Trampique – Life Outside The Mirror
Jarek Szczęsny:

Melancholia codzienności.

Jan Wagner – Kapitel
Łukasz Komła:

Autentyczna bruzda.

Ian William Craig – Red Sun Through Smoke
Jarek Szczęsny:

Mgnienia poczucia straty.

Christian Löffler – Lys
Paweł Gzyl:

Piosenka jest dobra na wszystko?

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 2
Paweł Gzyl:

Soundtrack do współczesnego „acid westernu”.

Skalpel – Highlight
Bartek Woynicz:

Balsam na czas zarazy.

Electric Indigo – Ferrum
Paweł Gzyl:

W atomowym silosie.

Stian Westerhus – Redundance
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od tradycyjnych piosenek.

Immortal Onion – XD [Experience Design]
Jarek Szczęsny:

Nie spodziewałem się ich tam spotkać.

Moses Sumney – græ Part 1
Jarek Szczęsny:

Przestrzeń okrojona ze skrajności.

Blind Boy De Vita – Cumpà
Łukasz Komła:

Z cienia w ogień!

Camea – Dystopian Love
Paweł Gzyl:

Futurystycznie i kobieco.

Shabaka and the Ancestors – We Are Sent Here By History
Jarek Szczęsny:

On wie więcej.

The Fear Ratio – They Can’t Be Saved
Paweł Gzyl:

Suma najlepszych elementów.



Caribou – Swim


Jeśli zechcemy chwilowo się umówić, że „Up In Flames” odnosiło się do dream popu i shoegazu, „Milk of Human Kindness” czerpało z tradycji krautów i indie-popu, a „Andorra” z baroque popu, to „Swim”, równie powierzchownie traktując temat, byłoby almanachem metod miksowania tanecznego indie/post-punka z wysofistykowanym techno/disco wykazujących tendencje do przekraczania konwencji i eksperymentowania. Snaith cytuje wszystkich ambasadorów stylu: od Junior Boysów i Arthura Russella z okresu „World of Echo”, przez Four Tet, LCD Soundsystem i spadkobierców raveu aż do Pandy i smoothowych wersji Sun Ra, na którego znajomość warto się lansować, bo jest trudny i ulica kojarzy go z world music. W efekcie emanuje ze „Swim” dylemat obecnyBez wątpienia płyty Caribou można traktować jak post-modernistyczne powieści erudycyjne już w otwierającej „Odessie” – kawałku, który, obrany na singiel, zapewnił Snaithowi napływ nowych słuchaczy.

Bez wątpienia płyty Caribou można traktować jak post-modernistyczne powieści erudycyjne: 1) zawierają mnogie odniesienia do rzeczywistości poza- i stricte tekstualnej, których odczytanie jest grą testującą zdolność nadążania czytelnika za budzącą podziw lub odstręczającą erudycją autora; sprawdzian zaczyna się od okładki i tytułów rozdziałów, 2) interesuje je autotematyzm – bez skrępowania relacjonują trudy doboru materiału, selekcji tłoczących się pomysłów, etapy zdobywania umiejętności stylizatorskich itp., 3) można pochopnie zarzucić im, że są płytkie: nie szafują emocjami, pozbawione tezy na wejściu dezorientują chaotycznością wizji. Analogie można by mnożyć. Dylemat, który emanuje ze „Swim” także jest powieściowy: ile jest tutaj pomysłów a ile zaczerpnięć, ile jest autora i gdzie się właściwie ujawnia? Czy jest sens o to pytać i zakłócać sobie przyjemność odbioru?

Wrażenie luki po świadomości porządkującej i hierarchizującej chaotyczne, ucinane i nawiązywane wątki uświadamia „Leave House”, w którego refrenoidach Snaith imituje wokal Kapranosa autoparodystycznie sugerując, Zamiłowanie do kpin jest jednym z miodniejszych elementów „Swim”że nie mamy do czynienia z niczym więcej poza zapisem świadomości geeka. Ten najbardziej oczywisty z żartów pada dopiero pod koniec płyty i każe przesłuchać ją jeszcze raz z przymrużeniem oka.

Za trzecim razem konieczny będzie już wybór stylu odbierania „Swim”: jako grę czy jako doświadczenie bardziej wzniosłe i rozpatrywalne w kategoriach estetycznych. Trudny wybór. Zamiłowanie do kpin jest jednym z miodniejszych elementów płyty. „Sun”, eksperymentalny bangerek korzystający z przerysowanej epifanijnej mantry każe zwrócić uwagę na udział jaki miał w nagrywaniu tego materiału Greenspan, współtwórca „Under the Sun”, kawałka, w którym ledwo co było czuć Blacka, dominującego nad przeważającym terytorum debiutu Junior Boys. Z drugiej strony na uwagę zasługuje też senne piękno oddalonych od wszelkiej wpływologii „Kaili” i „Jamelii”, wypełniających założenia, które Snaith streszczał w wywiadach poprzedzających premierę „Swim”: celem była muzyka taneczna skonstruowana z płynnego tworzywa ewokującego wodę i pływy, nie pochodne metali i zapisy działania elektryki.

Wyżej wymienieni faworyci zdają się być zapisem nielinearnej opowieści, snutej przez narratora, który opanował sztukę bilokacji i dobywania głosu jednocześnie od strony zarażania fascynacją jak i porażania bogactwem środków przedsiębranych dla uwznioślenia hobby. Wynaturzoną wersję takiej postawy prezentują orkiestracyjne „Bowls” i „Hannibal” – utwory nudne, przekombinowane (sekcja rogów w tym drugim podobno) i skrywające pod maską artystycznego chaosu brak pomysłu na zbudowanie suspensu. Wspomniane wodniste tworzywo, plastyczne i odświeżające, niekiedy staje się wyzwaniem producenckim anektującym całą koncentrację Snaitha, co nie wychodzi na naszą korzyść.

Po zarzuceniu prób interpretacji Caribou chętniej współpracuje, pozostawiając jednak niedosyt nieuczestniczenia w grzeObecna na wcześniejszych płytach psychodelia została na „Swim” zredukowana, brakuje miejsc rzeczywiście transowych, ogarniających, uwalniających morbidezzę zaciemniającą odbiór i przedłużającą żywotność płyty poprzez nawarstwianie zagadek (za czasów „Up In Flames” rebusy zaczynały się na okładce). Przystępna „Odessa” jest faworyzowana wyraźniej niż odważne „Found Out”, a uporczywe sygnalizowanie (bo raczej nie odzwierciedlanie w treści) zainteresowania muzyką taneczną sprawia, że jesteśmy daleko od interesującej (i odzwierciedlanej w treści) słonecznej, skwarnej psychodelii znanej z poprzednich albumów Snaitha. Priorytetem stało się raczej brzmienie niż ewokatywność.

Powyższe uchybienia to jednak tylko niewygody ujawniające się dopiero po przyjęciu pewnej maniery interpretowania „Swim”. Jeśli zgodzić się na inną, nieskrępowaną chęcią przełożenia doznań na opis, albo nawet: zarzucić refleksję w ogóle, Caribou chętniej współpracuje, pozostawiając jedynie niedosyt i wyrzuty sumienia z obrania postawy bierności. Jeśli takie ograniczone uczestnictwo nie budzi obiekcji, „Swim” może być jedną z płyt roku, ale obstawianą na czuja, bo pewność budzi dopiero podjęcie gry.
Merge, 2010

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 11

  1. mallemma

    lubię się poczuć jak baran boży, tym razem tak na maksa, że bałam się, że mi tak zostanie 🙂

  2. aubo lessi

    Jedyna wartość recenzji Szałaska to to, że sie o nich mówi. Niestety jedyna.

  3. Bxd7Nxd7Qb8

    znowu grafomania, nie czytam

  4. niebieskawa

    panie recenzencie – weź się nie wygłupiaj. co za beeeeeełkot. facepalm

  5. laudia

    BFM! NATFNMGO!

  6. bronchusevenmx

    czytając takie recenzję zastanawiam się, czy jestem aż tak głupi, że bez słownika nie jestem w stanie ich zrozumieć. potem przychodzi mi na myśl, że jest przecież TYLKO recenzja płyty, a nie dzieło literackie. zastawiam się po co (dla kogo?) się pisze recenzje w tak BEŁKOTLIWEJ formie?

  7. fsol69

    bardzo dobry album

  8. Heliosphaner

    takciężkostrawnesłownictwowystarczyłożebymprzytoczeniamicrotonalaprzeczytałistwierdziłżenieprzeczytamtejrecenzji

  9. [microtonal man]

    wysofistykowanym…
    smoothowych wersji…
    rzeczywistości poza- i stricte tekstualnej….
    eksperymentalny bangerek korzystający z przerysowanej epifanijnej mantry …płynnego tworzywa ewokującego wodę i pływy….środków przedsiębranych dla uwznioślenia hobby…..wyzwaniem producenckim anektującym całą koncentrację…uwalniających morbidezzę …raczej brzmienie niż ewokatywność….

    Mam tylko nadzieję że dostałeś w końcu orgazmu na koniec pisania, drogi Filipie Szałasek.

  10. ryba16

    TLDR