Tsvey – TSVEY
Jarek Szczęsny:

Niepotrzebna popisówka.

Roger Waters – Is This the Life We Really Want?
Jarek Szczęsny:

Czy już tylko starcom zależy na naszym świecie?

Porter Ricks – Anguilla Electrica
Paweł Gzyl:

Osiemnaście lat przerwy. I co?

Goldie – The Journey Man
Ania Pietrzak:

Dojrzały i świetny powrót legendy, ba, Cesarza drum’n’bassu!

Philippe Hallais – An American Hero
Krystian Zakrzewski:

Trochę Twin Pekas. Trochę Eraserhead.

Roots In Heaven – Petites Madeleines
Paweł Gzyl:

Muzyka jak powieść.

Manu Delago – Metromonk
Jarek Szczęsny:

Solowa płyta współpracownika Björk.

Sterac Electronics – Things To Think About
Paweł Gzyl:

Tańczymy breakdance!

Pin Park – Krautpark
Jarek Szczęsny:

Noc żywych syntezatorów.

Hurray For The Riff Raff – The Navigator
Jarek Szczęsny:

Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt tego roku.

Jean-Michel Blais & CFCF – Cascades
Bartosz Latko:

Jeśli szukasz albumu który ukoi nerwy i pozytywnie nastroi – to właśnie go znalazłeś.

Si Begg – Blueprints
Paweł Gzyl:

Elektronika z czasu maszyn parowych.

Broken English Club – The English Beach
Paweł Gzyl:

Piękno industrialnego rozpadu.

Wandl – It’s All Good Tho
Ania Pietrzak:

Przesłodzone ballady o lekkim zabarwieniu elektronicznym (tylko dla fanów tego typu zjawisk).

Anthony Parasole – Infrared Vision

Mistrz krótkich form mocuje się z albumem.

Jest w Nowym Jorku taki sklep, jak w Berlinie słynny Hard Wax – Halcyon. To właśnie tam, wśród setek winylów posegregowanych na wszystkie gatunki nowej elektroniki, Anthony Parasole wyszukiwał na początku minionej dekady klasyczne krążki z Detroit i Chicago, które wcześniej usłyszał w radiu. Tam też nawiązał pierwsze kontakty z klubowym środowiskiem miasta, dzięki czemu niebawem zaczął organizować cykl własnych imprez – „New Jack City”. Jednym z jego gości był zdobywający wtedy coraz większą sławę Levon Vincent. Obaj panowie przypadli sobie do gustu – i zaczęli się wspierać.

Wkrótce do Halcyonu trafiły winyle opublikowane przez wytwórnie powołane przez obu Nowojorczyków – Deconstruct Music i The Corner. Obaj twórcy postawili na początku na swoje własne produkcje, co było ze wszech miar słusznym posunięciem. Dzięki temu najpierw zrobiło się głośno o Vincencie, a wkrótce potem – o Parasole’u. Ten drugi tworzył solidne techno z mocnym przytupem, więc jego nagrania z czasem zaczęły rozbrzmiewać w Berghain, a szefowie Ostgut Ton zaprosili Amerykanina do bliskiej współpracy. Bardziej przekonujący okazali się jednak menedżerowie holenderskiego Dekmantela, dzięki którym dostajemy wreszcie debiutancki album artysty.

Płyta zrealizowana jest zgodnie z modelem wypracowanym przez nową falę młodych producentów z amerykańskiego undergroundu, łącząc funkcjonalne granie do tańca ze śmiałymi wycieczkami w stronę awangardy. Parasole zaczyna od sprężystego breakbeatu, od razu sugerując, że jego korzenie tkwią w brytyjskim rave’ie („Cold Steel”). I rzeczywiście – choć potem sięga po funkowy hard house („Murky Waters”) czy galopujące techno („Infrared Vision”), za każdym razem ozdabia swe utwory przerysowanymi motywami z początku lat 90. Surowe brzmienie tych nagrań kojarzy się również z modnymi na nowojorskiej scenie odwołaniami do kakofonicznej elektroniki no wave – choćby w bliskim estetyce L.I.E.S. „Momentum”.

Drugą stronę zestawu wyznaczają wspomniane wycieczki w stronę eksperymentalnej elektroniki. Tutaj niestety Parasole osiąga mniej ciekawe rezultaty niż w tanecznych kompozycjach. Co prawda trzeba docenić, że jego dźwiękowe poszukiwania wymykają się jednoznacznej klasyfikacji, bo słychać w nich zarówno echa industrialu, jak i kosmische musik czy ambientu („Spell On Me” lub „Zenith”), to jednak utwory te przypominają bardziej szkice niż pełnoprawne produkcje, mogące mierzyć się z podobnymi preperacjami w wykonaniu choćby Kerridge’a. Dobrze więc, że Nowojorczyk przyozdabia również drugą część swej kolekcji dwoma klubowymi sztosami – „The Chant” i „So Alive”.

Porównując słynny już debiutancki album Levona Vincenta z aktualną propozycją Anthony’ego Parasole’a trzeba uczciwie przyznać, że temu drugiemu zabrakło finezji i rozmachu swego mentora. Niby wszystko tu jest jak trzeba – ale „Infrared Vision” wypada trochę jak zestaw nagrań z singli, a nie pełnoprawny album. Lepsze wrażenie robią bowiem pojedyncze utwory (szczególnie taneczne), a nie ich cała kolekcja. Niewykluczone, że Parasole po prostu lepiej odnajduje się jako twórca krótszych form – wszak tego rodzaju wydawnictwa są od zawsze mocną stroną artystów silnie związanych z klubową stroną nowej elektroniki.

Dekmantel 2017

www.dekmantel.com

www.facebook.com/dkmntl

www.facebook.com/AnthonyParasole


Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze