Wpisz i kliknij enter

Fisz + Envee – Fru!


Nie lubie gry w skojarzenia – nigdy nie wiadomo gdzie zaprowadzi i dlaczego. Ale gdy tylko „Fru!” zagrało w moich głośnikach, gra skojarzeń potoczyła się samowolnie i leciała niczym kostki domina. Muzycznie: Ty „Upwards”, składanka „Extra Yard”, przeszywające powierzchnie niczym z ostatniego DJ Vadima, jakby „Mind elevation” Nightmares on Wax, tyle że mocniejsze, jakby Dizzee Rascall tylko, że lżejszy. No i jeszcze kilka lat temu był taki projekt, gdzie remiksowano Shirley Bassey, to też jakoś tak przychodzi do głowy. Wokalnie: Budyń [a pogodne poczucie humoru słychać też w skitach, które podpadają pod kategorię piosenka turystyczna], Świetlicki [szczególnie „Kuchnia”, ale chyba „Pan Trup” był inspirowany „Aniołem-trupem” Świetlików], czasem Janerka, czasem Wojciech Waglewski.
Wiem, na co to wygląda, ale spokojnie. Po pierwsze to są tylko takie intuicje, tropy, za każdym z nich wypadałoby postawić znak zapytania. Po drugie, twórcy tego albumu to ukształtowane osobowości, wszystko jest pod kontrolą, inspiracje czerpane sensownie i jeśliby uznać, że składają kolaż z pożyczonych elementów [z czym się nie zgadzam], to ten kolaż okazuje się być tak samo sztuką jak normalny obraz. Ale może jakieś konkrety, a nie tylko chwalenie się swoim osłuchaniem i obudowywanie swoich naciąganych teorii. Okej, służę uprzejmie. Co by nie uruchamiać skojarzeń, to nie da się nimi zasłonić, że „Fru!” jest sporym nowum na naszym rynku i nie da się go sprowadzić do sumy elementów.
Envee dał solidną podstawę, która odpowiednio wyważona buja, ale nie obciąża, mieni się smaczkami i detalami, ale nie odwraca uwagi od dokonań drugiej połowy duetu. Dobrym przykładem jest „Ziółko”, które zaczyna się jak oldschoolowy electro hip hop, przechodzi w disco-punk a kończy triumfem idiomu rockowego. Fisz natomiast na tym albumie powraca kilka razy do kiedyś zarzuconych pomysłów, które czasem mam wrażenie zostały już zrealizowane w jakimś sensie , gdzie indziej. Tak na przykład wspominane „Ziółko” możnaby uznać za podrasowane „Moje piórko”. Ciekawe jest zainteresowanie tworzywem czyli językiem, najwięcej tego w „Panu Trupie” i „Kręciole”, które w dużej mierze polegają na sprawdzaniu wytrzymałości pojedynczych słów. A w powracaniu do pewnych tematów [tak, jest ciągle o miłości, jest dystansowanie się od polityki, światka trendów, pojawia się znów deszcz] widziałbym raczej świadome działanie budowania swojego języka, chęć ponownego ugryzienia tematu pozwala przetestować możliwości treści wobec nowej formy. Nie ganiłbym za pozorną wtórność, zjadanie własnego ogona. To nie ten mechanizm, nie ta klasa artysty. Dostrzegam natomiast pewien nowy zabieg, który jest ciekawy zwłaszcza jeśli wspomnieć słowa Fisza, o tym że nie musi się dystansować, odcinać od hip hopu. Nie dość, że wraca do rapowania [tak gęsto i szybko jeszcze nie było] to nawet bawi się konwencją, bo czy „Tłusty bit” nie jest parodią braggadoccio [czyli rymów niejako reklamujących rapera, świadomie przesadzonego chwalipięctwa], w „Panu Trupie” są jakieś pseudo-ziomalskie wykrzykiwane refreny. No i wreszcie, czy nie ma delikatnej kpiny ze słynnego tekstu Molesty: „Blunty kręce, po to mam ręce”. Przeklęte skojarzenia. Jeszcze może słowo o gościnnych występach, które ubarwiają płytę. Wypróbowana Iza Kowalewska znów nie zawodzi, swoimi wyczynami przywodzi ciarkotwórczy występ Jill Scott z koncertówki The Rootsów, dodatkowo jej partia na kalimbie wprowadza przyjemny etniczny klimat. Marysia Peszek wtóruje Fiszowi w „Kuchni”, czym tylko wyostrza smak na swoją solówkę. Poza tym bogata wyobraźnia Enveego wspomaga jest między innymi przez puzon, djembe i saksofon. Powiem wam na boku, że macie lepiej niż ja – tej płyty należy słuchać a nie przykładać do niej jakieś zdanka, tezy, pomysły. Lepiej zrezygnować z wysiłków, które i tak na niewiele się zdadzą. Oj wystarczy, bo zaraz pod palce wskoczy słowo np. magia i zrobi się tandetnie. W pewnym sensie cieszę się, że to już koniec tej kulawej recenzji – znów mogę wrócić do słuchania.
Po prostu – jak narazie najlepsza płyta tego roku. I to mi wystarczy. [Jeśli ktoś się nie zorientował to obiektywizm został wyrzucony za burtę, jego wołanie o koło ratunkowe jest zagłuszane omawianą płytą. Jestem zadowolony, gdy słucham. I to mi właśnie wystarczy]. Choć wcale nie krótka [63 minuty (nie tylko do okoła świata)], mija szybko. W takich przypadkach przydaje się wieża z funkcją repeat…i jeszcze jeden i jeszcze raz.
2005







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
3um
3um
15 lat temu

dzieki za uwage o Wojaczku, ja lubie doszukiwac sie glebiej.

marys
marys
16 lat temu

a ja mysle,ze zycie dostarcza tak wielu „inspiracji” Arek,ze nietrzeba sie doszukiwac glebiej

marys
marys
16 lat temu

a ja mysle,ze zycie dostarcza tak wielu „inspiracji” Arek,ze nietrzeba sie doszukiwac glebiej

Arek
Arek
16 lat temu

autor pisze: „chyba „Pan Trup” był inspirowany „Aniołem-trupem” Œwietlików”. chciałem zaznaczyć, że ów „Anioł-trup” Œwietlików był inspirowany wierszem Rafała Wojaczka… więc może warto doszukiwać się inspiracji głębiej…

Polecamy