Akito – Gone Again
Paweł Gzyl:

Tak się bawią w Londynie.

Waajeed – From The Dirt
Paweł Gzyl:

Cała tradycja „czarnej” muzyki w formie klubowych killerów.

Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!



Bexa Lala – Hotel

Trzynaście krótkich kawałków.

Jeden z pionierów elektroniki w Polsce ciągle twórczo się aktywizuje. Mowa oczywiście o Cezarym Ostrowskim, który był założycielem Bexi Lali na początku lat 80. To zespół ważny i niedoceniony, mam wrażenie, w naszej historii. W 2014 roku Requiem Records wydał album, którzy miał przypomnieć historię i znaczenie tego zespołu. Ta świeża, pomimo upływu lat, muzyka potrafi zaskakiwać. Sam Ostrowski na przestrzeni lat dał się poznać jako twórca z otwartą głową. Współpracował m.in. z Mikołajem Trzaską oraz Marcinem Świetlickim. Nieregularność wydawnictw sprawia, że nigdy nie wiadomo czy się coś nowego pojawi. Tym samym mile byłem zaskoczony kiedy natrafiłem na „Hotel”.

Powiedzmy sobie na początku, że metoda twórcza ciągle przywodzi na myśl legendarną grupę The Residents. Znajdziemy więc tu wszystko w nierozsądnych proporcjach. Z resztą jak napisał sam twórca przy opisie albumu jest to wycieczka do BEXALALALAND, co też może naprowadzić słuchacza na jakieś skojarzenia. Moja rada: pozbyć się uprzedzeń i dać się po prostu zaskoczyć. No i cieszyć się, bo muzyka z albumu „Hotel” nie należy do najtrudniejszych, ale jej pomysłowość potrafi zaskoczyć. Jak choćby w „We are Dancing”, gdzie wstawione zostały kosmiczne dźwięki przez które przechodzi ludzki głos, a w tle polepione różności z odgłosów skrzypiec lub wiolonczeli.

Przykładanie jednej miary stylistycznej mija się z celem. Towarzyszy nam duch punkowy z domieszką poczucia humoru. Z resztą co ja się będę silił na wydumane porównania. Wystarczy przyjrzeć się dokładnie okładce. Widzimy na niej kelnera (?), który stoi sobie wyluzowany na przerwie celem wypalenia papierosa. Znajduje się on nad wodą (kanałem), co sugeruje, że może to być Wenecja. Głównym tłem są obdrapane kamienice, a na dole wklejony jest wizerunek Myszki Miki. Pomieszanie z poplątaniem. Da się wytłumaczyć tę okładkę choćby tym, że na płycie spotkać można utwór „Hosanna” będący rozmywającą się taneczną rytmiką, która spotyka się z sakralnym chórem. W pewnym momencie dołącza gitara elektryczna, a wszystko spowite zostaje ambientową mgłą.

„Raid over Tokyo” przynosi zmianę. Odchudzone brzmienie syntezatorów z efektem echa. Siłą są nakładające się na siebie melodie. Jeśli nawet ktoś poczuje deficyt trudności tych kompozycji, to na różnorodność nie powinien narzekać. Bo Ostrowski nie komplikuje spraw, ale je urozmaica. Przynosi czasem nieoczekiwane dźwięki i ze wszystkiego stara się wydobyć muzykę. Nie zapomniał też o zwolennikach jazzu. I tak można go nieco wychwycić w „Between Us” czy „Box of Chocolates”. Z kolei „Once Efficient” czy „Twins” przynoszą trip-hopowe zapożyczenia. Jedyną piosenką, w klasycznym ujęciu, jest zamykający „Dinosaurs”. Jest tam nawet refren. Nazwałbym ten album inteligentnym, wręcz elitarnym, gdyby nie był jednocześnie tak egalitarny w naturze i otwarcie przyswajalny. Czy powyższe ma sens? Nie musi. Ważne, że działa.

Wydawnictwo własne | 2018

Bandcamp

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. Bardzo dobrze napisana recenzja.