Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Colin Potter i Theme – Kraków, 17 maja 2007

Od czasu, gdy zacząłem parać się pisaniem o muzyce udało mi się, jak sądzę, wypracować pewne dość ostre kryterium pozwalające wskazać, które z ogromu dostępnych dźwięków określić można mianem „muzyki eksperymentalnej”. Od czasu, gdy zacząłem parać się pisaniem o muzyce udało mi się, jak sądzę, wypracować pewne dość ostre kryterium pozwalające wskazać, które z ogromu dostępnych dźwięków określić można mianem „muzyki eksperymentalnej”. Tym kryterium – fakt, że o ograniczonej stosowalności – jest niedostępność dobrze zadomowionych w żargonie dziennikarskim zwrotów pozwalających opisowo ująć dane zjawisko czy brzmienie. Muzykę zaproponowaną przez Colina Pottera i grupę Theme z pewnością nazwać mogę eksperymentalną.
Występ Theme zaczął się od zapowiedzi odczytanej głosem przywodzącym na myśl Johna Balance’a z Coil (słynna inwokacja z koncertu w Moskwie w 2001 roku). Świece, kadzidła oraz groteskowe, surrealistyczne wizualizacje nadały spektaklowi charakter melancholijny i rozpaczliwy zarazem.
Dźwięki, generowane przy użyciu elektroniki i amplifikowanej cytry tworzyły tło dla recytacji. Tu, niestety, nienajlepsze nagłośnienie nie pozwoliło w pełni docenić starań wokalistów. Słowa były zrozumiałe tylko w momentach największego natężenia. Z całej reszty dawało się wyłowić jedynie pojedyncze zdania i obraz całości wyrażający fascynację zespołu ciemną stroną metafizyki. W najbardziej dojmującym momencie dowiedzieliśmy się, iż „skoro to koniec, powinniśmy spalić prawdę”. Muzyka towarzysząca recytacjom przywodziła na myśl cały mocno amorficzny „nurt” w muzyce, wyznaczony przez legendarną Nurse With Wound list.

Ciemne, dość ciężkie, choć raczej tchnące melancholią, niż przytłaczające niepokojem masy dźwięków niespiesznie i jakby od niechcenia osaczały słuchaczy. Gdyby nie zakłócająca koncentrację świadomość obecności całej warstwy sensów niedostępnej przez złe nagłośnienie wokali, z pewnością mógłbym określić muzykę Theme mianem hipnotyzującej. Pozostał lekki niedosyt, choć z ogromnymi oczekiwaniami co do dalszych poczynań grupy. Po krótkiej przerwie na scenę wyszedł Colin Potter. Jako, że nie sposób przedstawić tego legendarnego artysty w krótkich słowach pozwolę sobie odesłać do jego (niekompletnej) dyskografii. Spośród ostatnich dokonań Pottera warto wspomnieć udział w powstaniu „Black Ships Ate the SkyCurrent 93.
Początek był mało interesujący i służył, jak się zdaje, skupieniu uwagi publiczności – tutaj perkusyjny loop z pewnością dobrze spełnił swoją funkcję. Następnie artysta miksujący kilka źródeł dźwięku przy użyciu procesora efektów i komputera przeprowadził słuchaczy po składowisku skrzącej kreatywnością wyobraźni, naznaczonej wpływami dwudziestowiecznej awangardy oraz wszelkiej maści muzycznych odszczepieńców. Potter doskonale panował nad wielością zdarzeń rozgrywających się na kilku muzycznych „płaszczyznach”, i chociaż trudno mówić o jakiejś wyraźnej strukturze setu, był on jak najdalszy od płaskości właściwej większości dronowych propozycji.

Momentami dawało się rozpoznać źródła dźwięków, jak na przykład odgłosy burzy, częściej jednak dźwięk pozostawał abstrakcyjny, co najwyżej kojarzący się z brzmieniami eksplorowanymi przez klasyków industrialu, krautrocka, ambientu etc. Ciekawym efektem, który wielokrotnie, niczym refren stosował Potter było swoiste „zapadanie” się brzmienia tak, że choć wysokość dźwięków nie musiała się obniżać, można było odnieść wrażenie, że całość muzycznej konstrukcji jakby opada. Najbliższe, choć raczej luźne moje skojarzenie to „Salt Marie Celeste” Nurse With Wound, w którego powstaniu Potter zresztą uczestniczył.
Łyżką dziegciu w muzycznej beczce miodu – choć skojarzenie z miodem jest tu równie surrealistyczne jak muzyka Colina Pottera – były, niestety, wizualizacje. Notorycznie powtarzający się kilkuminutowy pokaz bulgoczących trójwymiarowych figur skłaniał raczej do tego, by zamknąć oczy, lub obserwować uwijającego się przy preparowaniu kolejnych warstw kompozycji muzyka. Podsumowując, koncert Pottera i Theme spełnił moje, niemałe z racji dotychczasowych osiągnięć głównego bohatera, oczekiwania. Drobne, raczej techniczne niż artystyczne niedociągnięcia nie popsuły doskonałego wrażenia.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Wojtek Krasowski

    zazdroszczę…