COMOC – Wind Is In The East EP
Ania Pietrzak:

Zielona fala.

Laraaji – Bring On the Sun/Sun Gong
Jarek Szczęsny:

Piekło skrojone na miarę.

Dubit – Vitriol
Paweł Gzyl:

Studia nie poszły na marne.

Ghostpoet – Dark Days + Canapés
Jarek Szczęsny:

Dojrzałość artysty.

Siriusmo – Comic
Paweł Gzyl:

Koniec szczeniackich wygłupów.

Meridian Brothers – ¿Dónde Estás María?
Łukasz Komła:

Meridian Brothers po raz kolejny wysyłają nas na planetę szaleństw!  

STILL – I
Paweł Gzyl:

Gotowi na twerking?

Gebrueder Teichmann – Lost On Earth
Jarek Szczęsny:

Braterskie przedsięwzięcie.

Meeting By Chance – Lines EP
Ania Pietrzak:

Wydawałoby się, że muzyka nie słyszy tego kto słucha. To nieprawda, słyszy.

Khalil – The Water We Drink
Paweł Gzyl:

R&B tylko dla odważnych.

Zola Jesus – Okovi
Jarek Szczęsny:

Pop w industrialno-elektronicznej masce.

Beastie Respond – Information City
Krystian Zakrzewski:

Symulacje rzeczywistości.

Mount Kimbie – Love What Survives
Bartek Woynicz:

Bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt tego roku!

Nadine Shah – Holiday Destination
Jarek Szczęsny:

Nie ma ucieczki od polityki.

James Blake – Overgrown

Dobry debiut, rozbudzone nadzieje i szum medialny uświadamiający o nowym nazwisku, którego wypatrywać winno się w festiwalowych line-up’ach. James Blake szybko wdrapał się na sam szczyt świecznika. Największym jednak wyzwaniem jest na nim pozostać, mając ku temu rzeczywiste powody.

Album „Overgrown” to głos. Blake z godną podziwu wirtuozerią posługuje się tu swoim największym orężem. Poszatkowany i zniekształcony, przytłumiony turbulencjami i szumem, tudzież wrzucony w bez-przepastne czeluści jaskiniowego echa nieustannie pozostaje instrumentem nadrzędnym, będącym nośnikiem szczerych emocji. Fakt ten już odkreśla go grubą krechą od rówieśników z branży – dziś przecież mało kto potrafi tworzyć bez pomocy laptopa. O pisaniu utworów na fortepian nie wspominając.

Melomanów chcących od razu przekonać się, czy młody Brytyjczyk nie wpadł w sidła syndromu drugiej płyty, odesłać należy do „Digital Lion”. Ciepłe gitarowe akordy, niespotykane do tej pory w jego dźwiękotwórstwie, stojące w kontrapunkcie do pulsującej spirali rytmu – przewodzącego na myśl pinkfloydowskie eksperymenty z VCS3 – hipnotyzują równie skutecznie, co rozpisany na mijające się klawiszowe arpeggia i syrenę okrętową „Voyeur”. Utwór ten mógłby śmiało obrazować ostateczne stadium zatracenia na dyskotekowym parkiecie – kropla szumu, przecinające eter fale syntezatorów i metrum wystające ponad zgiełk, wybijane kawałkiem metalu. Odważnie zagospodarowana przestrzeń kompozycji, w zestawieniu z aktualnym dorobkiem Jamesa, prezentuje się bardzo świeżo. I odważnie, co dobrze rokuje na przyszłość.

Pozorna prostota, za którą kryje się potężny warsztat i głowa nabita pomysłami, wyziera z kompozycji zbudowanych nierzadko na jednym mocnym akcencie. Trzeba przecież pamiętać, iż Blake lubuje się w kontrastach – jak choćby w słusznie singlowym „Retrograde”, gdzie generowane kontrolerem AKAI „clapy” pozornie tylko gryzą się z sennymi zaśpiewami. Cień Jeffa Buckleya rzucony na „To The Last” i RZA rapujący ze znanym sobie namaszczeniem kolejne frazy o niełatwych relacjach międzyludzkich w „Take a Fall For Me” stanowić mogą za dowód ostateczny – dokonania młodziaka o wodnistych oczach podążają ścieżkami nieprzewidywalnymi, co jest pierwiastkiem wielce pożądanym w muzyce nowego pokolenia. Nie dając się łatwo zdefiniować odrzucił większość dubstepowych naleciałości nie zapominając jednak o swoistej poezji śpiewanej wspartej nieoczywistym akompaniamentem pianina – czym czarował słuchaczy na swojej debiutanckiej płycie i co stanowi rdzeń jego twórczości.

James Blake rozwija skrzydła. Jawnego, tudzież niezamierzonego, wycieku inspiracji związanego z poszerzeniem granic twórczych nie sposób spisać po stronie minusów. Wszak nawet płynąc pod prąd nie uciekniemy ze środowiska, w którym przyszło nam bytować.

 

 


 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.