Wpisz i kliknij enter

Jacek Kochan i Ajee – Kraków, Alchemia

Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem. Być może powinienem się już dawno przyzwyczaić, ale beztroska, z jaką przy wejściu, pięć minut przed planowanym startem, organizatorzy poinformowali mnie, że muzycy poszli coś zjeść, wprawiła mnie w osłupienie, z którego nie mogłem nie zdać sprawy. Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem. Być może powinienem się już dawno przyzwyczaić, ale beztroska, z jaką przy wejściu, pięć minut przed planowanym startem, organizatorzy poinformowali mnie, że muzycy poszli coś zjeść, wprawiła mnie w osłupienie, z którego nie mogłem nie zdać sprawy.
Zespół AJEE (Acoustic Jazz in Electronic Environment) w składzie Jacek Kochan (perkusja, elektronika), Sławomir Jaskułke (elektryczne pianino), Antoni „Ziut” Gralak (trąbka) rozpoczął od niezłej próby elektrycznego jazzu mocno kojarzącego się z innym trio: Medeski, Martin & Wood, z ich bardziej „rozrywkowych nagrań”. Na początku pianino Sławomira Jaskułke było ledwo słyszalne – możliwe jednak, że to swego rodzaju zabieg aranżacyjny. Charakter muzyki determinowała gęsta perkusja Kochana i nieco nużące solówki Gralaka. Tego typu granie dominowało przez cały koncert, przy czym Jaskułke szybko „nabrał rozpędu”, a dźwięki jego, jak się wyraził Kochan, „prawie Fender Piano” były jednym z najciekawszych wątków koncertu.
Najbardziej interesujące były fragmenty, w których wysoko brzmiący instrument jakby lekko nie stroił, co nadawało muzyce nieco rozedrganego charakteru, bez utraty groove nadawanego przez perkusistę. Najmniej przekonująco wypadł niestety Gralak. Oczywiście, jak na weterana przystało, wszystko było w porządku i jeśli kogoś cieszą sztampowe jazzowe zagrywki, z pewnością nie wyszedł z Alchemii zawiedziony.

Obrazu gry trębacza dopełniało bezsensowne użycie efektu pogłosu. Pozbawione muzycznego znaczenia, a zarazem psujące szlachetne brzmienie trąbki, które stanowiło najmocniejszy aspekt gry „Ziuta”. Przykładem niech będzie piękny dron w końcówce jednego z utworów, który, szczęśliwie nie zniszczony elektronicznie, mógłby (gdyby tylko muzycy zdecydowali się zbudować wokół niego jakiś wątek), być jednym z najbardziej elektryzujących momentów koncertu.
Około czterdziestej minuty koncertu nastąpił najciekawszy jego fragment, pełen nieregularnych dźwiękowych struktur, z których ambiwalencją zdawała się zmagać rozpędzająca się perkusja. Tyle, że rozwiązanie ciekawego wątku stanowił znowu elektryczny, pulsujący „dżezik”, tyleż imponująco sprawnie „prowadzony”, co nudnawy. „Elektroniczne środowisko” w nazwie zespołu to określenie zdecydowanie na wyrost. Częściowo być może ze względu na kłopoty techniczne, ale w dużej mierze dlatego, że elektronika stanowiła albo niewiele wnoszący (poza liniami basowymi) pokład, albo była czymś w rodzaju „przyprawy” do całości muzycznej, przy czym owa całość równie dobrze wypadłaby bez niej.
Gdy ostatni raz słyszałem na żywo zespół pod wodzą Jacka Kochana (Hautzinger i Uchihashi), był to jeden z najciekawszych koncertów w moim życiu. Występ Kochana i AJEE był prezentacją tego, co w jazzie najmniej interesujące – ugrzecznionej, pozbawionej ryzyka, łatwej mimo pozoru intensywności i „zadziorności” muzyki.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Adrian
Adrian
14 lat temu

Kiedys widzialem koncert Kochana – Ajee, raczej byl boleśnie nudny. Moze to sie zmienilo, moze… ale napewno Slawek Jaskułke (bo tak wlasnie sie pisze jego nazwisko, przez U ) dodal temu koncercikowi wielki plus, bo tak jest zawsze na koncertach z jego udzialem. Moze zawita w jakims składzie na WSJD.. byloby pieknie.

Polecamy