Wpisz i kliknij enter

London Electricity – Power Ballands


Jeśli wydana dwa lata temu płytka „Billion Dollar Gravy” uznana została za najlepsze dzieło Tonego Colmana, to co powiedzieć o najnowszym krążku brytyjczyka? Nagrywający jako London Electricity producent i muzyk śmiało pnie się w górę wszelkich drumnbassowych rankingów. To właśnie Colman, jako jeden z niewielu już twórców potrafi wykrzesać z klasycznych brzmień uprawianego przez siebie gatunku nowe, świeże pokłady energii. „Power Ballads” są tego najnowszym, zarazem najlepszym chyba dowodem. Pozostaje zadawać sobie wciąż pytanie: jak on to robi?
Pamiętam Colmana z występu podczas Pukkelpop 2005. Pamiętam jego biegi po scenie z wysoko uniesionymi do góry okularami, pamiętam żywiołowy zespół, energetyzujący występ i domagającą się kolejnych bisów publiczność. Muzyka London Electricity ma w sobie jakąś siłę, sprawdzającą się znakomicie zarówno w wersji live, jak i CD. Próby zrozumienia tej specyficznej energetyki muszą skończyć się fiaskiem – Colman niejako intuicyjnie wie jak przygotować porywający, lekki drumnbass. Będące efektem ponad rocznej pracy „mocne ballady” to ponad godzinna porcja takich właśnie melodyjnych połamańców, trzymających szybki rytm i wysoki poziom właściwie cały czas. Zaproszenie do nagrań jazzowej wokalistki Liane Carroll okazało się prawdziwie mistrzowskim posunięciem – energia tej kobiety, tak dobrze widoczna podczas koncertu, nadaje albumowi dodatkowej świeżości i siły; nagle okazuke się, że rymujący MC Wrec nie jest w stanie zostawić po sobie jakiegokolwiek wrażenia – osobowość Carroll sprawia, że to właśnie ona jest na „Power Ballads” największą gwiazdą – wystarczy posłuchać pierwszego kawałka, jednego z najlepszych w dorobku Colmana, aby docenić potencjał tego wokalno – producenckiego duetu. Miejmy więc nadzieję, że Liane Caroll będzie elektryzować Londyn jeszcze długi czas – sprawdza się w tej roli zaskakująco dobrze. A sam Tony Colman również bez wokalnego wsparcia potrafi intrygować, prowadząc swoją muzykę [zwłaszcza w drugiej części albumu] w nieco abstrakcyjne, intrumentalne rejony. Muzyka LE nie traci tu swej specyficznej melodyjności, wymyka się jednak jednoznaczym klasyfikacjom, ucieka od piosenkowych prowieniencji, staje się bardziej przestrzenna, również całkiem ambitna. Palce lizać.
„Billion Dollar Gravy”? Tak, to był dobry album. Posłuchajcie jednak „Power Ballads” – płyty, która brzmi jak prawdziwa drumnbassowa klasyka, i już niebawem do owej klasyki – jestem przekonany – będzie zaliczana. Najlepsza płyta Tonego Colmana? Strach pomyśleć, co wydarzy się za dwa lata.
2005







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Zająccc ; D
Zająccc ; D
13 lat temu

Ohh drummerka : DD czy my sie przypadkiem nie znamy ?? ; ] ; ***

Hah Drummy żądzą ;]

drummerka
drummerka
13 lat temu

drum n bass cały czas ^^ / london electricity to jest to 🙂 !

dnb maniac
dnb maniac
14 lat temu

ja po prostu kocham drum n bass a London Elektricity jest po prostu zajeee…fajne heh. naprawde świetni musicie sami posłuchać żeby to zrozumieć

p3kozo
p3kozo
15 lat temu

Bo Drum n Bass to cos INNEGO…
Cos, co pozwala Ci odkryc wlasna droge w dzungli :]
Big Up :]

dumdum
dumdum
15 lat temu

co wy z tym dramenbejs???

Polecamy