Wpisz i kliknij enter

Beastie Boys – The Mix-Up


Beastie Boys to zespół-instytucja. Zaczynali prawie 30 lat temu jako dzieciaki z zamożnych żydowskich rodzin, którym zachciało się grać punk rocka. Dziś uważani są za pionierów hip-hopu i pierwszych białych wykonawców, którym udało się zaistnieć w zdominowanej przez czarnych subkulturze. Zasłużeni i poważani, są zarazem największymi dowcipnisiami w branży, lubującymi się w hedonizmie, parodii i szokowaniu. Nowojorscy prześmiewcy wydali właśnie swój siódmy studyjny krążek, na którym wyjątkowo uśmiechają się w sposób nie sarkastyczny, lecz sympatyczny.
„The Mix-Up” można postawić na jednej półce obok dokonań The Go! Team, The Avalanches, The Herbaliser, RJD2 oraz muzyki filmowej Lalo Schifrina. Sami autorzy, nawiązując do swoich korzeni, nazwali to „post-punkiem”. Niemal pozbawiona elektronicznych naleciałości wypadkowa funku, soulu, niepokojącego dubu i reggae, a nawet psychodelii typowej dla przełomu lat 60. i 70., stanowi rzecz doprawdy wybuchową. W dodatku jest całkowicie instrumentalna! Żadnych politycznych agitacji, żadnych płomiennych sprzeciwów wobec establishmentu, ani słowa o uwolnieniu Tybetu. Zero ideologii, a zamiast niej zabawa i radość z grania, słyszalna w każdym z dwunastu numerów. Niektóre brzmią, jakby były nagrywane „na setkę”, co wnosi ożywczy powiew świeżości. Niewiele ponad 40-minutowa całość jest bardzo równa, brak tu wypełniaczy czy utworów niedopracowanych. Wszystko urzeka swobodą, luzem i potężnym groovem. Znalazło się miejsce dla bardziej pochmurnych momentów (kapitalny „The Gala Event”), lecz większość jest skąpana w słońcu. Funkowy feeling porywa do niezobowiązującego bujania, a chwilami wręcz do ekstatycznego tańca. Podejrzewam, że premierowy materiał znakomicie wypada na żywo – Adam Horovitz (gitara), Adam Yauch (bas), Mike Diamond (bębny) oraz Money Mark (klawinet Hohnera, elektryczne pianino Rhodesa, klawisze Farfisa) nie po raz pierwszy udowadniają, że z instrumentami obchodzą się nie mniej sprawnie niż z samplerem.
Aby docenić „The Mix Up”, należy bezboleśnie zaakceptować fakt, że nie można być odkrywcą przez całe życie. Beastie Boys zdają się być świadomi, że najlepsze lata mają już za sobą. Niezachwiana pozycja i powszechna estyma pozwala im robić to, na co mają ochotę i nikt nie powinien mieć im tego za złe – nikomu nie muszą już nic udowadniać. Kto więc żyje przeszłością i oczekuje kolejnych przełomów, może się srogo zawieść na tej płycie. Dla słuchaczy pozbawionych uprzedzeń będzie to solidna porcja kapitalnej muzyki rozrywkowej.
2007







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
check your head
check your head
11 lat temu

– najlepsza plyta

check your head
check your head
11 lat temu

ta plyta wciaz blyszczy

półdebil
półdebil
11 lat temu

Nazywa innych ludzi „półdebilami” ktoś kto używa formy „zmartwychwsta”:)

peter
peter
12 lat temu

Nie słyszałem płyty, więc na jej temat nie będę sięwypowiadał. Niestety, dla mnie beastie boys to taka muzyczka dla półdebili, ale niegroźnych – dresiki, palonko i czapeczka z daszkiem, ale bez bejsbola – na szczęście :-). Jeśli chodzi o open,er to ich pierwszy koncert to kompletna zenada, 15 minut ze znajomymi wytrzymalismy. A jak uslyszalem to ich,, body movin, body movin… to chcialem juz prawie do domu wracac:- . Mam nadzieję, że w przyszłym roku przyjedzie skład: boards of canada, morphine(zmartwychwsta ich wokalista), w namiocie zagra john digweed, a na deser, na poprawę nastroju – plastikman:-).

aware
aware
13 lat temu

Plyta dla mnie rewelka, niesamowita swoboda i lekkosc. Duzo zabawy. Fajne jest to, ze zrobili to na co mieli ochote. Oczywiscie, ze to nic nowatorskiego, ale czy musialo byc? Oni juz swoje zrobili i chwala im za to. Uwielbialem sluchac tej plyty w samochodzie, pozytywne wibracje. Mimo iz BB nigdy nie byli moim no 1, to zostali nimi jako najwazniejsi artysci tego Open era. Oba koncerty kolana . Energia, zabawa, kontakt z publika, profesjonalizm. Warto bylo zostac w namiocie i bawic sie z nimi tak samo jak oni bawili sie z nami, o czym swiadczylo 50 minut grania dluzej. Pokazali co znaczy byc gwiazda i jak nalezy szanowac swoich chlebodawcow, czyli publike. Nie to co gwiazdy pokroju Bjork…

JuBa
JuBa
13 lat temu

Koncert w namiocie? Dla mnie bomba!!! Cofnęłam się w czasie, jestem zwolennikiem wiernego odtwarzania materiału studyjnego. Nowej płyty jeszcze nie słyszałam ale utwory prezentowane na Open erze faktycznie nie były zbyt porywające…

Venzz
Venzz
13 lat temu

Nie przebrnąłem nawet przez połowę … po prostu mnie płyta znudziła. Niby wszystko fajnie ale nijak. Przykre. A In sides from wayout słuchałem z przyjemnością.

tomidlak
tomidlak
13 lat temu

zgadzam sie w pelni z trescia niniejszego linka. mialem identyczne wrazenia, sluchajac arcynudnego koncertu BB w namiocie na open erze. wydawalo mi sie, ze slucham jakiejs domoroslej funkowej kapelki grajacej bez cienia polotu, inwencji, improwizacji. NUDA i tyle. a money mark to klasa sama w sobie ratujaca cala plyte przed zatonieciem.

tom
tom
13 lat temu

wielkiego grania tu nie ma. takie plumkanie przyjemne dla ucha. slychac ze wirtuozami specjalnie nie są. płyta fajna, ale bez rewelacji. 2 bardzo dobre numery i reszta zapychaczy.

dilmun
dilmun
13 lat temu

…ale jednak nie zachwyca;). pomimo tego, ze zdaję sobie sprawę, ze już pewnie nic rewolucyjnego nie nagrają, to jednak płyta mnie nuży jako całość…

Polecamy