SCSI-9 – Squares & Circles
Paweł Gzyl:

Pierwszy nowy album projektu od siedmiu lat.

Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…



Autechre – nasza rozmowa

Jeżeli wiadomość o koncercie Autechre w Polsce wstrząsnęła mną, to co powiedzieć o propozycji wywiadu z Seanem Boothem i Robem Brownem? W pierwszym odruchu pomyślałem, że to zadanie może mnie przerosnąć – po pierwsze mam osobisty stosunek do muzyki duetu, stanowi ona szalenie ważny fundament mojej muzycznej edukacji (w czym zresztą nie jestem odosobniony); po drugie utarło się, że Autechre wykazuje niechętny stosunek do wywiadów i prasy w ogóle. Na szczęście okazało się to przebrzmiałym mitem. Booth i Brown to bardzo rozmowni ludzie: zanim włączyłem dyktafon, rozmawialiśmy ponad dwa kwadranse o śląskim krajobrazie, wnętrzu Galerii Szyb Wilson i ogólnych wrażeniach z pobytu w Polsce, natomiast po zakończeniu oficjalnej rozmowy dialog w dalszym ciągu się toczył, bardzo płynnie zresztą, tyle że na tematy wyjątkowo nieoficjalne. Może zadziałała tu żubrówka, może dobry humor duetu, a może jeszcze coś innego – w każdym razie panowie rozgadali się w najlepsze.

Wielkie dzięki dla jmana, Ani Kopaniarz i całej załogi GSW/Electro w Katowicach za umożliwienie tej rozmowy, sprawną organizację i świetną atmosferę.

Maciek Kaczmarski: Po pierwsze, dzięki za zgodę na wywiad. Od premiery waszej ostatniej płyty minęły trzy lata. Co robiliście w tym czasie?

Sean Booth (SB): Mnóstwo rzeczy. Przeprowadziłem się do Manchasteru i około roku zajęło mi osiedlanie się, powrót do normalności i poważnego komponowania. W międzyczasie sporo koncertowaliśmy i kiedyś zaczęliśmy przygotowywać w studio materiał do grania na żywo, nie do końca wiedząc co się z nim stanie, jak będzie brzmiał. Chcieliśmy mieć wiele wersji utworów, więc stworzyliśmy ich naprawdę dużo. Wersje stopniowo zamieniały się w remiksy, remiksy zamieniały się w nowe kawałki – pracowaliśmy w ten sposób mniej więcej przez rok, a następne pół roku spędziliśmy na ostatecznej obróbce materiału. Wysłaliśmy go do Warpa około sierpnia zeszłego roku. Tak w skrócie wyglądało to, co robiliśmy, oczywiście nie licząc występów na żywo, o czym wie każdy.

Rob Brown (RB): Między dwoma ostatnimi albumami minął trzyletni okres. Po wydaniu „Untitled” na dłuższy czas zawiesiliśmy aktywność, dając nieliczne pojedyncze występy. Tak więc ilość czasu, którą mogliśmy spędzić w studio ze sprzętem i całym oprogramowaniem była nieproporocjonalna do ilości pracy, jaką mogliśmy wykonać otwierając po prostu nasze archiwa i wykorzystując live acty. Musieliśmy jednak zrezygnować z tej drogi, pozbyć się wszelkich gotowych setów i nagrać nowy, tworząc coś, czego wcześniej nie mieliśmy.



SB: Tak, przez ostatni rok w dużej mierze kasowaliśmy to, co nagraliśmy wcześniej, robiąc wszystko od nowa i próbując zarejestrować możliwie najwięcej wersji. Nie martwiąc się, czy będą dobre, czy nie, myśląc po prostu: „Pieprzyć to!”. Mam na myśli to, że jeśli spieprzyliśmy coś podczas nagrywania, nie było z tym problemu – błąd usuwaliśmy później i w ten sposób ciągle poruszaliśmy się do przodu. Mieliśmy mnóstwo materiału, który podczas edycji został rozłożony na poszczególne fragmenty. Wybraliśmy około trzydzieści poszczególnych kawałków, które chcieliśmy dokończyć, po czym trwającą od 30 do 60 minut wersję skracaliśmy do 10-15 minut. Te z kolei edytowaliśmy do poziomu 2-4 minut, tak więc stopniowo otrzymywaliśmy krótsze wersje jednego utworu, do momentu w którym docieraliśmy do właściwego czasu trwania. Cały proces obróbki przypominał tworzenie albumu, posiadał ten specyficzny flow, który jest dla nas bardzo ważny. No i tak to było, tak wyglądały te trzy lata.

„Quaristice” wydaje się różnić od waszych poprzednich płyt pod względem struktury i zasięgu pomysłów. O ile wcześniejsze albumy przypominają niekończące się powieści, ten jest jak zbiór opowiadań, które rozwijają się jak motywy w suicie muzycznej. Co wy na to?
SB: Tak, to brzmi adekwatnie.
RB: Nie powiedziałbym, że aż tak bardzo różni się od tego, co robiliśmy w przeszłości…
SB: (przerywając) Wydaje mi się, że jest na nim wiecej kawałków. (śmiech)
RB: Tak, myślę że na „Quaristice” zachodzi bardziej wyrazisty podział na strefy, w tym sensie, że jeden kawałek wyraźnie się kończy, a drugi wyraźnie zaczyna. W przeszłości nasza muzyka ewoluowała w stronę np. trzech różnych rozdziałów w obrębie jednego utworu, jeśli można tak powiedzieć. W tym wypadku mieliśmy tak wielką ilość materiału, że musieliśmy ociosać go do bardziej dyskretnego poziomu.
SB: Są też dłuższe wersje tych utworów. Tak jak mówiłem, oprócz dłuższych wersji mamy też sporo kawałków, które prawdopodobnie kiedyś opublikujemy. Część z nich trafiła na specjalną edycję CD, ale mamy ich więcej. Mam na myśli specjalne wydanie „Quaristice”.
Które jest już wyprzedane.
SB: Zgadza się, poszło naprawdę szybko. Ale mamy też mnóstwo różnych wersji. Ten album jest dziwny. Mieliśmy tyle materialu i chcieliśmy stworzyć płytę, która będzie długa i zawrze w sobie wiele różnych pomysłów. Mieliśmy sto pomysłów na minutę. To było takie wciągające! Dysponowaliśmy też czasem, by w pełni zgłębić muzykę w studio. Mieliśmy tyle opcji… Wiesz, album mógł być dłuższy. Utwory mogły być dłuższe, ale jesteśmy też nieco ograniczeni do formatu CD. Ale to i tak długa płyta.
RB: Tak, ktoś nawet stwierdził, że jest za długa, bo trwa 75 czy 76 minut.
SB: No tak, jest wyjątkowo długa, ale myślę, że to dobrze. Mi się podoba. Ma swoje tempo i swoją strukturę. Lubię ją o wiele bardziej niż nasz ostatni album.
Czy ciężko jest skończyć zabawę z utworem i nadać mu ostateczny kształt?
SB: Nie, to się po prostu wie. Wiesz, to jak z pisaniem. Jestem pewien, że wiesz, kiedy skończyć akapit, wiesz czy wymaga poprawy, czy wszystko jest w porządku. Działa? Tak, jak najbardziej, więc idziemy dalej.
RB: Tym razem było nieco inaczej. Jeżeli masz pomysł i nagle stwierdzasz, że nie do końca wypełnił on twoją wizję utworu, pozostaje on niedokończony. Ale tym razem zamysł był typu „Chwileczkę, zrobię to inaczej, dodam to, odejmę tamto, zrobię wersję dwunastominutową zamiast jednominutowej”, wiesz, rozwijanie wszystkich tych bogatych pomysłów w rozmaitych kierunkach. Taka idea nie przyświecała nam podczas nagrywania poprzednich albumów, które powiedzmy „ewoluowały”, utwory po prostu rozrastały się od jednego do drugiego, abyśmy mogli osiągnąć określoną satysfakcję z nowopowstałego kawałka. To było podejście, w którym mieliśmy zamierzone intencje odnośnie muzyki, w przeciwieństwie do idei, według której robisz utwór nigdy nie będąc pewnym, czy ostatecznie trafi na album. Utwór, który uderza cię swoim pomysłem i nagle znika. Uważam, że to całkiem pobudzające.
SB: Słucham „Quaristice” i w ostatnich tygodniach ten album przypomina mi coś na kształt snu, w którym jedna rzecz prowadzi do następnej, jeden pokój do zupełnie innego pomieszczenia. Przejście wydaje ci się naturalne, ale oczywiście nie jest, bo nagle znajdujesz się zupełnie gdzie indziej. Mam takie poczucie od jakiegoś czasu i niejako przekłada się ono na ten album. Nie trzeba go słuchać „seryjnie”, w takim sensie, że nie musisz koniecznie pamiętać poprzedniego kawałka i odnosić go do następnego. To chyba jedyna nasza płyta, która ma taki charakter. Myślę, że na poprzednich po prostu zatracałeś się w utworach.
RB: Bo było ich mniej i były dłuższe. (śmiech)
SB: No właśnie, natomiast ten longplay funkcjonuje jako jeden wielki kawałek, w którym jedna partia poprzedza następną. Myślę, że „Quaristice” działa lepiej jako całość niż jako indywidualne fragmenty.
Może stąd moje wrażenie całości, suity.
SB: Zgadzam się z tym. Był taki moment, kiedy rozważaliśmy wydanie płyty z jednym długim utworem, ale to by było trochę, no wiesz, faszystowskie. (śmiech) No i trudne do przebrnięcia, więc daliśmy sobie z tym spokój.
Wasz dziewiąty krążek zbiega się z piętnastym rokiem działalności Autechre. Jakie to uczucie, być w grze już drugą dekadę?
SB: Właściwie takie same jak zawsze. Wiesz, to tak jak gdy patrzysz w lustro, zawsze widzisz tą samą osobę, tyle że nieco zmienioną. Począwszy od roku 1993 nasza muzyka zmieniła się, ale uczucia z nią związane pozostają mniej więcej podobne. Trudno o tym mówić, bo choć minęło wystarczająco dużo czasu, by zrewidować muzykę, którą tworzyliśmy na początku, mam do niej zbyt duży dystans.



Pamiętam wasze słowa dotyczące „Incunabuli” i „Amber”. Zdaje się, że powiedzieliście, iż były kiepskie.
SB: Nie, nie kiepskie. Z producenckiego punktu widzenia są trochę naiwne, ponieważ uważam, że mogły zostać zrobione nieco inaczej, nawet jeżeli wówczas uważałem, że idziemy mocno do przodu. Teraz po prostu więcej wiem. Wiem, że mogliśmy zrobić je trochę lepiej, ale wiem to tylko z dzisiejszego punktu widzenia. Ówczesny „ja” pewnie wdałby się w bójkę z dzisiejszym „ja”, kłócilibyśmy się o koncepcje. (śmiech)
RB: Myślę, że te 15 lat pokazało niesamowity kontrast między naszymi początkami, gdy nie było niemal żadnej reakcji na to, co robimy. Teraz reakcji wydaje się być mnóstwo, płyną z wielu pozytywnych kierunków. To trochę dziwne.
SB: Mam dość osobliwy stosunek do „Incunabuli”. Gdy wysłaliśmy ją do Warpa, była to spora kolekcja różnych kawałków, starych i bardzo zróżnicowanych. Ludzie z wytwórni wybrali kilka z naprawdę wielu i powiedzieli: „Dobra, te trafią na płytę”, ustalili też kolejność utworów. To był chyba bardziej ich album niż nasz, po prostu taka kompilacja, która stała się debiutem. Kiedy przystąpiliśmy do pracy nad „Amber”, byliśmy odpowiedzialni za wszystko, miała to być nasza pierwsza porządnie przemyślana płyta. Kiedy skończyliśmy i przekazaliśmy materiał do Warpa, powiedzieliśmy im: „Proszę bardzo” i to było właściwe, rozumiesz? Do „Incunabuli” zawsze mieliśmy pewien dystans, ale nie określałbym jej jako kiepskiej. „Amber” jest znacznym postępem w stosunku do „Incunabuli”, w pewnym określonym kierunku – delikatnym i jednocześnie bardzo wyrazistym.
RB: „Amber” był zdecydowanym postępem. W dziwny sposób, ponieważ „Incunabula” rzeczywiście była retrospektywnym zbiorem dość starego materiału. Warp miał to wydać i było bardzo prawdopodobne, że wydadzą też następny album. Tym albumem miał być właśnie „Amber”, wiedzieliśmy że prędzej czy później nagramy kolejny krążek, bo byliśmy bardzo płodni. „Incunabula” stanowiła rodzaj połączenia z Warpem, coś w rodzaju „Ojej, mamy te wszystkie pomysły na muzykę i ktoś odczuwa to podobnie, jak my”.
SB: Mieliśmy piracką stację radiową w Manchesterze, w której puszczaliśmy głównie belgijskie techno i happy hardcore. Ale nasza muzyka zaczęła być coraz bardziej elektroniczna, bardziej raveowa. To był dziwny okres. Pracowaliśmy przez dwa lata i to było coś w rodzaju przejścia. Tym właśnie jest „Amber”, przekroczeniem pewnego punktu. To był naprawdę dziwny okres.
RB: Właśnie, w przypadku „Amber” wiedzieliśmy, że do ludzi dotrze coś, co stworzyliśmy od początku do końca z jednym zamysłem, podczas gdy niektóre kawałki z „Incunabuli” powstały w tym samym czasie, co pomysły na utwory raveowe czy hardcorowe.



SB: Po tym było nam łatwiej. Praca nad „Incunabulą” była bardziej stresująca, ponieważ nie mieliśmy pełnej kontroli nad całością, a ludzie z Warpa mieli pełno pomysłów jaka powinna być kolejność utworów i tym podobne. „Amber” to było już coś innego. Myślę, że label zdał sobie sprawę, że lepiej zostawić wszystko w naszych rękach. Wiesz, do „Tri Repetae” nie mieliśmy nawet pełnoprawnej umowy. Technicznie „Amber” jest naszym pierwszym kontraktowym albumem. „Incunabula” wyszła tylko na licencji.
Musieliście doświadczyć nie lada trudności w opisuwaniu swojej muzyki. Osobiście powiedziałbym, że to dźwiękowy odpowiednik kubizmu w rzeźbie, albo coś zupełnie nieopisywalnego. Jak sobie z tym radzicie?
RB: To zależy od rozmówcy, ale zwykle jest to bardzo skomplikowane już u samych podstaw, zwłaszcza jeśli rozmawiasz z kimś, kto nigdy nie słyszał o scenie IDM, elektronice czy jakiegokolwiek terminu obecnie się używa. Nie wiem, najczęściej opisuję naszą muzykę jako w przeważającej części elektroniczną, składającą się z dźwięków typowych dla elektroniki. Czasami bardzo emocjonalną, w dużej mierze opartą na patentach hip-hopowych. Jest w niej też sporo osobowości, jeśli wiesz co mam na myśli.
SB: Mnie jest bardzo trudno ją opisać, nie chcę nawet o niej myśleć w takich kategoriach. Opieram się przed wszelkimi próbami. Kiedy na przykład ktoś, kogo nigdy wcześniej nie spotkałem, pyta jaką muzykę robię, odpowiadam krótko: „techno”, bo myślę, że zrozumie. Poza tym jest to niezły sposób na zakończenie tematu. Nie potrzebuję tego, nie wiem nawet czego potrzebować. I cieszę się, że nie wiem.
Może dlatego niezmiernie rzadko natrafiam na recenzję waszej płyty, która byłaby naprawdę trafna.
SB: Pewnie tak. Bez użycia pewnych oklepanych sentencji jest to niezmiernie trudne.
Więc mówicie, że najlepszą recenzję tworzyłyby trzy proste słowa: „Po prostu posłuchaj”?
SB: Coś w tym rodzaju. Chciałbym, żeby ludzie mogli szybko zrecenzować naszą muzykę we własnych głowach, a potem stanęłyby im mózgi. (śmiech)
RB (ironicznie): „Acha, dobrze! Trzy gwiazdki, zrecenzujmy coś jeszcze” (śmiech). Jezu, gwiazdki są straszne. Metakrytyka.
Zgadzam się. Na szczęście nie muszę ich używać. Powróćmy jeszcze na chwilę do „Quaristice”. Dlaczego faktycznym produktem są pliki FLAC, a nie CD?
SB: Rzeczywiście, to chyba nasza pierwsza płyta, o której powiedziałbym, że wersja FLAC jest właściwym produktem, a kompakt stanowi tylko jego fizyczne wydanie. Tak naprawdę nie przepadam za płytami CD. Jestem pewien, że w przyszłości produkcja kompaktów nie będzie miała sensu i po prostu się skończy. Taniej będzie ściągnąć płytę niż ją kupić. Jeżeli chodzi o wysokiej jakości wydruki w postaci okładek, wkładki… to akurat lubię. Jako dzieciak sam kupowałem płyty, szedłem do domu, słuchałem ich i siedziałem, przeglądając wkładki. Ale w tym samym czasie miałem dziesiątki różnych taśm, które pożyczałem od przyjaciół i które uwielbiałem równie mocno. Te kasety nie miały żadnej oprawy graficznej, oczywiście bardzo chciałem posiadać oryginały, ale nie mogłem ich zdobyć. Nie umniejszało to jednak wartości muzyki. Moim zdaniem, jeśli ktoś w ten sam sposób zdobywa plik komputerowy, jeżeli muzyka w istocie opuszcza wytwórnię – tyle, że jako plik, a nie w postaci CD – no to wiesz… robota skończona, muzyka poszła w eter. Artwork zawsze był dla mnie kwestią drugorzędną. Nie zajmujemy się grafiką, tylko muzyką. Jestem zadowolony, jeśli masz plik, nieważne czy będziesz go słuchał w domu czy w mieście na iPodzie.



Zakładam więc, że wasz pogląd na wymianę plików jest raczej pozytywny?
SB: Nie mam nic przeciwko. To będzie oczywiście nielegalna wymiana plików, ale prawda jest taka, że nie wszyscy mają pieniądze. Nie możemy powstrzymać tych ludzi przed muzyką, nie możemy zmusić ich do niesłuchania. Są też tacy, którzy są gotowi płacić za naszą twórczość, więc tak długo, jak możemy z tego wyżyć… Tak naprawdę nie ma znaczenia czy wydajemy płytę, czy gramy na żywo, dopóty zarabiamy tym na chleb. A koncerty nie są przecież tylko dla nas, są dla wszystkich – wiesz, uczestnictwo w społecznej sieci, przesuwanie muzyki na bardziej społeczny obszar. Dla nas występy na żywo są ważniejsze niż, powiedzmy, 10 lat temu. Właściwie wiele osób, również młodych, zainteresowało się nami dzięki trasom. Moglibyśmy przetrwać tylko dzięki koncertowaniu, nie musimy już nic wydawać i równie dobrze możemy zapomnieć o całej kwestii file sharingu. Oczywiście wolałbym, żeby ludzie cenili naszą pracę, nawet gdyby oznaczało to mniejszą frekwencję na koncertach, ponieważ jest coś przyjemnego w świadomości, że ktoś płaci ci za twoją pracę. Ale na dłuższą metę nie jest to niezbędne do przetrwania.
RB: Myślę, że nawet jeśli skupilibyśmy się głównie na koncertach, nadal wydawalibyśmy płyty, bo jednak czym innym jest słuchanie tej muzyki w domu, a czym innym na żywo.
SB: To właśnie lubię najbardziej, komponowanie w studio, proces tworzenia. Tak więc nawet jeśli nie byłoby możliwości wydawania i zarabiania na tym, nadal siedzielibyśmy w studio, produkując kawałki. Wydawanie dla każdego, nawet dla samych siebie, ma sens. Ciekawe, że ostatnio przeważająca część płyt, które sprzedaliśmy, pochodzi ze sklepów internetowych i ta liczba ciągle rośnie. Nie trzeba używać ekstremalnych środków, by uchronić się przed nielegalnym ściąganiem. Myślę, że ludzie akceptują fakt, że chodzi o muzykę, a nie o fizyczny produkt. Jeśli naprawdę coś chcesz, ściągniesz to. Będę z tobą szczery: tak naprawdę chodzi głównie o wygodę. Nie o cenę, lecz o dostępność. Jeśli udostępnisz coś i będziesz za to pobierał opłaty, zanim stanie się to bezpłatne – nie robisz nic innego, jak sprzedajesz. Jest to, mówiąc dosłownie, przypadek konsumenta i jego podejścia w ocenie, czy też w wycenie produktu. Ale to się chyba zmienia. Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, uważam, że byłoby lepiej gdyby nie było CD i gdyby wszyscy po prostu ściągali muzykę, wykorzystując zdecydowanie mniejszą ilość energii. W ten sposób zapobiegłoby się też wydawaniu wielu gówien. Artyści mogliby zarabiać na sprzedaży internetowej zamiast martwić się o pieprzoną płytę CD. W ten sposób nie musieliby się aż tak bardzo promować i wykorzystać ten czas na koncertowanie czy nagrywanie. To oczywiste, że taki sposób byłby lepszy.
Wasze dzieła zainspirowały całe pokolenie artystów. Jakie to uczucie, wiedzieć że wywarło się taki wpływ na kształtowanie innych?
SB: Chyba przyjemne. To mi schlebia, zresztą trudno nie czuć się mile połechtanym taką świadomością.
RB: To niesamowite, że minęło już tyle czasu, od kiedy zaczęliśmy. Robimy muzykę już drugie czy trzecie pokolenie. Wpływ na innych… Nadal dość ciężko to zmierzyć. Dla mnie zawsze było to bardzo osobiste, dowiedzieć się, że jest dużo ludzi, którzy rozumują w podobny sposób. To bardzo miłe. Nie powiedziałbym, że mi to schlebia, ale cieszę się, że to po prostu działa dla pewnych ludzi w różnych miejscach świata, to co stworzyliśmy na własnym podwórku. Zabawne, bo wracamy do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, o naszych początkach. Sporo dzieciaków robiło muzykę w tamtych czasach, tyle że większość z nich nie dotrwała do etapu pojawienia się w studio, czy to radiowym, czy nagraniowym.
SB: Dokładnie. Nie byliśmy jedynymi ludźmi produkującymi elektronikę we własnych sypialniach. Była cała masa ludzi, którzy się tym zajmowali, nam po prostu zajęło trochę czasu, by nasza muzyka stała się czymś konkretnym. A kiedy tak się w końcu stało, całkowicie ją odrzucono, bo każdy robił własne rzeczy i chciał się wybić. Myślę, że wtedy było łatwiej. Teraz, jeżeli chcesz wypłynąć na robieniu elektroniki, przygotuj się na koszmar.
RB: Scena jest już jakby ustanowiona, prawda? Dziwna sytuacja.
SB: Czasem jest to kwestia wyczucia czasu. Byliśmy po prostu we właściwym miejscu o właściwej porze. Sądzę, że gdybyśmy pojawili się dzisiaj, byłoby o wiele ciężej, nawet gdybyśmy byli absolutnymi pionierami. Wydaje mi się, że dostępność technologii była jednym z powodów, dla których ta muzyka była tak wszechobecna gdy zaczynaliśmy. Wtedy scena techno była naprawdę ogromna. Sprzęt był na tyle tani, że ludzie mogli nagrywać w domu. Kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy poczucia, że różnimy się od tych wszystkich ludzi, którzy nas poprzedzali, a przecież były to całe dzięsięciolecia producentów. Dopiero teraz, gdy ludzie patrzą wstecz, widzą naszą muzykę jako swoistą „księgę rodzaju”, punkt wyjścia. Wiesz, minęło 15 lat, a ona nadal zdaje się wywierać spory wpływ. Ale my nie postrzegamy tego w ten sposób. Moim zdaniem jesteśmy po prostu małą częścią ogromnego rodu muzyków elektronicznych. To właśnie ten ród jest inspirujący, a my się na niego załapaliśmy. Nie byliśmy pierwsi. Jeśli ktoś był, to prawdopodobnie Kraftwerk.
Ale to wie każdy.
SB: No tak, ale było też wczesne Human League i oni też mocno wpłynęli na Kraftwerk. Słyszałeś Kraftwerk przed płytą „Computer World”?
Pewnie.
SB: W takim razie wiesz, że byli raczej sztywni. I nagle pojawia się Human League, którzy są zdecydowanie bardziej funkowi. Zaraz później wychodzi „Computer World” i jest to swobodny kraftwerkowy funk. To zresztą genialny album, jeden z najwspanialszych jakie kiedykolwiek stworzono. Każdy powinien dążyć do takiego standardu, do takiego poziomu. Chciałbym, żeby każda płyta była tak starannie przemyślana i wyprodukowana. To byli niebywali producenci.
Trudno się z tym nie zgodzić. Wróćmy jednak do występów na żywo. Dlaczego gracie w ciemnościach?



SB: To sprawia, że dźwięk staje się bardziej intensywny. Dźwięk staję się wszystkim, co postrzegasz. Im bardziej możemy się do tego zbliżyć, tym szczęśliwsi jesteśmy, bo my po prostu tworzymy dźwięki. Lubię ciemne miejsca, w których leci muzyka. To przenosi cię w zupełnie inne miejsce, muzyka staje się przestrzenią i otacza cię zewsząd.

Znam to uczucie.

SB: W występach na żywo nie chodzi o światło i scenę. Zwykłem chodzić do klubów, w których panował całkowity mrok, w pomieszczeniu znajdowały się tylko głośniki. To było trochę podobne do tego miejsca, w którym obecnie przebywamy. Kiedy miałem 16 lat to były jedyne lokale, do których mogliśmy chodzić i zawsze były skąpane w ciemnościach. Kwas, czysty kwas. Godzina za godziną niczym na kwasie – ciągle zmieniający się dźwięk, który po czasie mogłeś niemalże zobaczyć.
RB: Bez świateł jest bardziej, powiedzmy, „filmowo”. W kinach jest ciemno i to stwarza pewien intymny nastrój. Na koncertach naturalnym jest, że ludzie stoją frontem do sceny, niezależnie od umiejscowienia głośników, tak jakby czegoś szukali. Chodzi o to, że jeśli damy im najmniejszą rzecz, która odciągnie ich od muzyki, to w naszym odczuciu cała idea grania na żywo zostanie zrujnowana. To już zupełnie inna twórczość.
SB: Wiesz, uważam po prostu że oglądanie nas, jak obsługujemy sprzęt, jest zdecydowanie mniej interesujące niż słuchanie naszej muzyki. (śmiech)
To bardzo skromne z waszej strony
SB: Chciałbym. (śmiech)
Interesujecie się innymi formami sztuki?

SB: Oglądam mnóstwo filmów. Jestem wielkim fanem Tarkowskiego i Eisensteina. Lubię też niektóre filmy Francois Truffauta. I dużo science-fiction z lat 70., na którym się wychowałem. Również David Lynch, David Cronenberg.

Kiedyś myślałem, że wasza muzyka pasowałaby do „Blade Runnera”.

RB: Vangelis jest lepszy, jest rewelacyjny.

SB: Bardzo byśmy chcieli zrobić soundtrack do filmu z takim budżetem. Ale kto dziś robi takie filmy? Czy w ciągu ostatnich 20 lat widziałeś film, który wygląda tak doskonale?

Niewiele, a jeśli już – prawie wszystkie z nich garściami czerpią z „Blade Runnera”.

SB: O to mi właśnie chodzi. Sposób, w jaki Scott pokazał to wszystko… No dobra, jedyna rzecz, jaka mi teraz nie pasuje, to fakt, że scenografia ulic wygląda gorzej. W latach 80. wyglądała oczywiście lepiej. Ale wnętrza, budynek Tyrella, mieszkanie Deckarda – to jest wprost niesamowite. Perfekcyjne! „Alien” też jest bardzo dobrym filmem. Oczywiście ma bardzo naiwne momenty, ale i tak jest znakomity.

RB: To ironia, że wszystkie te filmy robiono w czasach VHS i taśmy filmowej, a teraz wszystko jest dostępne na DVD. Filmy stają się coraz czystsze pod względem wizualnym, chociażby „Alien”. A ja widziałem ten film na kasecie, jako dzieciak. Towarzyszyła temu jakaś tajemnica, a teraz kupujesz DVD i masz wymuskaną wersję filmu, na której widzisz niemal każdy element scenografii. To trochę smutne, ale „Blade Runner” nadal ma w sobie magię, której nie da się zważyć ani zmierzyć.

SB: O, „Inland Empire” jest zajebiście niesamowite.

I zajebiście przerażające.

SB: I to jak! Również cholernie głębokie, pokręcone i trudne do rozgryzienia. Atmosfera jest po prostu niewiarygodna, ta pierwsza scena, w której kobieta rozmawia z mężczyzną… Mistrzostwo. Co najbardziej cenię u Lyncha, to jego zastosowanie spowolnień. Ujęcia w jego filmach są naprawdę powolne. Jak na standardy Hollywood jest to coś zupełnie wyjątkowego. Zresztą Lynch jest niezależnym reżyserem, a nie pieprzonym rzemieślnikiem z fabryki snów, zresztą w jego filmach widać, co wie o Hollywood i co sądzi o tym środowisku. To geniusz. Najlepsza rzecz to właśnie tempo jego filmów, użycie dźwięków, produkcja. Facet dysponuje powolnymi ujęciami i szybkimi ujęciami i dobrze wie jak dzięki nim kontrolować widza. To nie polega na tym, że zrozumiesz to, co oglądasz. Przyznam, że jest to ten poziom manipulacji, który niesie ze sobą pokaźną dawkę ambiwalencji. Ale nawet mimo tego, uczucie towarzyszące oglądaniu jego filmów jest cholernie dobre. Oglądasz, doznajesz tego uczucia i myślisz: „Mój Boże, przecież to jest kurewsko genialne!”. Nie wiesz, co to jest, nie wiesz dlaczego, myślisz po prostu: „Ja pierdolę!”. Tak, Lynch jest wielki i bardzo inspirujący.

A co z książkami?

SB: Przez lata czytałem tylko Philipa K. Dicka, kojarzysz go?

To mój ulubiony pisarz.

SB: To może nie jest najlepszy pisarz pod względem warsztatu, ale w niesamowity sposób potrafi sprawić, że fabuła wydaje ci się rzeczywista. Wszystkie dziwne rzeczy, które spotykają bohaterów jego książek wydają się szalenie prawdziwe.

RB: Tak jakby sposób jego myślenia był sposobem twojego myślenia. Jakby używał twoich oczu do patrzenia. Wydaje mi się, że jego książki są bardzo obrazowe.

SB: Uwielbiam pomysły Dicka. Jego opowiadania sa niewiarygodne, dosłownie w każdym z nich jest jakiś genialny pomysł. Może to trochę dziwne, ale co naprawdę cenię w jego twórczości, to sposób, w jaki każe bohaterom radzić sobie z tymi wszystkimi wydarzeniami, które ich spotykają. Bardzo ludzki, pełen ciepła sposób. Z pewnością jest to projekcja czasów i miejsca, w którym wówczas żył Dick, Kalifornii. To musiało być naprawdę dziwne uczucie, być otoczonym przez ten sztuczny świat, który skomercjalizował się w zupełnie plastikowy sposób. Dick na pewno czuł się przez to wyobcowany.



Też tak sądzę, był skrajnie wrażliwym człowiekiem. Widzieliście ekranizację „Przez ciemne zwierciadło”?

SB: Czytałem książkę i oglądałem film, ale nie podobał mi się. Kombinezon zakłócający był totalnie spieprzony! W książce było tak, że nie mogłeś zapamiętać twarzy albo twarz była nie do opisania, co jest świetnym pomysłem. Dlaczego w filmie zrobili to gówno, które zmieniało twarze? Aktorstwo było w porządku, fabuła mniej więcej taka jak w książce. Chyba jednak mniej, bo film nie skupia się na szaleństwie Arctora, a powinien, bo przecież w książce chodzi głównie o jego popadanie w szaleństwo.

Książka jest bezbłędna, wraz z „VALIS” chyba moja ulubiona tego autora.

SB: Ja najbardziej cenię „Ubika”.

RB: O czym to było?

SB: No wiesz, o tym jak… Mówiąc ogólnie, o Bogu. Jest pewna grupa ludzi, którzy nie wiedzą czym jest „Ubik”, nie wiedzą też, czy znajdują się w prawdziwym świecie, bo pewna dziewczyna zdaje się sabotować ich umysły. Ale w końcu odkrywają, że to nie dziewczyna, tylko jeden z telepatów, który śpi w moratorium. Tworzy on fałszywe rzeczywistości, które po czasie ulegają rozpadowi. Bohaterowie są uwięzieni w świecie, w którym wszystko się starzeje i niszczeje.

RB: Już kojarzę.
Dick pisze po prostu o naszym świecie, tyle że w nieco groteskowej, uwypuklonej manierze.
SB: Zgadzam się, to jest cholernie aktualne. Dick był wizjonerem. Jednak nie czytam zbyt wiele science-fiction. Zwykle czytam książki naukowe. Jest pewien facet, który pisze o teorii czasu i przestrzeni. To obszerne książki, ale bardzo interesujące. Chodzi o to, że jeśli człowiek przeżywa doświadczenie śmierci, podczas którego czas staje w miejscu, albo jeśli życie przesuwa mu się przed oczami, to w istocie jest to prawdziwe doświadczenie. W tym sensie, że odzwierciedla twoją świadomość wszechświata z pewnego punktu widzenia. Istnieje hipoteza, że jeśli pobudzi się mózg chemicznie, w jednej chwili można doświadczyć czasu w całej jego rozciągłości.
Chodzi o życie jednostkowe i gatunkowe, o to, że ontogeneza powtarza filogenezę?
SB: W pewnym sensie tak. Ale czym jest ontogeneza, jeśli nie obserwowaniem tego, co dzieje się teraz? Ja mówię o tym, że nasze doświadczenie czasu zależy od stanu, w jakim znajduje się mózg. Normalnie postrzegamy czas w sposób linearny. Ale jeśli na przykład weźmiesz odpowiednie środki, takie jak LSD czy grzyby halucynogenne, czas staje, albo doświadczasz go w pełni, albo nawet doświadczasz całej przestrzeni w jednej chwili. Ta teoria mówi, że naprawdę doświadczasz tego, co nazywamy wszechświatem, tyle że inną drogą.
Starożytni kapłani i szamani od zarania dziejów używali psychoaktywnych roślin, bo wierzyli, że pomaga im to w przekroczeniu granicy czasu i przestrzeni.
SB: No właśnie. Jest też książka zatytułowana „Psychodeliczna podróż w czasie”. Żebyśmy się zrozumieli: nie czytam tego, bo w to wierzę, tylko dlatego, że jest to zdecydowanie ciekawsze od fikcji. Ciężka rzecz. Lubię czytać naukowe książki, które są podparte jakimiś badaniami i które są szczególnie pokręcone, a czasami wręcz niemożliwe do wyobrażenia. Odczuwam satysfakcję podczas czytania takich rzeczy. Podoba mi się fakt, że to nie są tylko hipotezy, bo z naukowego czy matematycznego punktu widzenia mają sens.
Kiedy wspomnieliście o narkotykach, przypomniały mi się wasze słowa sprzed lat. Otóż powiedzieliście, że odbiór muzyki Autechre w dużej mierze zależy od używki, pod wpływem której znajduje się słuchacz. To było poważne stwierdzenie?
SB: (śmiech) Tak, było całkiem poważne. Zresztą to dotyczy każdej muzyki, nie tylko naszej. Lubię pewien rodzaj narkotyków, lubię słuchać muzyki będąc pod wpływem określonych używek. To trochę niestosowne, bo to jedna z tych rzeczy, o których nie powinieneś mówić w wywiadach, zwłaszcza w prasie międzynarodowej. Z drugiej strony jest to coś, co naprawdę lubię.
Bill Hicks zwykł mawiać, że jeśli ktoś uważa, że narkotyki nie spełniły żadnej pozytywnej roli, powinien natychmiast spalić większość swoich ulubionych płyt i książek, ponieważ ich autorzy byli na haju.
SB: Haha, rzeczywiście. Bill Hicks to legenda. Bardzo miły człowiek, żaden megaloman, tylko ktoś z kim można było normalnie pogadać. Większość komików nie jest zbyt miła. Bardzo lubię Hicksa. Miał rację, to jest kwestia osobistego wyboru. Wiesz, wierzę w wolność poznawczą. Ode mnie zależy, jak działa mój mózg. To, co jem i piję, determinuje zachowanie mojego mózgu, tak samo jak miejsce mojego zamieszkania a nawet umiejscowienie okna czy drzwi w moim pokoju. To wszystko ma na mnie wpływ i biorę to pod uwagę, więc traktuję narkotyki w ten sam sposób – jako czynnik środowiskowy, który mogę wybrać lub nie. Zależy to tylko i wyłącznie ode mnie. Wiesz, gdyby rząd kazał mi płacić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne z tego powodu, zrobiłbym to. Ale musi to być mój wybór.
Dlaczego zgadzacie się na wywiad? Nie łatwiej byłoby pozwolić muzyce mówić samej za siebie i odmawiać mówienia o niej, tak jak to robi choćby kolektyw Basic Channel?
SB: Nie widzę sensu w odmawianiu. Nie mam nic do ukrycia. Cieszę się, że mogę mówić o tym, co robię. Zresztą, bez względu na to, jak wiele o tym mówię, nigdy niczego nie zdradzę. To, co powiem, nie sprawi że łatwiej będzie zrozumieć naszą muzykę. Jeśli tak, to mamy problem, bo nie powinniśmy tego nikomu tłumaczyć. Myślę, że udzielając wywiadów po prostu dajemy znać ludziom, że właśnie wydaliśmy płytę i może ktoś chciałby jej posłuchać. Dlatego to robimy. Ale z drugiej strony nie mam nic przeciwko rozmowom. Kiedyś ich nie lubiłem, wydawało mi się, że nie jestem najlepszym rozmówcą. Ale to nieprawda. Czasami wywiady są naprawdę przyjemne, na przykład nasza rozmowa jest bardzo fajna, wiesz o co mi chodzi? Naprawdę dobrze się bawię.
Miło mi to słyszeć.



SB: Niektóre wywiady są w porządku, inne nie. Cały dzień rozmowy to trochę za dużo, ale pod koniec takiego dnia uświadamiamy sobie, że opowiedzieliśmy ludziom o swojej muzyce, a to też ważne. Chcemy nią zaintersować jak najwięcej osób, jest to też pewna forma reklamy. Chcemy przekazać ludziom informację o istnieniu naszej muzyki, dlatego udzielamy wywiadów.
RB: Niestety, albo i stety – zależy jak na to spojrzeć – spotykasz bardzo wielu różnych ludzi. W sensie muzycznym Polska jest najbardziej odległym krajem, w jakim byliśmy od bardzo dawna. Ale to jest coś, co i tak chcemy robić, wymieniać wrażenia z innymi.
SB: Nie udzielamy wywiadów na każde zawołanie, nie zgadzamy się na wszystkie. Ale kiedy trzy dni temu dowiedziałem się, że w Polsce będzie ktoś, kto chce z nami rozmawiać, zgodziłem się niemal natychmiast, ponieważ Rob i ja nigdy nie mieliśmy żadnej akcji prasowej w Polsce. No, może kiedyś, raz czy dwa. Stwierdziłem, że zdecydowanie powinniśmy to zrobić. Wiesz, czasem robimy dość komercyjne rzeczy, aby zwrócić uwagę pewnej liczby ludzi. Dla nas to chyba nie ma aż takiego znaczenia, ile mówimy. Może Autechre też nie ma zbyt wielkiego sensu?
Co masz na myśli?
SB: (chwila namysłu) Chodzi o to, że… Chyba nie da się tego wytłumaczyć. Robimy muzykę, bo kochamy to robić i nie obawiam się do tego przyznać. Taki jest chyba cel robienia wywiadów, mówienie o tym. W przeciwnym wypadku ludzie pomyśleliby, że jesteśmy jakimiś szalonymi naukowcami. (śmiech)
Z pewnością jesteście trochę szaleni. Czy w takim razie wyjawicie, czy mieliście cokolwiek wspólnego z ubiegłoroczną płytą „A1-D1” projektu Gescom?
SB: Troszeczkę.
I to pewnie wszystko, co macie do powiedzenia na ten temat?
RB: Zgadza się. (śmiech)
Powoli zbliżamy się do końca. Powiedzcie, co wiecie o Polsce, czego oczekiwaliście?
SB: Spodziewałem się, że będzie chłodniej. Właściwie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Może biedy, bo teraz na Wyspach pracuje mnóstwo Polaków, więc pomyślałem, że może wasz kraj jest biedny? Mam bardzo ograniczoną wiedzę, nie licząc oczywiście lekcji historii, które mieliśmy w szkole – na szczęście! Wiem bardzo niewiele o Polsce, tylko tyle, co działo się podczas wojny i trochę o tym, co było później.
RB: Londyn jest niejako zdominowany przez Polaków, spotyka się ich na każdym kroku. Moje wrażenie jest takie, że jesteście bardzo rozsądni, wrażliwi i macie silne charaktery. Nie mam zbyt patriotycznego usposobienia, ale rozpoznaję pewne narodowe cechy, więc jeśli ktoś mówi mi, że Polacy są przyjaźni, mili i ciężko pracują, wierzę w to do pewnego stopnia. Ciężko o ogólne stwierdzenia, ale moje pierwsze wrażenie dotyczące tego miejsca było takie, że spotkam po prostu ludzi pracujących, żyjących z dnia na dzień. Jest coś bardzo egzotycznego i sympatycznego w Polakach, co może ma związek z waszą historią. Może jesteście bardziej tolerancyjni i otwarci. Polacy są chyba również bardzo religijni?
Powiedzmy.
SB: Mieszkam w Prestwitch (dzielnica Manchesteru – przyp. red.) i jest tam spora populacja Polaków i… nic o nich nie wiem. (śmiech) Najwidoczniej bardzo wyciszeni ludzie. Ja sam mam w sobie domieszkę polskiej krwi ze strony ojca, trzy lub cztery pokolenia wstecz.



A to dobre!
RB: W moim wypadku Polska w pełni spełnia wizję miejsca, w którym wcześniej nie byłem. Jestem pod wrażeniem przemysłowego krajobrazu i wielkości tej hali, w której będziemy dziś grać. To mi przypomina naszą pierwszą podróż do Skandynawii, gdzie graliśmy w jakimś starym, opuszczonym magazynie i czuliśmy się jakbyśmy byli na totalnym odludziu.
Polski krajobraz jest bardzo zróżnicowany, Śląsk to tylko wycinek.
SB: Domyślam się. Chciałbym mieć więcej czasu, by tu zostać. Polska wydaje się szalenie interesująca, zresztą bardzo się cieszyliśmy na przyjazd do was. Może chodzi o waszą historię, która naprawdę mnie intryguje, a może o to, że to nasz pierwszy pobyt tutaj. Właściwie, będąc w tym wieku, wolałbym grać tutaj niż gdziekolwiek indziej, bo to jest ta część świata, o której nie wiem zbyt wiele. Lubimy podróżować do nowych miejsc. Lubimy grać każdego wieczoru, bo nie chcemy wypaść z koncertowego rytmu.
RB: Rzeczywiście, tylko że kryje się w tym pewna doza ironii: im więcej koncertów grasz, tym mniej masz czasu na zwiedzenie miejsca, w którym przebywasz. Ale to nasz wybór. Staramy się, żeby nasz pobyt był na tyle obszerny, na ile to możliwe. Kiedyś nie uważaliśmy się za specjalnie koncertowy zespół. Oczywiście, sporo koncertowaliśmy, ale raczej uważaliśmy się za zespół studyjny. Tournee było domeną grup rockowych, rocknrollowych. Teraz jest inaczej, łatwiej. Mamy menażera trasy, który specjalizuje się w elektronice (Mark Parsons, jest m.in. menażerem Squarepushera – przyp. red.), mamy inżyniera dźwięku… Gdy zaczynaliśmy, takie osoby nie istniały.
Cieszę się zatem, że istnieją. Jeszcze raz dziękuję za otwartość i życzę wam satysfakcjonującego koncertu. Polscy fani potrafią być bardzo wdzięczni i żywiołowi.
SB: Dzięki, mamy nadzieję, że wszystko wypadnie dobrze.

rozmawiał: Maciek Kaczmarski
Więcej zdjęć z koncertu na stronach serwisu Clubbing.slask.pl – galeria 1, galeria 2

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 27

  1. gość

    Prawidłowy tytuł płyty brzmi Untilted a nie Untitled.

  2. miko

    przefajny wywiad. co prawda ominalem troche fragmenty o Dicku, lecz reszta swietna. widac ze sie otworzyli- gratuluje!

  3. issi

    Dobry wywiad, nie przejmuj się krytycznymi uwagami (to prawdziwie polska cecha). Chłopaki całkiem rozsądni, to żadkość dla kogoś, kto za życia staje się klasyką. Pozdr..

  4. Krzysiek

    nowotwórcza new age? odczucia z koncertów? chodzi o młodych polskich muzyków?

  5. kaka

    Ad. zadufanie to moim zdaniem niestety prawda i nie chodzi mi o MK tylko pewną grupę nowomuzyczną a raczej nowotwórczą new age itd…
    Nie kieruje tego do konkretnych osób tylko piszę o odczuciach z koncertów , imprez itd.
    Niestety no każdy na swój sposób czuję się wyjątkowy, żeby nie powiedzieć lepszy . Lecz to jest chyba całkiem normalna rzecz u ludzi kreatywnych, dorównujących tempem procesorom 2-rdzeniowym?
    Dobrze sobie czasami uświadomić że wcale tacy fajni i madrzy nie jestescie. Tak w morde samemy sobie strzelić
    pozdrawiam 🙂
    równiez momentami zadufany moralizator Marek
    …fajny wywiad

  6. Admin

    Koniec dyskusji. W razie personalnych uwag wobec mnie czy autora – zapraszam na priv. I pozdrawiam! 🙂

  7. Admin

    Jak widzisz wyczyściłem nie tylko Twoje wypowiedzi. Możesz też być pewien, że w sytuacji, w której ktoś anonimowo atakuje personalnie dziennikarza, admin będzie stawał po stronie tego ostatniego. To wszystko, co miałem do powiedzenia. Twoje zdanie znam, dyskusję uznaję za zakończoną. Pozdro.

  8. fufe

    adminie, badz wiec fair i skieruj to samo do autora artykulu anie tylko do mnie.

  9. Admin

    fufe, rozmowa zeszła na teren prywatny. Jeśli chcesz powiedzieć autorowi co o nim myślisz, to proponuję spotkać się z nim w realu. Tu, na publicznym forum, niewielu to interesuje – zapewniam. Od zawsze powtarzam, że będę kasował wszelkie osobiste wycieczki. I będę konsekwentny, nie ma przebacz 🙂

  10. kajuga

    Świetny wywiad, to powaznie najlepszy wywiad z AE jaki przeczytałem, a troche ich było. Nie jest to kolejna rozmowa przeprowadzana na kolanach przed Bogami Elektroniki, a miła pogawędka z dwoma zwykłymi gośćmi, którzy tworzą boską muzykę. pozdro!

  11. laudia

    Ten Booth nie dość że przystojny, to jeszcze ma fajne poczucie humoru. Baaardzo sympatycznie się czytało – gratuluje! i pozdrawiam.

  12. Aes

    Mnie nieco draznilo to ciagle odplywanie w krainy slodkiej dygresji, hehe. 🙂 Ale to tylko nadaje wywiadowi wyjatkowosci. Fani Ae z innych krajow winni nam zazdroscic. 😉

  13. autor

    ależ ja nie odebrałem tego jako personalnego ataku, po prostu odpisałem na twoje zarzuty. to raczej twój ton jest osobisty, powiedziałbym nawet że trochę agresywny i oceniający (egzaltowany ton, pseudofilozofowanie, na medal, no kapitalne :)). ale nie mam z tym problemu, bo mnie to po prostu ni dotyka. z jednym się jednak zgodzę – zazdrość zdaje się być tu kluczowym słowem… pozdrawiam, bez odbioru.

  14. fufe

    autor: jak widzisz nie musze cie znac zeby przewidziec reakcje – osobiste pojmowanie krytyki na poziomie personalnego ataku zamiast merytoryki dojrzalosci ktora nie pozwolilaby ci odbijac pileczki na zasadzie kopiowania i odbijania textu w moja strone – nie na tym polega dojrzalosc ktora wolalbym widziec ale trudno sie mowi – chiciaz tutaj spisales sie na medal i inaczej niz zwykle nie wpadles w egzaltowany ton mlodego filozofa – mysle ze to ae nas laczy (bo tez podrozoje z nimi od 15 lat, od incunabuli wlacznie) a nie roznice programowe dziela.zakres merytoryczny bardzo na poziomie, choc przy tylu wywiadach trudno uniknac pytan ktore sie powtarzaja, ale ja z wywiadu jestem zadowolony – uniknalbym tylko, jak juz pisalem, pseudo-filozofowania o ubikach i basic channel – niektorzy poszli krok dalej i z tradycji wyszli poza ramy sztywnego pojmowania muzyki jako swiat po i przed , ale rozumiem tez naturalny przeplyw mysli jaki wytworzyl sie pomiedzy rozmowcami – nie bede ukrywal ze zazdroszcze takich rozmow. oby wiecej dla ciebie macku do przeprowadzania a dl amnie do czytania, nawet pomimo imho niedociagniec czy malych rzeczy ktore mi przeszkadzaja. ps. zubrowka jest niedobra niezaleznie w jakim towarzystwie by sie je nie dojrzewalo . lepszy krupnik 🙂 pozdrawiam.

  15. cetoslava

    @fufe: ale ze co, nie odpowiada ci luzna forma wywiadu czy nie lubisz autora? 😉

    jestem zdania ze jesli chodzi o forme to ta luznosc ma wiele zalet. inaczej ciezko by bylo wyciagnac tyle ciekawych informacji. odmiennie niz ty spostrzegam intencje autora, a i zakres merytoryczny tekstu przez forme wlasnie jest naprawde oryginalny.

  16. autor

    dzięki wszystkim za komentarze, odpowiadam też na wezwanie do tablicy przez fufe: znając mój charakter? musimy się znać kupę czasu w rzeczywistości, skoro tak mówisz. ale spoko, każdy ma w sobie coś z psychologa. rzekomy bałwochwalczy opis miał tylko podkreślić luz i rozmowność ae. gratuluję zatem dwaplusdobrego wzroku (tzn. dostrzegania czegoś, czego tam nie ma.) pozdrawiam i również życzę mniej siebie. w ogóle. p.s. żubrówki nie piłem, byłem na służbie, bo wiesz, staram się być dojrzały. 🙂

  17. fufe

    ciekawy wywiad ale znajac chrakter autora ktory niczym mlody kogut zacietrzewia sie gdy tylko uslyszy krytyke powiem tylko ze czesc pytan tracila maniera, podobnie jak sposob ich zadawania – nie znam tez angielskiej wersjii i nie wiem jak wierne jest tlumaczenie.dzis w modzie jest zubrowka jak widac, byc moze to synonim bycia kool, ale jej brak (przynajmniej w balwochwalczych opisach typu po zakończeniu oficjalnej rozmowy dialog w dalszym ciągu się toczył, bardzo płynnie zresztą, tyle że na tematy wyjątkowo nieoficjaln ktory nie wiem co ma mi pokazac ) swiadczylby o wiekszej dojrzalosci. mnie interesuje autechre jako zjawisko, a nie co najbardziej lubi fan blade runnera, co tez jest w modzie szczegolnie po tym jak wznowiona wersja spowodowala pojawienie sie mega-fanow jak grzybow po deszczu 🙂 macku – dobra robota i dzieki za trud, wywiad ciekawy i przyjemnie sie czyta – ale nastepnym razem wiecej dysnansu i mniej siebie dookola. pozdrawiam.

  18. ElectroMuss

    Przeczytałem z zainteresowaniem, ciekawa lektura. Dzięki za ten wywiad.

  19. nie

    komunikacja miejska i regionalna oraz opieka zdrowotna – niezależnie od tego, co zarzucam powinny byc bezpłatne.
    Bardzo udany wywiad!

  20. aha

    K3 pięknie przedstawił, jak Aes się zdarza 12k o ile, swoimi oczami, pomyślałem, że udajesz, chociaż zdarzają się wspomnienia o śmierci CHYBA

  21. paide

    Maćku brawo! Świetny różnorodny klimat wywiadu. Ich odpowiedzi usatysfakcjonowały mnie bardziej niż muzyka z Q. A tak poza tym to text Hicksa nieodzownie kojarzy mi się z numerem Toola z Aenimy ;d. Pozdrawiam!

  22. more

    Tak, artykuł jest długi i także poczułem się zniechęcony, ale wciągnął mnie na maxa… niestety do końca mych dni będę żałował nieobecności na koncercie… Dziękuję za wyczerpujący wywiad, który niemało mnie zaskoczył – pozytywnie!
    Subiektywnie uważam dosyć opozycyjnie do AE, że płyta Amber jest najlepszym ich tworem. Uwielbiam także Untilted… po odsłuchaniu Quaristice pomyślałem, iż sporo jest takiej muzy na majspejsie… chodzi mi o jej brzmienie i styl, odmienny wg. mnie od wcześniejszych produkcji. Muszę się przekonać do tej płyty… bo wolałem jak kolejne utwory opowiadały nadejście następnych:) a na nowym CD brakuje mi tego, ale może to i dobrze?? Różnorodnie jest, może nazbyt różnorodnie… czas pokaże czy się wkręcę:)

  23. daimanion

    czytałem kiedyś recenzję płyty draft 7.30 na stronie pewnego niezależnego serwisu muzycznego…i recenzent napisał że ta płyta za każdym razem powie ci spierdalaj. W kontekście tego wywiadu brzmi to śmiesznie, ci kolesie są bardzo fajni i bardzo pozytywni, zreszta rozmawialiśmy z seanem w elektro, same miłe wspomnienia, a spierdalaj to mi może powiedzieć muzyka choćby naszego rodzimego behemotha 🙂

  24. cetoslava

    swietny wywiad. rowniez z poczatku dlugosc mnie przerazila, ale jak zaczelam czytac to coraz bardziej wciagalo i im dalej tym ciekawiej. nie sadzilam, ze AE maja takie zaiteresowania. za rodzaj ksiazek jakie czytaja i filmow jakie ogladaja, jeszcze bardziej ich lubie ;-). a wielki szacunek maja u mnie za podejscie do muzyki – opisy z ciemnoscia w klubach, w ktorych za mlodu bywali – zaintrygowaly mnie najbardziej. w ogole jestem zaskoczona, ze uzywaja pojecia techno przy muzyce, jaka reprezentuja (reprezentowali), ale to moze przez moje niedoinformowanie.

  25. goodnight.vienna

    Kurcze,super artykuł,z reguły nie czytam wywiadów bo są po prostu nudne,a ten jest rewelacyjny!! No i przypuszaczałem,że chłopcy lubią Vangelisa,miałem takie marzenie ,żeby zagrać w na after po ich koncercie i puścić Spiral i zobaczyć ich reakcję 😉

  26. Krizz

    Bardzo dobry wywiadzik. Z początku patrząc na jego długość sądziłem, że go nie przeczytam w całości, ale… wciągnął mnie, bo jest po prostu ciekawy.

  27. 0bi1

    dziwie sie ze jeszcze nie ma zadnych komentarzy tutaj, moze wiecej jest na forum…wspanialy wywiad, i chyba najlepszy i najluzniejszy wywiad z Ae jaki do tej pory czytalem ! dzieki