Foghorn – Corona
Jarek Szczęsny:

Z Bydgoszczy dla przyjemności.

Olivia – Skawa
Ania Pietrzak:

Kosmiczne techno na nowej EP-ce polskiej DJ-ki i producentki.

Inwolves – Color In The Zoo
Łukasz Komła:

Belgijska multiinstrumentalistka, Karen Willems, dobrała sobie nowych współpracowników. Inwolves zrzucił skórę i pobiegł do nieco innego lasu. A może dżungli?  

Various Artists – DC Trax (The Octal Years)
Paweł Gzyl:

Najbardziej szorstka i surowa wersja dub-techno z obozu DeepChord.

Seabuckthorn – A House With Too Much
Łukasz Komła:

Obrodził Rokitnik, są nowe owoce. Skosztujecie?

Annea Lockwood / Christina Kubisch – The secret life of the inaudible
Łukasz Komła:

Dwie wielkie artystki dźwiękowe, przekazały sobie odmienny materiał źródłowy, który połączyły na jednym wydawnictwie.   

Pejzaż – Ostatni Dzień Lata
Ania Pietrzak:

Błogi soundtrack polskich wakacji.

ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.



Kaseta jest przygodą – rozmowa z Michałem Fundowiczem

Michał Fundowicz to osoba odpowiedzialna za label Czaszka Records, wydający kasety i wspierający muzyczne eksperymenty.

Co musi się zadziać, jakie sytuacje muszą zaistnieć, aby założyć własny label?

Myślę, że trzeba być przede wszystkim muzycznym freakiem. Poświęcać muzyce sporo swojego uczucia, czasu, energii, pieniędzy. Być wkręconym i chcieć wkręcać się coraz bardziej. Indywidualne drogi dojścia mogą być różne – wielu właścicieli oficyn to muzycy, którzy stworzyli sobie platformę dla promocji własnych dokonań i pokrewnych projektów. U mnie było inaczej. Muzyką zainteresowałem się jako słuchacz, a to wchodzenie w głąb, o którym wspomniałem, odbywało się poprzez pisanie o niej. Bycie recenzentem motywowało mnie jeszcze bardziej do badania tematu z wielu stron, poznawania historii i teorii muzyki, czy dyskografii poszczególnych artystów. Wszystko to wydawało mi się (i nadal wydaje) bardzo interesujące, warte zgłębienia, a poza tym – niesie za sobą wielką satysfakcję. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że muzyka eksperymentalna, której poświęcam tak dużo czasu, zaczęła definiować mnie jako osobę, stała się nieodłączną częścią mojego życia.

Wszystko zaczęło się od wystawy Andy’ego Warhola w Warszawie, na którą zabrał mnie tata w 1998 roku. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się ze sztuką wykraczającą poza to, co znałem wcześniej. Tam też dowiedziałem się o Velvet Underground – zespole, który wprowadził mnie w świat muzycznego eksperymentu. Stał się on dla mnie punktem wyjścia, poprzez jego twórczość doszedłem do muzycznego minimalizmu, La Monte Younga, z którym współpracował Cale, potem całej rzeszy awangardowych kompozytorów. Z drugiej strony, przez „Metal Machine Music” Reeda, zacząłem interesować się różnymi odnogami rocka, szczególnie tymi bardziej hałaśliwymi, noisem. Na wystawie Warhola kupiłem sobie koszulkę z puszką zupy Campbella. Na korytarzu w liceum zobaczył mnie w niej Przemek, później mój najlepszy kolega, który zagadał mnie o Warhola i Velvetów. On wtedy słuchał jazzu i dzięki niemu wkręciłem się w temat muzyki czarnych braci. Zaczęliśmy motywować się do słuchania, sporo dyskutowaliśmy, wymienialiśmy się płytami, jeździliśmy na koncerty.

W temat oficyn kasetowych zacząłem natomiast wsiąkać pisząc dla serwisu Nowamuzyka.pl. W Polsce pojawiło się ze świeżą wizją Sangoplasmo, któremu kibicowałem od samych początków. Zaczęły docierać do mnie promówki z Czech, Słowacji – bardzo spodobał mi się wtedy label Baba Vanga. Opal Tapes na Wyspach zapoczątkował nową falę kasetowych oficyn, chociaż jeszcze wtedy nie śledziłem aż tak dokładnie ich katalogu. Bliższe mi były dokonania krajowych wydawnictw, które pokazywały, że da się zrobić coś fajnego własnymi środkami. Myśl o założeniu labelu dojrzewała we mnie przez dłuższy czas. Wydaje się to pójściem krok dalej, jakąś konsekwencją muzycznej pasji.


Co zaciekawiło cię w kasetach? Co sprawiło, że wybrałeś właśnie ten nośnik?

Lubię to, jak kaseta wygląda, jak brzmi i jakie drzemią w niej możliwości. Taśmy zawsze były i nadal są tanie (mam nadzieję, że ten trend utrzyma się jak najdłużej!). Można kupić trzy kasety w cenie jednego winyla. Dzięki temu, przy zakupie łatwiej jest podjąć ryzyko i wybrać coś w ciemno. I odkryć coś niespodziewanego, bo w kasetach jest przygoda. Tanie przy zakupie, są też stosunkowo niedrogie w produkcji. Podoba mi się też format okładek – nie trzeba być dużym jak winyl, aby wyglądać dobrze. Fajny jest również mikrorytuał słuchania. Trzeba wstać, nastawić, zmienić stronę w połowie, a to zaś nakłania do uważnego, całościowego odbierania materiału. Prawda jest jednak taka, że ważniejszy od samych właściwości formatu jest dla mnie pewien wspólnotowy charakter całego zjawiska. Globalną scenę kasetową tworzą świetni ludzie. Bardzo sobie chwalę pracę z muzykami, kontakt z innymi labelami i słuchaczami. Tristan Bath w swoim kasetowym podsumowaniu roku 2017 wspomina o „braku złudzeń co do swojej wielkości” uczestników sceny – co ciekawe, cecha ta bywa czasami brana za brak ambicji. Moim zdaniem natomiast, taki brak ciśnienia jest wartością samą w sobie. Pozwala skupić się na tym, co najważniejsze – na muzyce i jej oprawie. Pozwala na eksperyment. A ty? Za co najbardziej lubisz kasety?

Wspominałam o tym niedawno na swoim blogu – przede wszystkim za ich charakterystyczne „zamulenie”, które uważam za największą zaletę utworów, zarejestrowanych właśnie na taśmie. Jakiś czas temu wspominał o tym również Paweł Dunajko z Oulines – wskazywał, że kaseta ulega stopniowemu zniszczeniu, przez co za każdym razem odtwarza inne, nieco przekształcone dźwięki. Jest jeszcze jedna rzecz: ogromny sentyment. Prawdę mówiąc, kaseta to jedyny nośnik, który kiedykolwiek kolekcjonowałam. Przez długi czas, bo aż do liceum, nie miałam odtwarzacza na płyty, czy winyle, nie miałam też komputera – wszystko nagrywałam na taśmy i tylko nimi dysponowałam. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do kaset, weszły mi w nawyk – zawsze będą dla mnie podstawowym, fundamentalnym nośnikiem. Miałeś podobnie, czy zupełnie inaczej rozwinęła się u ciebie ta osobista kultura słuchania?

Moje doświadczenie jest bardzo podobne. Kasety towarzyszą mi od dzieciństwa, w zasadzie bez większych przerw, dlatego tym bardziej zdumiewają mnie kolejne artykuły wieszczące „powrót kaset”. Jak to? Kasety nigdy nie powróciły, bo zawsze tu były! [śmiech] Też czuję przywiązanie do tego nośnika. Został on mocno nacechowany emocjonalnie poprzez rozmaite, nakładające się wspomnienia z różnych etapów życia. Nagrywanie składanek, wydawanie kieszonkowego na kasety, powolne budowanie kolekcji… To pewnie też kwestia pokoleniowa. Komputery nie były jeszcze tak popularne, gdy dorastałem. Pierwsze pliki .mp3 ściągnąłem dopiero w czasach licealnych, stąd zapewne to przywiązanie do fizycznego nośnika. Być może na tej samej zasadzie pokolenie „cyfrowych tubylców” za jakiś czas będzie z sentymentem powracać do swoich pierwszych playlist w iTunes? Ciekawi mnie również wspomniany przez ciebie  wątek stopniowego zacierania i mutowania dźwięku pod wpływem kolejnych odtworzeń, ta fizyczność taśmy. Z tego powodu bardzo interesuje mnie nurt tape music – zarówno historyczna awangarda, jak i współcześni artyści. Aaron Dilloway, Jason Lescalleet, Graham Lambkin – ich twórczość to niewyczerpane źródło inspiracji, z tą estetyką w zupełności się identyfikuję. Giovanni Lami, którego kasetę wydałem w Czaszce, pracuje z magnetofonem szpulowym i taśmami. Jednym z interesujących go wątków jest właśnie rozpad i zniszczenie nośnika. Istotą eksperymentu udokumentowanego na płycie „Bias” było zakopanie w kilku różnych miejscach fragmentów taśm. Pozostawił je na pewien czas bezpośrednio w ziemi, poddając działaniu chemicznych procesów zachodzących w glebie. Po jakimś czasie odkopał je i odtworzył, a efekt możemy usłyszeć na płycie. To piękny hołd dla taśm, ich organiczności. Wsłuchaj się w ten szum. Mnie on hipnotyzuje, jak wpatrywanie się i wsłuchiwanie w morze.



Powiedz coś więcej na temat tape music. Na czym polega specyfika tego zjawiska?

Tape music odnosi się do metody i narzędzi, którymi posługuje się muzyk czy kompozytor. „Muzyka na taśmę” powstawała w wyniku eksperymentów z magnetofonem i szpulami oraz technikami studyjnymi. Jednym z wczesnych przykładów jest „Williams Mix” Johna Cage’a. Amerykański kompozytor wraz z asystentami, w mozolnym procesie, fizycznie rozprawiał się z taśmami, które kleił i ciął, konfigurował na nowo. Tym sposobem powstawała migotliwa całość, odchodząca od linearności, klasycznie rozumianych wartości muzycznych. Utwory na taśmę pisali Stockhausen, Xenakis, Pauline Oliveros… W Polsce mamy swoją tradycję Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Oprócz cięcia i klejenia fragmentów, które w dobie Abletona wydaje się nieporównywalnie łatwiejsze, odpowiednio użyte magnetofony szpulowe pozwalały spowolnić lub przyśpieszyć taśmę, albo też uzyskać jeszcze kilka innych efektów (na przykład echo). Stosowanie terminu tape music w kontekście współczesnych twórców nie jest zapewne zbyt ścisłe – wymienieni przeze mnie wcześniej wykonawcy używają magnetofonów szpulowych jako instrumentów również w warunkach koncertowych, grają na nich i improwizują, podczas gdy klasycznie rozumiana muzyka na taśmę była raczej wyłącznie odtwarzana. Jeśli zaś chodzi o estetykę, to często mamy tu do czynienia z repetycją, gdyż taśmę łatwo zapętlić. Artyści tacy jak Amulets wyspecjalizowali się w tworzeniu tape loopów, zamkniętych obwodów taśmy, która może kręcić się w nieskończoność. Poza tym wszelkie deformacje dźwięku, błędy, szumy, usterki – to wszystko czyni tę estetykę niezwykle interesującą.

Przywołałeś temat polskich eksperymentów na polu tape music – czy możesz rozwinąć ten temat? Wiem, że nawiązywali do tego artyści skupieni wokół kolektywu Penerstwo, na przykład GrupaKOT. Jakie przedsięwzięcia można tu jeszcze wymienić?

Jeśli chodzi o wcześniejsze prace, nieoceniony jest wkład Bôłt Records, którzy przybliżają i reinterpretują działanie Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, gdzie technika pracy z taśmami była mocno obecna. Ciekawym punktem wyjścia do poznawania muzyki z tego okresu mogą być też płyty zbierające utwory nieodżałowanego Eugeniusza Rudnika, wydane nakładem Requiem Records. Najbardziej interesuje mnie, gdy artyści włączają do swego instrumentarium magnetofony, mniej ortodoksyjnie majstrują przy taśmach. Przykładem może tu być Micromelancolié, czyli Robert Skrzyński, którego „Leaving Hades” otwiera katalog Czaszki. Robert używa magnetofonu Barthe, oryginalnie zaprojektowanego do nauki języków obcych. Lutto Lento swego czasu sporo kombinował z tape loopami. Jego „Sirena” z zapętloną partią z Enyi to jeden z moich ulubionych przykładów kreatywnego podejścia do kasetowych loopów. Obaj artyści jednak nie ograniczają się tylko do taśm – są one zaledwie jednym z elementów ich muzycznego języka. Ciekawe rzeczy robi również Adam Frankiewicz, który jako Grupa Etyka Kurpina w dużej mierze bazuje na dźwiękach wydobywanych z magnetofonów, a jako Dolby gra dj-skie sety z kaset.


Zostańmy na chwilę przy katalogu Czaszki. Jakbyś opisał poszczególne materiały, które do tej pory wydaliście?

Pierwsze dwie kasety ukazały się dwa lata temu, w styczniu 2016 roku. Przez ten czas wydaliśmy dziewiętnaście kaset i jeden album w wersji cyfrowej. Mówię my, bo oprócz mnie Czaszkę tworzy stały zespół zajmujący się oprawą graficzną: Karolina Pietrzyk i Oliver Spieker. Numer jeden w katalogu (a dokładniej CZSZ001) należy, jak wspomniałem, do Micromelancolié. Robert jest dla mnie ważną postacią, wprowadził mnie w najnowszą scenę kasetową, służył radą na bardzo wstępnym etapie planowania. Jego muzyka była mi bliska od dawna, pisywałem o niej, gdy jeszcze zajmowałem się recenzowaniem. Gdybym sam zajął się nagrywaniem – myślę, że poszedłbym w tym samym kierunku, co Micromelancolié. Jego „Leaving Hades” to podróż w zaświaty, zaczynająca się od zaskakującej „Acid Samby”, z późniejszym osuwaniem się w zawiesinę dronów, inkrustowaną gdzieniegdzie gamelanem, odgłosami miasta…

Druga kaseta to ambientowe studia autorstwa Michaela McGregora, występującego pod pseudonimem M/M. „Before We Lost Ourselves” zbiera dwie półgodzinne eteryczne kompozycje, trochę w stylu Williama Basinskiego. Zapętlone, wycierające się z kolejnymi odtworzeniami, przy których można wpaść w delikatny stupor.

Trzeci i czwarty numer w katalogu należą do IXTAB i Bouchons d’Oreilles. IXTAB, czyli transatlantycki duet Blood Room i ovis aurum, wprowadził brzmienia techno do katalogu Czaszki. Polskie duo o francuskiej nazwie zaś – bardziej awangardową i abstrakcyjną elektronikę.


CZSZ005 to „I Wanna Be Your Wall” Beachers. Daryl Worthington nagrał swój album na analogowym syntezatorze i przy użyciu tape loopów. W czasie, gdy nad nim pracował, zamieszkiwał w Rydze. Przeczesywał wtedy lokalne second handy w poszukiwaniu kaset, głównie z popem i Schlager Musik, z których przygotował później rzeczone loopy. Wyszła z tego bardzo emocjonalna muzyka.

Każda z kaset to osobna historia. Choć nie lubimy zamykać się w szufladkach, dla potrzeb systematyzacji warto wspomnieć o kilku pojawiających się wątkach. Jednym z nich jest ambient i drone („Andromeda” Kamila Kowalczyka), muzyka bardziej rytmiczna, post-klubowa (Fischerle – „Post-functional Dub Objects”, Új Bála – „Breatharian High Society”, Palace Lido – „Concrete”), okolice free improv (lopness – „cena holding”), śmiałe abstrakcje (strona A „Porta” Tereshkovej). Są też piękne przykłady dźwięków wymykających się kategoriom, jak „A Perfect Example of Dislodging” indyjskiego duetu JESSOP&CO., „PATRU” tajemniczego rumuńskiego projektu Somnoroase Păsărele, czy najnowsza kaseta „Samphappalapa” Monte & Hep!. Lubimy zaskakiwać swoich słuchaczy. Geograficznie zaś przedstawia się to następująco: do tej pory wydaliśmy artystów ze Stanów, Polski, Włoch, Japonii, Indii, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Węgier, Szwajcarii, Portugalii – ja sam mieszkam od kilku lat w szkockim Edynburgu, Karolina z Oliverem zaś w Berlinie.









Czy jest jakiś artysta, którego nie ma w katalogu Czaszki, a którego chcielibyście mieć pod swoim szyldem?

Staram się obserwować i nasłuchiwać, co wydają inni w rozmaitych oficynach, jednak bez uczucia zazdrości. Nie dostrzegam rywalizacji pomiędzy labelami. Staramy się sobie wzajemnie kibicować, wspierać się, wymieniać pomysłami, kasetami lub choćby plikami z muzyką. Każdy chodzi swoimi ścieżkami, wydaje muzykę według własnego gustu i uznania. Niektórzy artyści publikują w wielu różnych oficynach, ale tu problemu też nie ma. Chyba nie mam takiego albumu, ale jeśli już muszę wybierać, to bardzo chętnie wydałbym coś od Aarona Dillowaya. [śmiech]

Z jakimi trudnościami trzeba się borykać, prowadząc tego typu działalność?

Być może jestem szczęściarzem, ale wszystko z Czaszką od początku bardzo pomyślnie się potoczyło. Szalenie pozytywnym zaskoczeniem był sam start, gdy sprawy zaczęły się rozkręcać w zawrotnym tempie. Odczuwalne życzliwość i wsparcie, fakt że kasety za każdym razem dość szybko się wyprzedają, a zainwestowane pieniądze zwracają – to wszystko sprawia, że chce się robić więcej i więcej. Bandcamp jest platformą bardzo ułatwiającą sprawy. Podoba mi się kierunek, w którym zmierza, nastawienie na rozwój społecznościowego potencjału. Pozwala komunikować się bezpośrednio ze słuchaczami. Czaszka doczekała się małego grona osób, które regularnie nas wspiera – to cieszy. Przy tym, wizerunek Bandcampa jest bardzo pozytywny. Nie widać tej ekspansji, chciwości, charakteryzującej inne platformy. Nie bez znaczenia jest też fakt, że osoby tworzące Bandcampa w ubiegłym roku głośno wypowiedziały się w obronie praw osób transpłciowych. Wracając natomiast do pytania, to myślę, że sami staramy się wyeliminować wszelkie trudności na starcie. Prowadzenie takiej oficyny powinno być przede wszystkim przyjemnością – o tym staramy się nie zapominać. Czaszka, jak większość tego typu mikroskopijnych labeli, to działalność nie nastawiona na zysk. Poza sprzedażą, równie istotne są wymiany kasetowe z innymi labelami. Ten „aspekt sceny” od początku mnie fascynował. Pewnie zmiana optyki, nastawienie na zysk, zaczęłoby generować trudności. Póki co jednak, wydaje się, że wszystkim odpowiada to, co sobie wypracowaliśmy. To szczęście spotykać i pracować z podobnie myślącymi osobami!

Nawiązując do Bandcampa – jakie albumy z Bandcampa mógłbyś polecić?

Baba Vanga z Czech, oficyna zorientowana przede wszystkim na muzykę z Europy Wschodniej, aktywna od 2013 roku. Z ich bogatej oferty polecam kasetę Střed Světa – „Rozmístění opakováním”.

Dalej – Pawlacz Perski, kierowany przez Lecha Nienartowicza i Mateusza Wysockiego, którego dwa projekty wydaliśmy w Czaszce (Fischerle i Bouchons d’Oreilles). Z Pawlacza warto wyciągnąć Computer Say No – „Enfant Terrible”.

Kontynuując: A Giant Fern (pierwotnie z Portugalii, obecnie operujący z Leeds). Wyjątkowo bogaty i eklektyczny katalog, kasety zawsze oryginalnie wydane. Honorowe wyróżnienie dla Missing Organs – „Weakness Is A Great Thing”.

Koniecznie trzeba też wspomnieć Dinzu Artefacts i Spring Break Tapes – dwie oficyny Joe McKay z Kalifornii. Wszystko, czego Joe dotknie, zamienia się w złoto. Trudno wybrać jedną kasetę, warto zagłębić się w całości.


Następnie: Tymbal Tapes – muzyka z kategorii „poza kategoriami”. Kolejna oficyna dbająca o oprawę wizualną. Ostatnio często wracam do ubiegłorocznej taśmy „El Domo Spitzerwelt” argentyńskiej grupy Valle de Galgos. Nie mogę zapomnieć też o ACR z Londynu, oryginalnie zaś ze Słowacji, które to interesuje się różnymi odcieniami ambientu. „Fairfax” Nate’a Scheible’a – strasznie smutna muzyka (warto wczytać się w historię powstania), ale i dźwięki wyjątkowej urody.

Jeśli chodzi o muzykę eksperymentalną i sound art, polecam zapoznać się z propozycją oficyn Falt, Audio Visuals Atmosphere i Soft Error.



Kilka miesięcy temu zadebiutował Mondoj, kierowany przez Paulinę i Janka z dawnego Wounded Knife. Obie kasety, które wydali, są na doskonałym poziomie. Nie mogę się doczekać kolejnych!


Niedawnym odkryciem jest dla mnie portugalski label URUBU. Z jego właścicielem dokonałem większej wymiany i szczególnie spodobała mi się kaseta poświęcona postaci Kennetha Angera, lucyferańskiego maga kina. Pięknie wydany album zbiera alternatywne ścieżki dźwiękowe, stworzone podczas warsztatów tape loop w Lizbonie.

Świetne rzeczy wychodzą również w Pointless Geometry. Nowa kaseta od nich, Fischerle – Beard & Parachute’s, jest właśnie w drodze do mnie. Z niecierpliwością wypatruję listonosza!

Mówiłeś wcześniej o specyficznym i fascynującym cię „aspekcie sceny”. Czym on się charakteryzuje?

Mimo, że trudno w przypadku sceny kasetowej mówić o centralizacji, gdyż labele porozrzucane są po całym świecie, istnieje między nimi dobra komunikacja, ciągle budowana jest sieć połączeń. Większości osób nigdy nie poznałem, z niektórymi wcale dużo nie musiałem rozmawiać, mimo to odczuwam, że istnieje pomiędzy nami takie poczucie wspólnej sprawy. Nie jestem wielkim ideologiem, jednak widzę w tym też aspekt wyjścia poza układ sił, dyktowany przez kapitalizm (jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało). Próbujemy nie powielać modeli obecnych w mainstreamie, nie tworzyć sprofilowanego pod gust produktu, który trzeba odpowiednio wypromować i sprzedać. Koncentrujemy się za to na tym, co się liczy – na wartościach estetycznych, samej muzyce. Niektóre labele nawet rozmyślnie unikają pisania notek na temat wydawanej przez nie muzyki. Pewnie można w tym znaleźć sprzeczności – każdy bowiem promuje się jak potrafi, obecność w mediach społecznościowych jest niestety nieunikniona. Trudno być nieuwikłanym. Scena kasetowa, szczególnie obserwowana od wewnątrz, przypomina mi opisywaną przez Marcela Maussa kulturę darów. Termin ten był użyty przez francuskiego antropologa do opisu społeczności, których ekonomia opierała się na bezinteresownej wymianie. To samo można powiedzieć o scenie kasetowej – artyści przekazują nam swoje nagrania, my je wydajemy, potem dzielimy się z nimi częścią nakładu. Wymieniamy się kasetami pomiędzy innymi właścicielami oficyn, albo po prostu rozdajemy taśmy znajomym. [śmiech]

Zaznaczyłeś w naszej rozmowie, że muzyka definiuje cię jako osobę. W jaki sposób? Od dawna ci ona towarzyszy?

W moim domu rodzinnym – dzięki tacie – zawsze słuchało się dużo muzyki. W bardzo wczesnym dzieciństwie były to winyle (choć ja mało pamiętam z tego czasu), później zastąpione przez rozrastającą się kolekcję kaset. Gdy trochę podrosłem, chodziłem z tatą do sklepów muzycznych w naszym mieście. Pamiętam, że było ich kilka, a dwa szczególnie utkwiły mi w pamięci. Oba malutkich rozmiarów, jeden na dworcu, drugi kawałek dalej, w stronę centrum. To były w zasadzie takie kioski, napakowane od podłogi po sufit kasetami. Albumy były tanie, tym sposobem można było poznawać muzykę na bieżąco. Ich status legalny był wątpliwy, to okolice połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy było jeszcze sporo miejsca na dziki handel. Wciąż gdzieś mam taśmę Pink Floyd, na której kawałki są nagrane w innej kolejności niż w oryginale. Nie mieściło się, więc dystrybutor musiał wykazać się kreatywnością. Była też taka kaseta, na której piraci żegnali się ze słuchaczami. Rynek się zmieniał, ZAiKS zakasywał rękawy. Ostatnia nielegalna taśma z nadrukowanym pożegnaniem „dobrych czasów”. Coś niebywałego! Na oryginalne kasety też raczej można było sobie pozwolić, choć moja kolekcja przez długi czas była dość skromna. Każdy wydatek był wcześniej dokładnie przemyślany. Z kolegami z liceum sporadycznie jeździliśmy do Warszawy i Krakowa na zakupy, odwiedzić tamtejsze sklepy muzyczne. To było coś. Szkoda, że większość z nich się pozamykała, część podupadła i straciła na znaczeniu. W tym czasie czytałem „Antenę Krzyku”, później „Machinę”, która przez długi czas trzymała poziom, jednak większości opisywanej tam muzyki nie poznałem wtedy, nie była ona łatwo dostępna. Gdy w moim domu pojawił się Internet, ściągnięte z mozołem kawałki również nagrywałem na kasety. Tworzyłem mikstejpy, które później słuchałem po wielokroć. Nagrywałem z radia, czy to muzykę, czy to jakieś dziwne częstotliwości – arabskie stacje łapane w UKF, przerywane ścianą hałasu.

Co do pojawienia się Internetu – zmienił się wtedy twój sposób słuchania? Pojawił się hura-entuzjazm? Pytam, bo ciekawi mnie, co sądzisz o tym szerokim dostępie do muzyki, jaki mamy teraz i o tym, jak Sieć 2.0., a następnie 3.0. ukształtowała słuchaczy. Czy droga od kaset do streamingu jest według ciebie wyzwalającym kierunkiem?

Z pewnością taki entuzjazm się pojawił, przynajmniej na samym początku. Wreszcie mogłem posłuchać albumów, o których wcześniej tylko czytałem, choćby we wspomnianej „Antenie Krzyku”. Chociaż ja bardzo długo nie korzystałem z serwisów peer-to-peer, docierałem do muzyki głównie poprzez blogi. Ta scena blogowa też stanowiła interesujący fenomen. Oprócz plików dostępnych do pobrania, blogerzy często szczegółowo opisywali albumy, ich kontekst powstania i tak dalej. Wiele z tych blogów cieszyło się sporą renomą, a ich właściciele wyrastali na postaci w typu kuratorów. Przeczesywanie blogów niosło ze sobą ten sam aspekt, co grzebanie w zasobach fizycznego sklepu. I przy tym można się było wiele dowiedzieć o samej muzyce. Widocznie taka struktura mi odpowiada. Ograniczenia inspirują. Element ludzki ponad algorytmy. Po jakimś czasie poczułem zmęczenie nieskończonym dostępem do muzyki. Bardzo rzadko korzystam ze streamingu, nigdy nie posiadałem kont w najpopularniejszych serwisach tego typu. Odczuwam nadmiar, bywa on przytłaczający. Dlatego powiedziałbym, że wyzwalającym kierunkiem jest dla mnie droga odwrotna, od streamingu do kaset. Słuchanie z kaset, czy innych fizycznych formatów, uczy cierpliwości, ponadto jest wyrazem szacunku do muzyki i jej twórców. Nikogo jednak nie oceniam, Internet koniec końców jest tylko narzędziem. Należy nauczyć się z niego korzystać i wypracować odpowiadające nam strategie. Poza tym, współczesna scena kasetowa odeszła daleko od etosu pierwotnej sceny, dostosowała się do panujących warunków. Zamiast reklamować się w zinach (których jest obecnie jak na lekarstwo), wrzucamy posty na Instagramie. Staramy się zawłaszczyć te media, ale czy to możliwe? Niedawne zmiany na Facebooku – ścinanie zasięgu nieodpłatnych postów – pokazują, że ostatnie słowo zawsze będzie należeć do korporacji. Internet był przez długi czas przestrzenią realizowania utopii (trochę jak mała utopia sceny kasetowej), jednak zdaje się, że nieuchronnie dobiega ona końca.

Co trzeba zrobić, aby się w tym wszystkim nie zagubić – zarówno jako słuchacz, jak i jako wydawca?

Koniecznie trzeba pielęgnować entuzjazm, ufać swojemu gustowi, być szczerym w tym, co się robi. I robić to z odpowiednimi ludźmi, których nie tylko cenimy za muzykę, ale też za to, jakimi są osobami.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 9

  1. (╯°x°)╯

    @(╯°□°)╯︵ ┻━┻
    Kto jak kto ale Dawid nie zjadł zębów na kasetach (na promowaniu „kultury” noise w padole, wszem). Prędzej nabawił się nerwicy i wrzodów od prowadzenia szkalujących kolegów po fachu fanpejów i tego całego hejtu i syfu, którym jest wypełniony i którym epatuje na lewo i prawo.

  2. (╯°□°)╯︵ ┻━┻

    A dlaczego nie zrobicie wywiadu z MAAAA i PURGIST którzy sobie zęby pozjadali na kasetach?

  3. Khan85

    strasznie przegadane

  4. Jędrek

    Bardzo fajny wywiad , brawo, ta scena kasetowa przypomina mi nieco zjawisko netlabelowe naście lat temu.

  5. \o/

    W KOŃCU jakiś ciekawy tekst o kasetach i o kasetowej scenie <3