Wpisz i kliknij enter

Wibutee we Wrocławiu – relacja

Już pierwszego dnia 43. Festiwalu Jazz Nad Odrą otrzymaliśmy szansę usłyszenia jednej z najciekawszych obecnie nowych jazzowych formacji – Wibutee. Już pierwszego dnia 43. Festiwalu Jazz Nad Odrą otrzymaliśmy szansę usłyszenia jednej z najciekawszych obecnie nowych jazzowych formacji – Wibutee. Norwegowie przyjechali do Wrocławia w swym pełnym, 5-osobowym składzie, choć muzyków i tak było znacznie mniej niż instrumentów. Jak się okazuje Wibutee to kolektyw wielofunkcyjny, każdy instrumentalista przypomina tu superbohatera, który oprócz swych podstawowych zdolności posiada również kilka specjalnych, wyjątkowych trików. Weźmy pierwszego z brzegu Håkona Kornstada – ten niepozorny muzyk dawał popis gry przede wszystkim na saksofonie, choć zaczął występ od fletu, gdzieś w międzyczasie pogrywał na klarnecie, cały czas obsługiwał laptopa, w końcu zaś zaczął śpiewać. Jak się okazało – tego rodzaju rotacja muzycznych ról jest dla koncertowego Wibutee wyjątkowo naturalna.




Panowie zagrali głównie materiał ze swej ostatniej płyty, wydanej w ubiegłym roku „Sweet Mental„. I choć może się wydawać, że na swych albumach Wibutee jest wystarczająco nieobliczalnym projektem, po koncercie grupy należy nieco zweryfikować tą opinię – każdy z zaprezentowanych na scenie utworów zyskał kilka nowych kontekstów, kilka zaskakujących tropów. Nie obyło się bez zabaw z brzmieniem (swoją rolę odegrały tu trzy laptopy i cała masa rozrzuconych tu i tam efektów), sporo było również improwizacji, przy jednoczesnym doskonałym zgraniu poszczególnych muzyków.
Mózgiem okazał się wspomniany Kornstad, który niemal intuicyjnie zarządzał każdą kolejną frazą. To on zabierał nas na wariackie, dynamiczne podróże, to on łagodził nastrój niemal avant-popowym brzmieniem, w końcu to on również uraczył wszystkich kilkuminutową, niezapomnianą improwizacją na saksofonie (pozostali muzycy pokornie zeszli wówczas ze sceny). Cały zespół z przyjemnością ciągnął publiczność w kolejne harmoniczne łamańce, których nastrój bardzo przypominał inną norweską gwiazdę – Jaga Jazzist.

Krótko mówiąc – bardzo mocny początek festiwalu. Żywioł, profesjonalizm (a jednak te pojęcia chodzą czasem w parze), wielka przyjemność zakończona doskonałym, transowym, bujającym w górę i w dół bisem. Warto było unieść się tej chłodnej nocy dość wysoko, bez względu na to, że niedługo potem opaść nam przyszło do dudniącego znacznie innym rytmem nocnego autobusu.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


3 Komentarzy

  1. BTW grające tego wieczora rodzime Pink Freud i niemieckie (a takie kurka fłansuskie w brzmieniu – sic! 😉 Ensemble du Verre świetnie sprawdziły się obok gwiazdy, głównie przez bardzo różny stuff. Zbierając do kupy – jeden event, a masa uciech, od yassowych dysonansów, poprzez ciepłe, funkujące avant jazzy, a na postrockowych pazurach Wibutee skończywszy. Ekstra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy