Angeles & Internazionale – Vigilance
F P:

Gdzie piękne historie wyławia się z szumów

Vermont – II
Paweł Gzyl:

Królestwo syntezatorowych wibracji.

Poly Chain – Music For Candy Shops
Bartek Woynicz:

Słodko-kwaśne oblicze ambientu.

Variant – Sequential Sleep
Paweł Gzyl:

Mistyka dźwiękowej syntezy.

Niko Marks – Day Of Knowing
Paweł Gzyl:

Konserwatyzm w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Hurtmold & Paulo Santos – Curado
Łukasz Komła:

Awangarda na tropikalnych nogach.

The Necks – Unfold
Łukasz Komła:

Nieprzewidywalni czarodzieje.

Carsten Jost – Perishable Tactics
Paweł Gzyl:

Siedemnaście lat minęło jak jeden dzień.

Tin Man – Dripping Acid
Paweł Gzyl:

Acidowy mamut.

Differ-Ent – Good To Be Differ-Ent
Paweł Gzyl:

Warto czasem być in-nym.

A601-2 – Shibuya Hypnagogia
Paweł Gzyl:

Dźwiękowa rzeźba.

Various Artists – Dreamy Harbour
Paweł Gzyl:

Nowoczesna psychodelia.

Michael Chapman – 50
Łukasz Komła:

Ponad pięćdziesięcioletnia kariera brytyjskiego songwritera i gitarzysty, nie przeszkadza mu w przygotowaniu świetnych utworów.

Emptyset – Borders
Paweł Gzyl:

We will rock you!

Sam Kidel ‎– Disruptive Muzak

Wielki mały album.

To całkiem przewrotne – zatytułować płytę „Uciążliwy Muzak”. Jest to nieomal oksymoron, ponieważ muzak z definicji powinien być przyjazny i przyjemny, brzmieć znajomo i nie przeszkadzać. Swoją muzyką Sam Kidel, zapalony badacz Muzak Corporation (której pierwotnym celem było stworzenie muzyki wpływającej na zachowanie ludzi, a nie niewinny soundtrack do wind i lotnisk, będący ledwo odpryskiem tej idei!), czyni wprost odwrotnie – i to za pomocą minimalnych środków. To jednocześnie ambient i anty-ambient, bo zamiast wtapiać się w otoczenie jako muzyka tła, całkowicie pochłania – zarówno konceptem, jak i wykonaniem. Cóż bowiem uczynił artysta?

Otóż dzwonił po rozmaitych infoliniach i nagrywał telefonistów – uporczywie przy tym milcząc, o czym świadczą liczne „Hallo? Can you hear me?” i szybkie rozłączenia. Co więcej, Kidel posłużył się taktyką call-center – które w oczekiwaniu na połączenie z konsultantem katują przeróbkami Vivaldiego – puszczając swoim „rozmówcom” autorską muzykę w czasie rzeczywistym. (Niektórzy „rozmówcy” to nagrane automaty polecające wcisnąć odpowiedni przycisk, by przejść dalej, niczym w grze komputerowej.) Efektem jest zawartość tej fascynującej płyty.

Kompozycja tytułowa to trwająca 20 minut elektro-akustyczna suita, zbudowana na oszczędnych pętlach fortepianu poprzetykanych rozmaitymi odgłosami, wtrętami i efektami. Na pierwszy plan wysuwają się zniekształcone technologią („Przekaźnik jest przekazem”, dodaje gdzieś z boku McLuhan) głosy ludzi obojga płci, którzy odebrali telefon i usłyszeli muzykę – i nic poza nią. Ich reakcje są różne. Niektórzy próbują nawiązać dialog, inni rozłączają się niemal natychmiast, jeszcze inni wyskakują ze standardową korpo-formułką. Ten ludzki pierwiastek czyni kolosalną różnicę.

Podkreśla to drugi utwór, czyli „instrumentalna”, pozbawiona udziału telefonistów wersja pierwszego (pod tytułem „DIY Version”, w domyśle: każdy słuchacz może stworzyć własną wersję, dzwoniąc na wybraną infolinię i włączając gotowy podkład!). Mówiąc krótko – call-center po godzinach, pełne głuchych telefonów, pustych krzeseł i wyłączonych komputerów. Zamknięte aż do kolejnego identycznego poranka wypełnionego gwarem telefonicznych sygnałów i rozmów, które były już wielokrotnie przeprowadzane. Bez „wokali” również ma to sens i brzmi nieco jak „The Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Nad całością unosi się, rzecz jasna, duch Briana Eno i jego słynnej serii „Ambient”.

Kidel doskonale uchwycił dźwiękową przestrzeń sterylnych wnętrz call-center i open-space (vide okładka), odwróciwszy przy tym do góry nogami koncept muzaka. Na tym jednak nie poprzestał, bo swym milczeniem w słuchawce całkowicie podważył sens istnienia takich zajęć. Skoro telefoniści nie mogli się z nim porozumieć, ich praca stała się bezowocna. Tutaj ważny szczegół: artysta nie dzwonił na chybił-trafił. Wszystkie infolinie, które obdzwonił, były rządowe. A to już znacznie więcej niż komentarz na temat monotonnej pracy w korporacji, turbokapitalizmu itd.

Jest to więc niejako dźwiękowy zapis swoistego performansu. Nie ma w tym nic z chłodnego akademizmu – muzyka jest melancholijna i oniryczna, a przy tym ludzka, emocjonalna. Kidelowi udało się bowiem poruszyć jeszcze jedną strunę. Któż w dzieciństwie nie dzwonił pod losowe wybrane numery i wciskał niegroźny kit albo właśnie milczał, czekając na reakcję? „Żartujesz sobie”, mówi „rozmówca” i rozłącza się. I choć jest w tej akcji coś z trollingu, koncept jest jak najbardziej poważny i zarazem bezpretensjonalny. Jedna z najlepszych płyt mijającego roku.

The Death of Rave | 2016

Polecamy:

Codzienne rekomendacje na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. Martyna

    Przepraszam, ze się czepiam szczegółów, ale McLuhan mówił chyba „przekaznik jest przekazem” 🙂 swietna recenzja hipnotyzujacego albumu! Pozdrawiam

  2. Pragnę oznajmić, że ta recenzja jest mocno Boomkaczmarska (pozdro dla kumatych) – a pragnę tak oznajmić dla własnej, bufonowatej, złośliwej satysfakcji ze zdeprecjonowania recenzji Pana Kaczmarskiego, recenzji jak zwykle dobrej i solidnej. Pozostając w temacie muzyczno-telefonicznym i nie opuszczając 2016 roku, godzi się polecić album Pinkcourtesyphone [to alias Richarda Chartiera] – Taking Into Account Only A Portion Of Your Emotions, gdzie estetyzacja bierze górę nad konceptualizacją i jest czarująco, ale nie tak genialnie jak u Kidela. Przy tej okazji trzeba jednak oddać Richardowi Chartierowi hołd i sprawiedliwość, bo w przeszłości stworzył on ambient kompletnie absorbujący bez uciekania się do tak radykalnych środków jak Kidel. Mam tu na myśli „implied silence that is not silent” w albumach Chartera takich jak hołubione przez krytyków Series czy Tracing; ta(m) (nie-)cisza powala i zniewala, właśnie ze względu na BRAK czynnika ludzkiego (oczywiście nie jest to całkowity brak, to byłoby nie byłoby możliwe; w rzeczywistości pierwiastek ludzki jest obecny – tyle że ukryty daleko za fasadą formalnej kompozycji, zakopany głęboko w otchłaniach konceptu). „Mniej” w muzyce znaczy „więcej” nie tylko dlatego, że mniejsza ilość dźwięków pozwala czy każe bardziej się na nich skoncentrować, tylko przede wszystkim dla tego, że im mniej jest kontekstów, tym więcej jest przestrzeni dla poza-kontekstu, a co za tym idzie – więcej przestrzeni dla muzyki, owej sztuki najbardziej ze wszystkich AUTONOMICZNEJ i transgresywnej. Wolnoć Tomku w swoim domku, ale Dom – może być tylko jeden. Czy Disruptive Muzak w swej błyskotliwości swoistego świadectwa pewnych czasów, w tym swoim kłączu gatunków i okoliczności równie dobrze przejdzie próbę czasu jak te ultraminimalistyczne, lecz niebywale uszczegółowione i bezczasowe perełki? (Po dłuższym namyślę stwierdzam, że to pytanie jest – rzutem na taśmę – retoryczne jednak, a nie tendencyjne).