ich genialnego debiutu?

Krzysiek Stęplowski: Rzeczywistość jest zdecydowanie inna nie tylko gdy porównamy ją z czasami debiutu BOC. Wiele zmieniło się od 2013, czyli od „Tomorrow’s Harvest”. Tamten album przepełniony był pesymizmem. „Inferno”, trochę wbrew samemu tytułowi, miewa zdecydowanie jaśniejsze momenty. Jest tu sporo spirytualizmu, który, być może, ma nam dawać nadzieję. Pytanie tylko, czy nie jest to krytyka naiwności.

Michał Wiśniewski:​”Inferno” idealnie rezonuje z podskórnymi niepokojami i klimatem schyłku cywilizacji, który dziś doskwiera nam znacznie mocniej niż pod koniec lat 90.

Paulina Bijoch: Tytuł zachęca do poszukiwania tropów prowadzących przez kolejne kręgi dantejskiego piekła, ale „Inferno” wydaje mi się albumem bardziej ziemskim niż metafizycznym. Słyszę w nim raczej echo starego chińskiego przekleństwa: „obyś żył w ciekawych czasach”. Muzyka zbudowana z migoczących obrazów pamięci, analogowych szumów i VHS-owych fantomów, układających się w kalejdoskop świata pogrążonego w permanentnym stanie przemiany.

Bartek Woynicz: Podoba mi się zwrot do stylistyki retro, sampli wokalnych, trochę jakby „Inferno” było rewersem debiutu. Płyta jest długa, nie jest w pełni równa (takie np. blado wypadające „Blood in The Labirynth”), ale finalnie mocno się zdziwię jak fani będą narzekać, bo według mnie Szkoci dowieźli, a premiera nowego BoC to dawno nie widziane święto muzyki elektronicznej.

Krzysiek Stęplowski: „Blood in The Labirynth” to jeden z tych momentów, które powodują u mnie głębokie WTF. Naprawdę chciałbym napisać, że jest tu bardzo chwytliwy sitarowy refren, ale potem myślę o poziomie prezentowanym na przykład na „Geogaddi” i trochę jednak opadają ręce, bo „Blood…” kojarzy mi się z jakimś mocno średnim New Age.

Paulina Bijoch: Dla mnie ta płyta naprawdę zaczyna się od „Hydrogen Helium Lithium Leviathan”, chociaż przyznaję, że motyw gotyckich gitar w „Prophecy At 1420 Mhz” nie przeszedł przeze mnie niezauważony i przyjmuję go entuzjastycznie.

Formalnie i brzmieniowo „Inferno” jest opowieścią, która przez ponad połowę czasu pozostaje niezwykle gęsta, mroczna i momentami wręcz dysocjacyjna. Szczególnie zapadają mi w pamięć „Father and Son” z gardłowym pomrukiem, rytualny „Naraka” oraz nieco kliniczny „Memory Death”, w którym uwagę odciąga prozaiczne bzyczenie muchy. Utwory następują po sobie na tyle płynnie, że czasem nie nadążałam rejestrować kiedy poszczególny się kończy i zaczyna kolejny.

Kontrapunktem dla tej gęstości jest „Deep Time”, od którego narracja zaczyna się stopniowo rozjaśniać. Niektóre motywy z poszczególnych utworów odbijają się w kolejnych. W „Arena Americanada” słychać choćby laserunkowy refleks „Deep Time”.

Bartek Woynicz: Nowy album przede wszystkim broni się brzmieniem. Wielowarstwowe faktury, stereofoniczny tetris i aranżacyjne asamblaże do nieskończonego rozkminiania. Czuć, że to nie jest longplay stworzony na „kolanie”.

Krzysiek Stęplowski: Dla mnie ta płyta brzmi zaskakująco, osadzona jest na innych, nowych dla tego projektu fundamentach. Oczywiście – klasyczny, psychodeliczny vibe Boards of Canada jest tutaj obecny, budowany jest jednak za pomocą nowego zestawu środków.

Moim zdaniem BOC zrywa z jednoznacznie analogowym brzmieniem lo-fi. „Inferno” zostawia mocno cyfrowy posmak, pod względem produkcji jest klarowne, przejrzyste, ostre. Pojawia się tu akustyczne instrumentarium, którego wcześniej nikt nie odważyłby się skojarzyć z BOC.

Michał Wiśniewski: Z kolei ambientowe miniatury brzmią tak, jakby powstały w złotych czasach stajni 4AD – i to przy udziale jakiejś mitycznej supergrupy.

​Czasem, co prawda, braciom zdarzy się wpaść na pomysł cokolwiek osobliwy – jak wplecenie w gęstą elektronikę sampla z mantry Hare Kryszna. Może i brzmi to karkołomnie, ale mój debet zaufania do nich ma status „bez limitu”, więc ostatecznie kupuję ten patent bez mrugnięcia okiem.

Krzysiek Stęplowski: Według informacji na okładce „Inferno” to dzieło Mike’a Sandisona. Drugi z braci, Marcus Eoin, pełnił tu bliżej nieokreśloną rolę związaną z obsługą sprzętów, produkcją i sound designem.

Być może Boards of Canada jest obecnie trochę jak Massive Attack, gdzie mamy do czynienia z autorskim projektem Roberta Del Naja. I mam wrażenie, że gdyby „Inferno” wydane zostało jako solowa płyta Sandisona – wszystko byłoby jasne. Tymczasem jako fani Boards of Canada musimy zmierzyć się z dość sporym wyzwaniem.

Paulina Bijoch: „Inferno” wg mnie jest klarowne w brzmieniu, bogate w detale z szeroką dynamiką i wyjątkowo sugestywną teksturą rytmiczną. I niezwykle lubię, że całość urywa się nagle, co może sugerować ze ta historia jeszcze się nie zakończyła…

Michał Wiśniewski: Szkoci doskonale wiedzą, jak wracać z przytupem. Mistrzowsko rozegrali strategię absolutnej tajemnicy, by podkręcić i tak już monstrualny hype. Dziennikarze muzyczni zostali tradycyjnie odcięci od przedpremierowych odsłuchów, ale umówmy się – braciom wolno więcej. Oficjalnie ogłaszam 29 maja dniem Boards of Canada. Szykujcie gramofony, zanim wszystko wokół spłonie.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


5 Komentarzy

  1. I’m happy that it has made people happy, but in my opinion, it’s massively hype over content. It is well made and ‘sounds’ exceptional, but the plodding beats that burden more than 50% of the tracks are just lumbering and boring. There’s so much awesome electronic music around at the moment that’s far more deserving of the hype and fanfare that this has received.

  2. Przesłuchałem trzy razy wszystkie osiemnaście utworów – dla pewności. Przczekałem dzień. Już nie paiętam o co im chodziło.

  3. Dla mnie to jeden z najbardziej oczekiwanych albumów ostatnich kilku lat. W międzyczasie straciłem nadzieję, więc jak tylko gruchnęła wieść zamówiłem płytę i liczę, że dzisiaj, najdalej jutro odsłucham ją. W weekend mając chwilę słabości trochę posłuchałem na steramingu. Pierwsze odczucia są pozytywne, z BoC jednak potrzebuję zawsze większej liczby odsłuchań, żeby wyrobić sobie zdanie.

    1. Moje pierwsze przesłuchanie „Inferno”, w dniu premiery, wywołało we mnie głównie konsternację, złość i rozczarowanie. Po trzynastu – ciągnących się niemiłosiernie – latach czekania dostałem „to”? Ale już drugie odtworzenie (następnego dnia!) okazało się dużo przyjemniejszym wydarzeniem i dało mi sporo uciechy. I z każdym kolejnym jest tylko lepiej; słyszę coraz więcej BoC w (na?) tym albumie. A później przypomniałem sobie że identycznie miałem z „Tomorrow’s Harvest”: pierwszy odsłuch (ten publiczny, w całości) również pozostawił mnie głęboko rozczarowanego i z ogromnym niedosytem. A teraz? Żyć bez niego nie mogę. Dziwne to wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy