Mech – Pearlgraphs
Jarek Szczęsny:

Lepiszcze do związania ze sobą grubych okruchów.

Craven Faults – Erratics & Unconformities
Jarek Szczęsny:

Syntezator modularny poszedł na wędrówkę.

Rhythm Baboon – W-Life
Bartek Woynicz:

Z Chicago do Gdańska.

Algiers – There Is No Year
Bartek Woynicz:

Misophonia, czyli 700 wersów wołania do ściany.

Leandro Fresco & Rafael Anton Irisarri – Una Presencia En La Brisa
Jarek Szczęsny:

Niepewność własnego słuchu.

Flaner Klespoza – Przygody i tajemnice
Jarek Szczęsny:

Debiut podwójny.

Max Andrzejewski’s Hütte – Hütte & Guests Play the Music of Robert Wyatt
Łukasz Komła:

Robert Wyatt na ujazzowionym spacerze.

Fumiya Tanaka – Right Moment
Paweł Gzyl:

Spójna całość zbudowana z kontrastowych elementów.

Król – Nieumiarkowania
Jarek Szczęsny:

Nie chce nam mówić niczego wprost.

Burial – Tunes 2011-2019
Jarek Szczęsny:

Brama do innej rzeczywistości.

Zaumne – Contact
Jarek Szczęsny:

Niezwykła bliskość.

Various Artists – Consortium Vol. 1
Paweł Gzyl:

Z Albanii do Detroit.

ARRM – II
Jarek Szczęsny:

Dzieło spokoju.

Floating Points – Crush
Jarek Szczęsny:

Stare w służbie nowoczesności.



Beirut

Open’er 2016 – relacja

Powracamy jeszcze na chwilę do 15 edycji gdyńskiego festiwalu. Czytaj dalej »

Munma – Three Voices

Tym razem libański twórca muzyki elektronicznej zaprosił do współpracy trzy kobiece głosy. Czytaj dalej »

Bones Trio vs Neumann / Sehnaoui / Thieke / Vorfeld

Izrael kontra Liban i Niemcy. I nie będzie to żaden zbrojny konflikt, ponieważ na Nowej Muzyce artyści w sposób pokojowy „walczą” na dźwięki. Dzisiejsza potyczka odbędzie się pod hasłem: „muzyka improwizowana”. Czytaj dalej »

Open’er Festival 2016

Nie minął tydzień, a AlterArt atakuje kolejnym ogłoszeniem!
Czytaj dalej »

Open’er Festival 2016

Gdyński festiwal wraca z mocnym ogłoszeniem! Czytaj dalej »

Beirut – The Rip Tide

Zach Condon nie może chyba pogodzić się z myślą, iż Beirut kojarzony jest przede wszystkim ze zgrabnie sklejonymi fragmentami bałkańsko brzmiących melodii podanych w przebojowej formie. Jego drugi album studyjny, „The Flying Club Cup”, całkowicie zanurzony we francuskim folku oraz poezji śpiewanej, okazał się udaną ucieczką od tego wizerunku. Na „The Rip Tide” Zach także stara się nie oglądać za siebie, jednak wyraźnie słychać, iż dopadła go zadyszka. I kolka. Bo chyba niemożliwym jest, żeby się przewrócił?

Na „The Rip Tide” brak motywu przewodniego – muzycznego, ale także i fabularnego, przez co utwory pozbawione są wyraźnego rysu nadającego muzyce charakteru. Beirut to przede wszystkim trąbka, akordeon i ukulele wsparte mocarną sekcją dętą, co pozostało bez zmian. Utwory jednak nadzwyczaj szybko wypadają z głowy, nie wabią, nie każą do siebie wracać. Czego jeszcze na tej płycie nie ma? Przepychu aranżacyjnego, napędzającego proste melodie, oraz łatwo wyczuwalnego klimatu miejsc, w których mało kto miał okazję być, ale muzyka Beirut pozwalała je poczuć i dotknąć, zlepiając fragmenty filmów, tudzież obrazów, porozrzucanych w pamięci. To właśnie brak ostatniego z substratów w formule pozbawił zespół egzotyki niespotykanej nigdzie indziej. W zamian Zach nie oferuje nic równocennego – drętwe protoolsowskie klawisze wsparte stukotem perkusjonaliów usłyszeć można na każdej z dzisiejszych produkcji domorosłych muzyków, a jego hipnotyczny, łamiący się dramatycznie głos to już niestety za mało, by zainteresować przez trzydzieści minut.

„The Rip Tide” to podróż ślepą uliczką. Utwory takie, jak „Santa Fe” oraz „East Harlem” dalekie są od latynoskich inspiracji, a szkoda, gdyż muzyka latynoamerykańska byłaby świetnym tematem do interpretacji przez kolektyw Beirut. Oczywiście dalej trudno pomylić ten zespół z jakimkolwiek innym, lecz po dwóch tak dojrzałych albumach od twórczości Zacha Condona powinno wymagać się więcej.

Pompeii Records | 30.08.2011

3/5