Ovandra – Retrofuture
Paweł Gzyl:

Radosne buszowanie w skarbcu trance’owych brzmień.

Ben LaMar Gay – Confetti In The Sky Like Fireworks (This Is Bate Bola OST)
Łukasz Komła:

Tym razem Ben LaMar Gay w roli kompozytora muzyki filmowej. Obraz „This Is Bate Bola” pokazuje mało znane oblicze brazylijskiego karnawału.

William Basinski – On Time Out of Time
Ania Pietrzak:

Powrót do przyszłości.

Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.

Ossia – Devil’s Dance
Maciej Kaczmarski:

Sam w mroku.

MDD – Reverse The Contrast
Paweł Gzyl:

Ekstremalna wizja techno.



Colleen – nasza rozmowa

O instrumentach, inspiracjach, nagrywaniu, przyrodzie, pracy w szkole i innych ciekawych rzeczach opowiada Cécile Schott aka Colleen. Na początku kwietnia francuska artystka wydała swój piąty album studyjny, pt. „Captain of None” (nasza recenzja).

Łukasz Komła: Od momentu wydania płyty „The Weighing of the Heart” minęło zaledwie dwa lata, to dosyć krótki odstęp czasu, bo jak pamiętam wcześniej zrobiłaś sobie dłuższą przerwę. Co tym razem spowodowało, że tak szybko opublikowałaś kolejny album.

Colleen: Wszystko odbywa się w pewnych cyklach i na pewno taki przypływ twórczej energii mam od 2012 roku, kiedy nagrałam swój czwarty album „The Weighing of the Heart”. Moje pierwsze próby tworzenia nowego longplaya zaczęły się w 2013 roku. Nowe piosenki powstawały w dość naturalny sposób. Przede wszystkim wiedziałam, że chce się skupić na brzmieniu viola da gamba i głosie, czułam, że to jest dobry moment, aby pracować nad połączeniem tych dwóch elementów. Po drugie, wiedziałam też, że teksty będą nawiązywać głównie do ludzkich doświadczeń. Ponieważ to, co chciałam w nich zawrzeć, zrodziło się we mnie już w 2010 roku. Wreszcie, moja miłość do muzyki jamajskiej, która w 2012 roku zamieniła się w prawdziwą obsesję, co w efekcie sprawiło, że zaczęłam eksperymentować w studiu. Wszystkie te czynniki razem wzięte spowodowały, że tak szybko powstał nowy krążek (skończyłem nagrywać go w lipcu 2014 roku).

Na swoich pierwszych albumach łączyłaś w znacznym stopniu elektronikę z mocno przetworzonym brzmieniem żywych instrumentów. Swego czasu eksperymentowałaś również z pozytywką i wieloma innymi instrumentami z epoki (szpinet, viola da gamba). Kiedy obudziło się w tobie zamiłowanie do tzw. instrumentów dawnych?

Moja pasja związana z instrumentami dawnymi – i nie tylko – rozpoczęła się w 1990 roku, kiedy zaczęłam wypożyczać dużo płyt z bibliotek muzycznych w Paryżu: słuchałam wielu gatunków muzyki, z różnych epok i kontynentów. Byłam bardzo zaskoczona niesamowitą różnorodnością instrumentów powstałych na przestrzeni wieków. W tamtym czasie odwiedziłam kilka muzeów związanych z historią muzyki, takich jak Musée des Instruments de Musique w Brukseli, Musée de la Musique w Paryżu i Horniman Museum w Londynie. Fascynowały mnie instrumenty, zwłaszcza te, które wyglądały i brzmiały niezwykle. Wówczas moja uwaga również skupiła się na instrumentach mechanicznych – np. na pozytywce.

Tak więc około 2003 roku, zaczęłam kupować dużo różnych instrumentów, na których byłam w stanie nauczyć się grać i miały szeroką paletę dźwięków. Dzięki pomocy znajomego muzyka, Johna Cavanagha z Electroscope, który pożyczył mi swoją szklaną harmonijkę, mogłam wykorzystać ten instrument na albumie „The Golden Morning Breaks”, z kolei niektóre pozytywki z jego wiktoriańskiej kolekcji można usłyszeć na płycie „Colleen et les Boites à Musique”. Następnie w 2006 roku zamówiłam sobie violę da gamba, której brzmienie pojawiło się na longplayach: „Les Ondes Silencieuses” i „The Weighing of the Heart”. Zaś w kompozycji „Le Labyrinthe” pochodzącej z „Les Ondes Silencieuses” słyszymy szpinet. W 2009 roku zdobyłam sopranową violę da gamba, dzięki temu mogłam jej użyć na „Captain of None”.

Moje podejście jest teraz nieco inne: nie jestem już zainteresowana gromadzeniem instrumentów, gdyż mam ich naprawdę wystarczająco dużo i lepiej zastanowić się nad tym, jak mogę zastosować w oryginalny sposób brzmienie tych instrumentów.

Tegoroczny krążek „Captain of None” to twój pierwszy album wydany nakładem chicagowskiej oficyny Thrill Jockey. Jak trafiłaś pod skrzydła tej wytwórni?

Wytwórnia Second Language, która wydała w 2013 roku album „The Weighing of the Heart”, raczej specjalizuje się w wypuszczaniu płyt w limitowanych nakładach. Człowiek zarządzający tym labelem stwierdził, że nie ma środków na opublikowanie mojego nowego materiału w dużym nakładzie. Musiałam znaleźć nowego wydawcę. Szukałam oficyny, która byłaby otwarta na różne stylistyki i nie dbała o aktualny hajp, a za to dbałaby o artystów. Thrill Jockey to był oczywisty wybór, a szefowa tego labelu, Bettina Richards, doskonale znała i ceniła moje poprzednie albumy, jakie ukazały się nakładem Leaf. Zaczęliśmy rozmawiać o naszej współpracy. W niedługim czasie Bettina postanowiła, że opublikuje mój nowy krążek.

Zaryzykuję stwierdzenie, że „Captain of None” to kolejny zwrot w twojej karierze, gdyż to chyba najbardziej pogodny album w twojej dyskografii, na którym słychać mnóstwo nawiązań do dubu. Po drugie, zmieniłaś też swoje podejście do produkcji. Opowiedz, jak powstawał materiał z „Captain of None”?

Zgadzam się z tobą, że jest to prawdopodobnie najbardziej wesoła płyta w moim dorobku, chociaż teksty mają odcień wręcz medytacyjny. Bardzo mnie interesuje kontrast między muzyką, która jest żywa i dynamiczna, z dużą ilością szczegółów powstałych w trakcie produkcji, a liryczną stroną – bogatszą o doświadczenia i emocje płynące prosto z serca. Jakaś część nagrań powstała podczas prób, kiedy grałam sobie na altówce i śpiewałam. Wtedy też całkiem spontanicznie tworzyłam nowe utwory, takie jak: „Lighthouse”, „Captain of None”, „I’m Kin”, „This Hammer Breaks”. Wiedziałam, że to będzie „szkielet” tego albumu, zaś pozostałe kompozycje powstały w wyniku moich eksperymentów w studiu, gdzie dub był najważniejszym czynnikiem umożliwiającym stworzenie linii basu, przy użyciu różnych rodzajów opóźnień. Longplay „Captain of None” sprawił, że poczułam się „prawdziwą” producentką, gdyż naprawdę spędziłam mnóstwo czasu nad miksowaniem i obróbką tych nagrań.

Na „Captain of None” mamy sporo repetycji, zapętleń i zdecydowanie więcej brzmień instrumentów perkusyjnych, przywołujących niekiedy skojarzenia z muzyką afrykańską z różnych krajów, gatunków i epok. W jakim stopniu inspiruje cię muzyka z Czarnego Lądu?

Kocham grę Afrykanów na instrumentach strunowych i myślę, że nawet przy tej muzycznej różnorodności panującej na tym kontynencie, istnieją wspólne cechy u wszystkich afrykańskich muzyków: sposób w jaki podchodzą do rytmu i melodii oraz sam dźwięk strun – najczęściej są to nylonowe… Szczególnie uwielbiam Guembri i zespół Nass El Ghiwane wykorzystujący brzmienie tego instrumentu, a także wiele grup elektrycznych z późnych lat 60. i początku lat 70. (jeden przykład: Balla et ses Balladins). Cenię też sobie muzykę na Marimbę i Kalimbę, zwłaszcza niektóre nagrania zarejestrowane w latach 50. w Rodezji Północnej.

Przed chwilą mówiłaś o Afryce, więc jakie jeszcze inne kultury oraz gatunki muzyczne cię pociągają?  

W ciągu ostatnich dwóch lat największy wpływ na mnie wywarła muzyka jamajska, szczególnie ta z końca lat 60. i z początku lat 80., także z dużym naciskiem na to, co się wydarzyło w połowie lat 70., mam tu na myśli dzieła takich producentów jak Lee Perry, King Tubby, Augustus Pablo, Scientist i nagrania z katalogu oficyny Wackies. Jeśli chodzi o wokalistów to na początku fascynowali mnie Tappa Zukie i Burning Spear, lecz jednak moimi faworytami pozostają Noel Ellis, Ras Michael, Stranger Cole, Horace Andy… jest ich zbyt wielu, aby wszystkich wymienić!

Czy widzisz siebie w przyszłość jako artystkę tworzącą jedynie muzykę elektroniczną?

Szczerze mówiąc, czuję się nieco zagubiona w nowym świecie rządzonym przez media społecznościowe i liczby. Ponieważ przechodzimy od jednej dyktatury nastawionej na dużą sprzedaż do drugiej – bazującej na liczbie odsłon na YouTube i Facebooku. I naprawdę nie widzę siebie jako muzyka z kręgu elektroniki. Wolę być postrzegana jako artystka, której prace bardzo trudno jest sprowadzić do jednego obszaru działań. Więc nie czuję, że moja przyszłość w szczególności będzie związana z jakimś konkretnym ruchem muzycznym.

Co sądzisz na temat fizyczny nośników? 

Naprawdę wierzę, że winyl jest wstanie przetrwać. Mam złe doświadczenia z płytami z mojej kolekcji, bowiem nie brzmią tak dobrze jak na początku, ale uważam, że jeśli będziemy porządnie dbali o winyle, to mogą być z nami przez całe życie. Jest to także znakomity nośnik dla artystów tworzących grafikę i wierzę w okładki jako dzieła sztuki, dzięki którym powstaje pewna całość. Chciałabym dodać, że dla mnie przejście z winyla na wersję cyfrową jest czymś dopuszczalnym, czego nie mogę już powiedzieć odnośnie streamingu Spotify. Mam nadzieję, że słuchacze w końcu zrozumieją, że streaming w opinii artysty czy wytwórni nie jest tym samym, co zakup albumu w wersji cyfrowej, winylowej lub kompaktowej.

Wiem, że uwielbiasz twórczość Moondoga. Czy nadal Moondog jest twoim mistrzem, czy może jest jakiś inny artysta, który cię ostatnio zachwycił?

Nadal kocham nagrania Moondoga, ale myślę, że oddziaływanie jego twórczości było większe w trakcie komponowania „The Weighing of the Heart”, niż przy „Captain of None”. Oczywiście oprócz Jamajczyków, miał też na mnie ogromny wpływ Arthur Russell: jego podejście do muzyki jest mi bardzo bliskie, gdyż Russell był bardzo otwarty. To on połączył w równym stopniu pop z eksperymentem, tworzył muzykę instrumentalną, ale też śpiewał, z drugiej strony – używał klasycznego instrumentarium i wykorzystywał różne efekty oraz produkował swoją muzykę w bardzo pomysłowy sposób, i to jest dokładnie to, co staram się robić z własną muzyką.

Nie żałujesz, że porzuciłaś kilka lat temu zawód nauczycielki języka angielskiego (śmiech)? Czy zdarza ci się wracać myślami do tamtego okresu?

Nigdy tego nie żałował, myślę, że to była jedna z najlepszych decyzji, jaką kiedykolwiek podjęłam w moim życiu. I naprawdę już o tym nie myślę, że muszę wstawać wcześnie rano, czego naprawdę nienawidzę: kiedy byłam nauczycielką musiałem obudzić się prawie każdego dnia o szóstej rano i wyjść z mieszkania o siódmej, więc jestem bardzo szczęśliwa, że mam przywilej zarabiania na życie jako muzyk i czuję się wolna, bo mogę robić każdego dnia to, co kocham.

Jakie masz plany na najbliższe miesiące?

Szykują się koncerty w Europie i Stanach Zjednoczonych, a w okresie letnim zamierzam odpoczywać i wybrać się na kilka wycieczek w okolicznościach hiszpańskiej przyrody Kraju Basków, gdzie też mieszkam. Kocham obserwować ptaki i nic mnie bardziej nie cieszy, jak chodzenie z lornetkę oraz podziwianie pięknych krajobrazów i ptaków. Mam także nadzieję, że zacznę pracować nad nowym materiałem.

 

 

Oficjalna strona artystki »Profil na Facebooku »Strona Thrill Jockey »Profil na Facebooku »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze